Thanks for joining me!
Good company in a journey makes the way seem shorter. — Izaak Walton

Thanks for joining me!
Good company in a journey makes the way seem shorter. — Izaak Walton

>>>
[more]
LAO CHE – „IDZIE WIATR”

Uczestnicy: Jarosław BLARU Antoniak
Czas wyprawy: 16 dni
Czas jazdy: 10 dni
Dystans: 932,8 km
Najdłuższy etap: 129,0 km
Najkrótszy etap: 53,3 km
Średnia dzienna: 93,3 km
Czas jazdy łącznie: 62 h 25 min
Średnia prędkość na całej trasie: 14,9 km/h
Prędkość max: 67,29 km/h
Suma przewyższeń: 16.041 m
Średnia dzienna przewyższeń: 1604 m
Wysokość max nad poziomem morza: 1.437 m n.p.m.
Nachylenie max: 26 %
Zjazd max: 20 %
Temperatura średnia: 11°C
Temperatura najwyższa: 16°C
Temperatura najniższa: 2°C
>>>
[more]
Dzień 16 (ostatni)
Epilog
29 sierpień 2018, środa
Ålesund – Gdańsk – Lubin
(autobusem, samolotem i autem)
He he… Wcale pogoda nie powróciła. Po jedynym dniu pięknej aury, powrócił chłód, a ulewa tylko wisi w powietrzu.
Dzisiaj już o siódmej wyjechałem z kempingu. Do przystanku cztery kilometry, później autobusem przez tunele na wyspę Vigra, gdzie jest lotnisko.
O wpół do dziewiątej jestem już na miejscu. Przez całą drogę roznosi mnie ciekawość jak tam przeżył karton. I…? Jest, nikt go nie wyrzucił, przesiedział w krzaczastym parowie, ale znajduje się w stanie agonalnym, jedne wielkie mokre zwłoki. Skrupulatne i dokładne ofoliowanie paletówką niewiele pomogło – woda wnika wszędzie, to tylko kwestia czasu. Delikatnie rozcinam paczkę wzdłuż i tylko dzięki folii nie rozpada się. To już coś. No to pakuję do środka rozebrany, z podoklejanymi do ramy elementami rower, i owijam wszystko w kokon całą rolką folii. Wygląda solidnie i groźnie, jak wielka larwa. Nie ma bata, żeby jej (larwy) nie przyjęli na pokład jako nieprzepisowo spakowany sprzęt sportowy.
Jest jedenasta. Wszystko spakowane, śniadanie zjedzone, do odprawy jeszcze ponad dwie godziny. Pora na małe podsumowanie. To może plusy i minusy mojej przeprawy (lepiej pasuje to słowo zamiast „wyprawy”) na rowerze przez Norwegię.
MINUSY:
1. Cały czas było zimno – w dzień i w nocy (biorę pod uwagę tylko dni kiedy jechałem). Średnia temperatura z dnia to 11°C, nocą zawsze poniżej 10, przeważnie tuż nad 0.
2. Niemal nieustannie padał deszcz. Nie padało tylko przez pół jednego z dni. Jeszcze jakby lało jak z cebra, a później już nie – nic z tego, przeważnie ciągła gęsta mżawka.
3. Kosmiczne ceny wprawiające momentami w osłupienie.
4. Jakikolwiek brak daszków nad ławami i stołami przy ciekawych punktach widokowych i w ogóle w wyznaczonych dla turystów miejscach odpoczynku. Sądzę, że po to, aby przymusić do wejścia do sąsiadujących kafejek i wydać korony.
5. Sporo nieprzejezdnych dla rowerów tuneli z jednoczesnym brakiem informacji o alternatywnej możliwości przebycia ich.
PLUSY:
1. Przepiękne krajobrazy.
2. Schludność, perfekcja, czystość dotycząca wszystkiego dokoła co nie jest przyrodą ożywioną.
3. Wszędzie gdzie się wchodzi jest cieplutko i przyjaźnie. Wszędzie jest ogrzewanie i wygodne siedzonka – w poczekalniach promowych, w kajutach na promie, w autobusach, sklepach, na większych przystankach.
4. Możliwość rozbicia się z namiotem na legalu dosłownie wszędzie w myśl prawa Allemannsretten, mówiącego, że każdy człowiek ma prawo do nieskrępowanego kontaktu z naturą. Na jego podstawie każdy może korzystać z lasów, zarówno państwowych jak i prywatnych, zbierać jagody, kąpać się w jeziorach, chodzić po górach czy rozbić namiot praktycznie w dowolnym miejscu.
5. Wszyscy, ale to dosłownie wszyscy Norwegowie mówią po angielsku. Nie było zupełnie potrzeby uczenia się słówek ani nawet zabierania rozmówek.
6. Mnóstwo dróg rowerowych, dobrze oznakowanych.
7. Idealna nawierzchnia dróg, tych dla rowerów też.
8. Doskonale zorganizowane przeprawy promowe w poprzek fiordów – często, punktualnie, ciepło i niedrogo (jak na Skandynawię).
9. Uprzejmość i szacunek norweskich kierowców. Żodyn nie zatrąbił, prawie wszyscy wyprzedzali pasem naprzeciwległym (traktując rower jak auto), a nawet wiele razy się zdarzyło, że na zakrętach czy podjazdach auto potrafiło za mną ślimaczyć całymi minutami, choć nie było większych problemów z wyprzedzeniem.
10. Nie nudziłem się choćby na jednym kilometrze. Wszędzie w zasięgu wzroku jest coś interesującego. Na każdym z 923 przebytych przeze mnie.
__________
Jako że daje ode mnie namiotową stęchlizną na kilometr, w perfumerii w strefie odpraw wybieram sobie najdroższy tester i nawalam na siebie pół flakonu ku zdumieniu ekspedientki. Elegancko jest. Wracam do domciu.
>>>
[more]
Dzień 15
Odpoczynek 3
28 sierpień 2018, wtorek
Ålesund
ŻEGNAJ PIĘKNA TAJEMNICZA MAGICZNA KRAINO.
LAIBACH – „THE SOUND OF MUSIC”
temperatura rano 15°C
temperatura min 15°C
temperatura max 20°C
No i na odjezdnem taka ładna aura mi się trafiła… Już noc zwiastowała zmianę pogody, bo było naście stopni, a nie pięć. Nie pada, świeci słoneczko, i teraz, kiedy to piszę (godzina czternasta) jest 18°C – czyli tak jak powinien wyglądać sierpień w rejonie Sunnmøre. A szkoda, bo już nie mam za bardzo co robić. Przedwczoraj zwiedziłem calutkie już miasto włącznie z przedmieściami. Wczoraj Oceanarium. Dziś w planie jedynie Muzeum Sunnmøre.
Muzeum Regionu Sunnmøre to skansem składający się z 55 budynków mieszkalnych i użytkowych oraz łodzi, obrazujących styl życia tutejszych ludzi od średniowiecza do teraźniejszości. Muzeum okazuje się troszkę zaniedbane, większość domów niedostępne dla zwiedzających. Te które można obejrzeć od środka, niezbyt fajnie wyeksponowane. Ale kilka fajnych ciekawostek wypatrzyłem. A tu taki dobry przykład do naśladowania z Polski: Muzeum Kultury Ludowej Pogórza Sudeckiego w Kudowie-Zdroju, piękne i zadbane.
__________
Skoro mogę korzystać z polskiej karty to zaszalejmy. Obiad w restauracji, bez specjalnego patrzenia na ceny, po prostu zamawiam co chcę (rzecz jasna nie homara czy Goût de Diamants).
Zamawiam w ciemno z karty norweskojęzycznej. Dostaję zupę rybną z mulami i podpłomyk z szynką i ziołami. Do tego rzemieślnicze cascadian dark ale – to już z pełną świadomością. Obiadek zjedzony z opłatkowym namaszczeniem. Za całość jakieś 160 zł na nasze. Spodziewałem się szczerze powiedziawszy znacznie więcej, znacznie…
Dziś kupię jeszcze parę drobiazgów dla moich bliskich (wcześniej upatrzonych) i trochę się pokręcę po deptaku. A propos deptaku. Gdzie jest zapowiadany w książce o Norwegii uliczny festiwal kuchni norweskiej, który miał być w tych dniach? Nic. Pustki. Ani widu, ani słychu.
W ogóle Ålesund to troszeczkę takie miasto bez wyrazu i jakby bez duszy. Dlaczego tak piszę, skoro jest ładne i zadbane? Bo, po pierwsze, nic tu się nie dzieje aktualnie (a Europejczycy mają wakacje, tak?), żadnych koncertów, występów, imprez, wystaw, nic. Po drugie, to miasto nie ma po prostu zabytków, co tłumaczy się tym, że kiedy ponad sto lat temu doszczętnie spłonęło, to zostało odbudowane w całości w jednym secesyjnym stylu, takim przedwojennym. Niczego nastowiecznego. Stąd to wrażenie o braku duszy.
I skusili mnie. No jak mam odmówić sobie? Jedno jedyne piwko w Molo Brew: Night Rocher ft. Jacu Coffee – kawowy RIS za 115 Kr / 200 ml / 13% alk.
I co? Rozkosz. Piwko wskakuje do mojego top 20 wszech czasów!
Ludzie spacerują na krótki rękaw, a ja cóż, za chwilę pakuję się do powrotu. Tak. Nie pofarciło mi się z pogodą na tej wyprawie.
DWUSTULETNI JOWEJEK








POKÓJ W STYLU MIESZCZAŃSKIM

DAWNA NORWESKA SZKOŁA

IZBA W CHAŁUPIE CHŁOPSKIEJ



KOLACYJKA W NAMIOCIE

>>>
[more]
Dzień 14
Odpoczynek 2
27 sierpień 2018, poniedziałek
Ålesund
NIE PRZEPADAM ZA MARYLĄ RODOWICZ, ANI W OGÓLE ZA CAŁĄ TĄ POPELINĄ, ALE TĘ PIOSENKĘ UWIELBIAM.
MARYLA RODOWICZ – „HEJ ŻEGLUJŻE ŻEGLARZU”
temperatura rano 11°C
temperatura min 11°C
temperatura max 13°C
Znów zimno, niewiele ponad dycha stopni. Myślałem, że może mój alimetr nawalił, ale termometry w porcie wskazują tytle samo. Czyli nic się nie zmienia odnośnie pogody, a jeżeli chodzi o deszcz, to pada dziś w kratkę – piętnaście minut z gęstą mżawką, piętnaście minut bez.
Jako że wczoraj przeczesałem już wszelkie zaułki Ålesund, dzisiaj odwiedzam Park Oceanu Atlantyckiego, leżący nieopodal, nad brzegiem morza w Tueneset. Atlanterhavsparken jest jednym z największych oceanariów w Europie. Na 6 tysiącach metrów kwadratowych umieszczono kilkanaście dużych akwariów z wieloma gatunkami ryb i innych zwierząt żyjących w Oceanie Atlantyckim. Wysupłałem te 190 Kr, no bo chyba warto jeden dzień nie dojeść, niż nie zobaczyć.
Największe wrażenie robią gatunki olbrzymich krabów, wyglądających jak potwory z kosmosu (nie są nimi?). Chociaż gdyby nie fakt, że one tu żyją w tej niewoli i są „przyzwyczajone do obecności ludziów”, to ja dla nich byłbym potworem z kosmosu.
W parku funkcjonuje dobrze działająca kuchnia z lokalnymi przysmakami. Jeszcze w domu czytałem, że najtańszym i najpopularniejszym norweskim przysmakiem jest fiskekaker – kotlecik rybny z różnych ryb (dorsza, sieji, pstraga, łososia…). I jest najtańszy, faktycznie – 60 Kr (28 zł) na maleńki pulpecik (przypominający naszego mielonego w wersji ubogiej) bez dodatków i na zimno w papierku do rączki.
Nie skusiłem się. Po prostu nie mam już kasy. Spłukałem się na kempingach przez te dwa tygodnie, buląc po stówie za placowe.
_______
No dobra, nie odpuszczam. Jestem już w namiocie po obiadokolacji, którą wyrychtowałem na pożyczonej patelni z kropelką oleju. Wciągnąłem na raz czternaście fiskekiker! Zaraz pęknę. Kosztowały tylko25 Kr w markecie. Kuźwa! Pewno są inne niż te na świeżo, no ale i tak pyszne i sycące. Coś jak racuszki na słono z rybą. Do tego rosołek z torebki i gitarra.
A, i jak się okazało w sklepie, że mogę zapłacić polską kartą (a nie posiadam żadnych „opcji” w banku!) , to wziąłem jeszcze trzy kraftowe piwerka: Bøyla (blonde ale) i Roller (amber ale) z browaru Ægir Bryggeri oraz Sjelefred (brett red IPA) z Kinn Bryggeri, a także dwa nieznane mi batoniki: Center z Cloetta i Mørk Sjokolade z Freia. Do piwek pożyczyłem sobie szklany nonic 0,2 l. A no i cały bochenek chleba zakupiłem, bo w Norwegii mają wyśmienity chleb nawet w zwykłych marketach i dyskontach. I kroi się go samemu w sklepie w krajalnicy. Ciekawostka: niektóre piekarnie spuszczają ceny chleba po 16-tej z 36 Kr do 6 Kr, traktując go już jako wczorajszy i… cena przez sześć – harat.
Dwójka Polaków, których poznałem dzisiaj na kempie (para z Warszawy) miała być do przyszłej soboty w Ålesund (chodzenie po górach), ale wracają do Polski jutro (we wtorek), bo… nie schną im rzeczy, nie mają w czym już chodzić, a prognozy nie są pomyślne. Ja tam wszystko poprałem jak tylko dotarłem przedwczoraj do Ålesund, i zakładam rano mokre na siebie (za to czyste). Wysycha na mnie po godzinie i jest ok 😉 Kolarskie przyzwyczajenie. Ale rozumiem ich. Nie tego się spodziewali, tak jak i ja.
Jeszcze wracając do Oceanarium – obserwowanie jak nurek w specjalnym zbrojonym skafandrze karmi z dłoni tuńczyki, własnoręczne głaskanie krabów i rozgwiazd, czy łowienie krabów na żyłkę z krewetką, zrobi nawet z dorosłego faceta małego podskakującego chłopca.













>>>
[more]
Dzień 13
Odpoczynek 1
26 sierpień 2018, niedziela
Ålesund
BARBARA WROŃSKA – „NIE CZEKAJ”
temperatura rano 13°C
temperatura min 13°C
temperatura max 16°C
Oczywiście nadal pada deszcz. Trochę się ociepliło, no ale nie jestem już w górach, więc…
Odpoczywałem dziś od forsowania i drałowania. Nie patrzyłem na licznik, nie patrzyłem na zegarek. Nie zaciskałem zębów, nie zaciskałem dłoni na kierownicy. Tylko relaksik, niespieszne przechadzanie się i kontemplowanie otoczenia. Przez cały dzień dzisiaj spacerowałem po Ålesund, zdeptałem je wzdłuż i wszerz.
Ålesund to bardzo przyjemne secesyjne miasto o ciekawej historii. Przez wieki żyło z rybołówstwa i było podobne do wielu innych osad na wybrzeżu. W 1904 roku wybuchł jednak pożar i strawił całą drewnianą zabudowę, pozostawiając większość mieszkańców bez dachu nad głową. Tragedia odbiła się szerokim echem w świecie, a swoją pomoc zadeklarowało wiele krajów, w tym cesarz Niemiec Wilhelm II. Dzięki temu norwescy architekci zyskali niepowtarzalną okazję do zaprojektowania miasta na nowo w modnym ówcześnie stylu secesyjnym.
Podczas spaceru docieram do początku schodów, które pną się na górę Aksla (198 m n.p.m.). Niesamowity widok z wierzchołka, na który prowadzi 418 stopni, z każdym dając inny obraz miasta i fiordowej zatoki. Jak na dłoni widać każdą ulicę, zatoczkę oraz statki i promy. Patrząc ze szczytu na Ålesund odnosi się wrażenie, jakby zbudowano je specjalnie, by cieszyło oko. Białe fasady kamienic harmonijnie otaczają port i szczelnie wypełniają wyspę, na której zbudowano miasto.
Mimo że dzisiaj niedziela i jest wielu turystów, prawie wszystko pozamykane. Nieledwie dwa sklepiki z suwenirami i dwa sklepy spożywcze, w których działają tylko sunday butik, czyli najpotrzebniejsze jedynie produkty. Alkohol w niedzielę nie jest sprzedawany, można go dostać jedynie w pubach. A i z tych większość jest pozamykana.
W browarze restauracyjnym Molo Brew w sercu portu na kranach są 24 piwa, wszystkie uwarzone w tymże browarze. Najtańsza IPA o pojemności 0,4 l kosztuje jednak 129 Kr. Szok! A jedno z piw ma cenę 220 Kr (ponad stówa na nasze) za pojemność, uwaga: 150 ml.
Nie byłbym sobą gdybym nie wypatrzył (zresztą samo się wypatrzyło), że dziś jest mecz piłkarski i całe Ålasund właśnie wali na stadion, a w oknach pomarańczowe flagi. No co za skojarzenie. Zupełnie jak moje Zagłębie. Tyle że nasz orange jest od miedzi, a ich chyba od łososia (choć maskotki to tygrysy, więc kolor też taki jak trzeba). Bilet jedyne 100 Kr, chętnie bym poszedł, tym bardziej że niby przypadkiem przechodzę obok kasy, ale jest już późno, a ja jestem strasznie głodny. Przez cały dzień prawie nic nie jadłem.
A obiad tu kosztuje jakieś 400 Kr (180-190 zł). Głupi fish’n’chips na tekturce 130 Kr (62 zł)! Zjadłem jedynie w fastfoodowej budce przy przystanku pizzerkę na dwa gryzy z mikrofali za 49 Kr i dwie suche bułeczki za 22 Kr. O daniach kuchni typowo norweskiej mogę zapomnieć – ceny od 400 Kr w górę. Niestety człowiek musi jeść i tu się zaczyna temat rzeka.
Gotuję sobie makaron przywieziony z Polski z sosem instant z tejże. Do tego dwa plasterki wędliny za 15 Kr. Na deser kiść winogron z promocji za 24 Kr i jabłko. I herbaty se zrobię ;-p
A jutro i pojutrze coś pokombinuję, bo mi zostały już tylko dwie zupki chińskie i pół słoika dżemu. I pusta kiesa.















TRADYCYJNY NORWESKI TROL

MEDUZA. W POLSCE TAKICH DUŻYCH I BARWNYCH NIE WIDZIAŁEM



WIELKI OKRĘT W PORCIE JEST WIDOCZNY Z WIELU PUNKTÓW MIASTA


BROWAR MOLO BREW







DOBRZE JEST SIĘ NA TYLE WYŁĄCZYĆ, ŻEBY POKONTEMPLOWAĆ CHOĆBY WITRYNY…

FLAGA KLUBU PIŁKARSKIEGO AALESUNDS FK



PRZED STADIONEM NORWESKIEJ EKSTRAKLASY


WYKORZYSTUJĄC FAKT, ŻE WYGLĄDAŁEM PEWNIE DLA NIEKTÓRYCH JAK REPORTER (CZARNE PONCZO, APARAT I NATATNIK) WSZEDŁEM SOBIE NA PEWNIAKA NA OBIEKT, ZAPRASZANY WRĘCZ GESTAMI PRZEZ OCHRONĘ 😉

>>>
[more]
Dzień 12
Etap 10
25 sierpień 2018, sobota
Grodås /przy Hornindalsvetnet/ – Ålesund
ESBEN AND THE WITCH – „THE FALL OF GLORIETTA MOUNTAIN”
(Grodås – Urke – Sæbø – Store Standal – Festøya – Ålesund)
129,0 km
(łącznie 932,8 km)
meta godzina 19:30
czas jazdy optymalny 8:14 h
czas etapu 10:45
średnia prędkość 15,7 km/h
prędkość max 47,71 km/h
suma podjazdów 1.759 m
wysokość max 393 m n.p.m.
wysokość min 1 m n.p.m.
wysokość start/meta 55/28 m n.p.m.
różnica wysokości 392 m
podjazd max 12%
zjazd max 12%
temperatura rano 11°C
temperatura min 9°C
temperatura max 12°C
No i zrobione. Jestem już na kempingu w Ålesund, styrany jak nieboskie stworzenie.
Ponad 125 kilometrów w jeden dzień po górach w ciągłej ulewie to wyczyn godny wariata. Nie mam już ochoty na jazdę na rowerze ani w deszczu, ani w ogóle, i dlatego te ostatnie trzy dni, które pozostały do odlotu do Polski, posiedzę sobie na miejscu.
W ten sposób, zamiast zakładanego jednego dnia na zwiedzanie Ålesund, będę miał trzy. Stwierdziłem, że n i c n i e m u s z ę i na tę chwilę zdecydowanie wolę spędzać czas sącząc kawę w cukierni z widokiem na port czy po prostu chronić się przed deszczem i zimnem gdziekolwiek bądź, niż drałować bez radości w duszy.
Widoki po drodze dzisiejszego etapu oczywiści prześliczne, ale co z tego, skoro mi zimno i jestem zmęczony jak pokutnik.
Przepiękne Alpy Sunnmøre, które oglądam z dziesięciokilometrowego odcinka wysokogórskiej drogi gruntowej – prawdziwa rzeźnia (a miał być asfalt)!
Dwie przeprawy promowe, za które tym razem zapłaciłem (36Kr i 28Kr). Jedna przez fiord Hjørundfjorden z Lekneset do Sæbø, druga przez fiord Storfjord z Festøya do Sunde. Fajnie, cieplutka poczekalnia, toalety. Próbowałem suszyć przemoknięte rękawy bluzy w suszarce do rąk 😉
……………………………..
Jestem padnięty. Idę spać.

DOLINA LANGDALEN


PRZEDE MNĄ ALPY SUNNMØRE





DOLINA NIBBEDALEN

OWIECZKI NA PRZEPASTNEJ NORWESKIEJ HALI


ZIOMBI






POLODOWCOWA JASKINIA?





I ZJAZD DO FIORDU NORANGSFJORDEN





W OCZEKIWANIU NA PROM


PRZYTULNA CIEPLUTKA I CZYŚCIUTKA POCZEKALNIA…

…I JEJ WNĘTRZE

NA PROMIE DO SÆBØ



BONDALEN

ØYADALEN

KOSZMARNY DZIESIĘCIOKILOMETROWY ODCINEK W SERCU ALP SUNNMØRE. NA PODJEŹDZIE KAMIENIE, NA ZJEŹDZIE BŁOTO








A TO JUŻ HJØRNNDFJORDEN

I OSTATNIA PRZEPRAWA PROMOWA, NA WYSPĘ SULA, GDZIE JUŻ NIEDALEKO DO CELU

>>>
[more]
Dzień 11
Etap 9
24 sierpień 2018, piątek
Skei /przy Jølstravatnet/ – Grodås /przy Hornindalsvatnet/
TEN KAWAŁEK JEST TAK SAMO SZARPANY (DŹWIĘKOWO I FABULARNIE) JAK TEN MÓJ DZISIEJSZY ETAP. PEWNYCH RZECZY NIE DA SIĘ PRZESKOCZYĆ, NAWET NA SIŁĘ. NO I TA JEGO STYLISTYKA NA KTÓREJ WYROSŁEM, I DO KTÓREJ ZAWSZE BĘDĘ CHĘTNIE I Z SENTYMENTEM WRACAŁ – TROCHĘ ALTERNATYWY, TROCHĘ GRUNGE’U, TROCHĘ AKUSTYKI – Z CZASÓW KIEDY SIĘ MOTAŁEM. UTWÓR JEST OCZYWIŚCIE W MIARĘ ŚWIEŻY, TYLKO W TAMTYCH RAMACH STWORZONY.
SKUBAS – „LINOSKOCZEK”
(Skei – Byrkjelo – Olden – Loen – Stryn – Grodås)
105,7 km
(łącznie 803,8 km)
meta godzina 17:40
czas jazdy optymalny 6:30 h
czas etapu 8:55 h
średnia prędkość 16,3 km/h
prędkość max 51,12 km/h
suma podjazdów 1.733 m
wysokość max 641 m n.p.m.
wysokość min 1 m n.p.m.
wysokość start/meta 232/55 m n.p.m.
różnica wysokości 640 m
podjazd max 12%
zjazd max 12%
temperatura rano 10°C
temperatura min 10°C
temperatura max 12°C
Od rana spawa jak diabli i od rana leje ostro deszcz. I z malutkimi trzyminutowymi przerwami będzie tak lało przez cały boży dzień. Skąd się bierze tyle deszczu tutaj?
Już kilka dni temu rozmawiałem chwilkę z turystą z Anglii. Słyszał od lokalsów, że dawno nie było tak upalnego lipca w Norwegii, a co za tym idzie, tak zimnego i ulewnego sierpnia. I to rzeczywiście jest mój dramat 😉
Norwegia wyraźnie mnie nie lubi. Najpierw, kiedy szykowałem się do śniadanka w fajnej miejscówce widokowej i rozłożyłem na ławie wszystko co potrzebne dla smacznego i miłego pikniku, nagle lunęło i bądź mądry człowieku. Nawet zjeść się nie da po ludzkiemu.
No dobra – myślę sobie – jak nie będzie padać to jadę na lodowiec Kjenndalsbreen przez dolinę Lodalen i z powrotem tą samą drogę (bo nie ma innej), czyli jakieś 36 km ze stromym podjazdem i półgodzinnym podejściem na piechotę. Napaliłem się, bo to nie lada gratka. Najpierw wąską drogą wiodącą brzegiem turkusowego jeziora Lovatnet do osady Bodal, położonej u jego końca. Atrakcją jest już sama podróż tym odcinkiem, bowiem jezioro i odbijające się w nim góry tworzą spektakularna scenerię. Zdaniem wielu dolina Lodalen jest najpiękniejsza w kraju. W Bodal po rozwidleniu droga wiedzie pod nawisem skalnym do lodowca Kjenndalsbreen. To najniżej położony jęzor, zbyt stromy, by można było zorganizować na niego wycieczkę, ale można dojść do jego skraju. Podejście wąską, głęboką doliną ponoć pozostawia nie lada wrażenia.
Spokojna dolina Lodalen była świadkiem wielu dramatycznych wydarzeń. Wiosną 2016 roku odcinek drogi pod nawisem skalnym został zerwany przez lawinę. Tym razem szczęśliwie zawał nie spowodował żadnych ofiar, jednak w przeszłości ogromne bloki skalne odrywały się już wielokrotnie od ściany Ramnefjell wznoszącej się na wysokość 1,5 km nad jeziorem. W 1905 roku ważący w przybliżeniu 125 tysięcy ton blok runął do jeziora, zabijając 63 osoby. Powstała w jego wyniku fala miała wysokość 40 metrów, a pływająca wówczas po jeziorze łódź „Lodalen” została wyrzucona na odległość 350 metrów od brzegu. W 1936 roku podobna katastrofa spowodowała śmierć 72 mieszkańców.
I to właśnie w Loen, gdzie bierze początek dolina Lodalen, jak na złość znapastował mnie najgorszy deszcz tej wyprawy, dosłownie ściana wody bez końca.
Nie, to nie… Omijam i jadę dalej. Pomijam też objechanie dokoła całego Nordfjordu (od północy górami) i lecę dalej już zgodnie z planem. W ten sposób – po odliczeniu 60 km tuneli (które przejechałem w autobusie bądź w ciężarówce), 36 km doliny z lodowcem i około 60 km reszty Nordfjordu – będę w Ålesund już jutro, zamiast za trzy dni.
Na pocieszenie kupuję sobie wyśmienite kraftowe piwko Global Pale Ale z browaru norweskiego Nogne Ø – „Global”, bo do chmielenia użyto trzynastu odmian chmielu z siedmiu krajów – za które zabuliłem dużo więcej niż stoi w Piwnicy we Wrocku. No ale tak już jest. Produkty norweskie są droższe lokalnie niż te same za granicą. Nawiasem mówiąc podobnie jak na ten przykład toruńskie pierniczki, za które w sklepie firmowym fabryki im. Kopernika trzeba dać więcej niż w hipermarkecie każdego większego miasta.
DOLINA VÁTEDALEN I RZEKA STORELVA





KOZY ROZUMIEM, ALE JAK TAM NADPEŁZŁY TE KROWY?




BYRKJELO




LODOWIEC

NORDFJORD














KEMPING W GRODÅS NAD SAMYM BRZEGIEM JEZIORA HORNINDALSVATNET


>>>
[more]
Dzień 10
Etap 8
23 sierpień 2018, czwartek
okolice Mel /podgórze Melsnipa/ – Skei /przy Jølsrtavatnet/
EMPYRIUM – „THE ENSEMBLE OF SILENCE”
(Mel – Etdalen – Vallestad – Rørvik – Vassenden – Skei)
103,4 km
(łącznie 698,1 km)
Zimno. Zimno. Zimno. I siąpi.
Ranek w lesie. Toaleta poranna w strumyczku. Ze strumyczka też woda na herbatę i do termosu, jak i zresztą na wczorajszą kolację.
Nie było komarów, nie było kleszczy, nie było żadnej zwierzyny. Coś tam koło czwartej przed świtem popiskiwało, pewnie dziki z małymi. Nawet się wyspałem, choć przeważnie gdy nocuję w lesie, to tylko czuwam.
No a ogólnie to dziś kolejne mordercze podjazdy. Siedem, osiem procent to norma. No i te deszcze utrudniające fotografowanie, a przede wszystkim psujące nastrój i momentami już irytujące, kiedy przemoczona dupa zaczyna się trząść.
Ciekawostka z marketów spożywczych. Ceny są tak różne i to w tych samych sklepach (towary obok siebie), że wszystko trzeba czytać. Norwegowie nie patrzą jednak no to, biorą jak leci. Na przykład bułka kosztuje 4 Kr, a obok trzy sztuki za 5 Kr. Albo drożdżówka za 8 Kr, a obok za 17 Kr (pierwsza na regale z asortymentem wg producentów, druga z ułożeniem wg rodzajów pieczywa – ale nadal to ta sama bułka). Woda litrowa 6 Kr, a obok 23 Kr (inny producent). Jedenaście zeta za wodę 1 litr!
A w ogóle najdroższe w Norwegii są: 1. Alkohol (ten o woltażu powyżej 4,5 % tylko w specjalnych nielicznych sklepach wyłącznie z alkoholem i otwartych jedynie do wczesnych godzin popołudniowych i w dni robocze), 2. Słodycze i słone przekąski. Czyli rząd dba o zdrowie swoich obywateli, bo to wszystko co jest najmniej potrzebne dla zdrowia jest najdroższe.
Fajne jest to, że w większości marketów można wypić naprawdę wyborną kawę, płacąc tak jak na naszych stacjach benzynowych, czyli w kasie. Kawa nie jest droga, wręcz tania, pod warunkiem że kupuje się cokolwiek innego prócz niej.
Norweskie drogi to arcymistrzostwo świata – gładziutkie jak dębowy stół. Oni mają bzika na ciągłym wylewaniu jeszcze równiejszego asfaltu. Nie ma dnia, żebym nie czekał ze dwadzieścia minut, bo akurat nawierzchnię kładą nowiusieńką.
Dzisiaj zaszalałem z noclegiem, choć w zasadzie nie miałem innego wyjścia. Zajechałem docelowo do Skei gdzie, jak wydedukowałem z mapy, powinienem znajdować się kemping z poletkiem dla namiotów. No jest, faktycznie jest. Ale zuźka z góry mówi: „cena 300 Kr (145 zł)”. Co?! Za namiot? „Proszę pokazać cennik” – mówię. Ona, że nie ma cennika, jedna cena – dla kampera, dla auta i dla motoru. Jasne, motoru… Nonsens. Z czymś takim nie spotkałem się jeszcze w żadnym zakątku Europy, żeby płacić za rower (który zresztą i tak wstawię do namiotu) jak za autobus. No ale nie mam już sił na dalszą jazdę w poszukiwaniu miejscówki. Wręczam 500 Kr, a zuźka że nie ma wydać (na kempingu tylko ja, jedyny klient) i że nie ma dla mnie paragonu ani rachunku. Powiedziałem, że jestem blogerem i opiszę ich, a teraz proszę natychmiast iść na miasto i przynieść mi resztę i rachunek. W poskokach poleciała i mi przyniosła, choć do tablicy było ze dwa kilometry. A na rachunku: „kamper”. Masakra…
Ale za to lokalizacja i warunki na tym kempingu świetne. I ja sam jedynie. Później, kiedy się już kładłem, przyjechała jeszcze wozem niemiecka para.
Zobaczymy co przyniesie jutro. Może poprawę pogody. Jak nie, to skracam trasę i lecę najkrótszą z możliwych na Ålesund.
A, i kupiłem cydr w półlitrowej puszeczce, kosztował 40 Kr (19 zł). (Nie)smakował jak polski skoncerniały radler.

DOLINA BORDALEN



KLUFKI NA SPACEJKU












DESZCZYK SIĄPI, ALE DRUGIE ŚNIADANKO TRZEBA ZJEŚĆ







ŚLISKA NAWIERZCHNIA?



DŁUUUGIE JEZIORO JØLSTRAVATNET




MIRAŻE KRYSTALICZNIE CZYSTEGO JEZIORA JØLSTRAVATNET








LODOWIEC JOSTADALSBREEN




MELANŻYK Z WIDOCZKIEM NA LODOWIEC I JEZIORO


>>>
[more]
Dzień 9
Etap 7
22 sierpień 2018, środa
Skjervheim /przy jeziorze Myrkdalsvatnet/ – okolice Mel /u podnóża góry Melsnipa/
MYRKUR, CZYLI SKANDYNAWSKI PSYCHODELICZNY FOLK METAL. DOBRZE WSPÓŁGRA Z MIEJSCÓWKĄ, KTÓRĄ SOBIE DZISIAJ NA NOC WYRYCHTUJĘ. A MYRKUR JUŻ W LIPCU 2019 NA CASTLE PARTY. JESTEM TYM PODNIECONY JAK CHŁOPIEC PRZY OGNISKU W NOC KUPAŁY POCAŁOWANY PRZEZ PIĘKNĄ, SUROWĄ I NIECO STUKNIĘTĄ PANIĄ OD POLSKIEGO.
MYRKUR – „ULVINDE”
„Tak, zło musi zostać zwalczone złem w upadłym ciele
Zamknięte w zwierzęciu, do którego nigdy się nie zbliżają
Uwięzione w domu wariatów, wykrwawiające się
Lojalni słudzy ciemności przykuci do mojej stopy
Norwegio, Norwegio, Norwegio
Słońce odeszło
wśród deszczu i wichru nocy
Ciężkie wrota prowadzące do mojego dzieciństwa
zatrzasnęły się w mym zimnym umyśle
Daleko w głębokich dolinach odbijających się w jeziorze
to właśnie tam chcę żyć, właśnie tam chcę umrzeć
W popiołach rzeki znajdą moją duszę
Skamieniałe cienie unicestwione przez światło
Norwegio, Norwegio, Norwegio „
MYRKUR – „SKAÐI”
(Skjervheim – Vik – Vangsnses – Dragsvik – Ulvastad – Mel)
77,1 km
(łącznie 594,7 km)
meta godzina 18:00
czas jazdy optymalny 5:23 h
czas etapu 7:50 h
średnia prędkość 14,3 km/h
prędkość max 67,29 km/h
suma podjazdów 1.653 m
wysokość max 1.004 m n.p.m.
wysokość min 1 m n.p.m.
wysokość start/meta 242/134 m n.p.m.
różnica wysokości 1.003 m
podjazd max 12%
zjazd max 12%
temperatura rano 11°C
temperatura min 11°C
temperatura max 14°C
A od rana dzisiaj co…? Deszcz. I ten deszcz będzie napieprzał przez cały dzień z przewagą postaci ulewy. Wczoraj przepłukałem kilka rzeczy, rano jestem zmuszony całe to niedoschłe pranie wsadzić w reklamówce do sakwy.
No i co? I przecinam kolejne pasma górskie z nieziemskimi widokami. I tylko pomarzyć mogę o fotografowaniu. Kurde, całe dziesiątki kilometrów przemierzam i ani wiatki, ani daszku, ani osłoniętego przystanku. Nie ma gdzie się schronić choćby na zjedzenie czegokolwiek, a co dopiero zdjęcia pykać. Aparat zresztą co chwilę zaparowany.
W największym nasileniu tej chlastaniny pędzę akurat z masywu górskiego (ponad tysiąc metrów nad poziomem morza) do Vik nad fiordem Sognefjord (jeden metr n.p.m.). Szczękając zębami wchodzę do supermarketu i spędzam tam ponad godzinę ciesząc się ciepłem nawet w dziale z nabiałem.
Ruszam dalej i za chwilę jestem już w Vangsnes, gdzie czeka mnie przeprawa promowa przez Sognefjord. A tutaj akurat (w Vangsnes) prom będzie odpływał za pół godziny. I znów okazja do ogrzania. Zostawiam rower w strefie wjazdowej i wchodzę do poczekalni czy też kajuty (jak zwał, tak zwał).
Rejs trwa czterdzieści pięć minut z międzydokowaniem w porcie Hella. Na promie jest przyjemnie, za oknem piękne widoczki i nie wiadomo kiedy jestem już w Dragsvik. I znów na gapę przepłynąłem.
Dalej jazda wzdłuż fiordów – najpierw Sognefjord, później jego odnoga Vetlefjorden. Tam zamierzam nocować na kempingu, żeby trochę się ogarnąć z tym mokradłem co ze sobą i na sobie targam. A tu lipa. Nie ma tu już kempingu. Kolejny dopiero po drugiej stronie kolejnych gór za trzydzieści cztery kilometry. A tu już osiemnasta godzina.
No to co? Ja myk w las i rozkładam się nad ładnym strumyczkiem. Las jest gęsty, podmokły, szuwarowy, ciężko było znaleźć miejscówkę. Po rozstawieniu namiotu długo walczę jeszcze z osuszeniem podłogi we wnętrzu. Ale przynajmniej nie pada już na głowę i bije przyjemne ciepło od kuchenki i grzejącej się kolacji.
Co tu dużo gadać, strach jest. Nie tyle przed ludźmi, co przed jakąś niewiadomą norweską co do mnie przypełznie po ciemku. No i kupę rzeczy mi przemokło, włącznie ze śpiworem…
Nic, byle do rana. A nóż jutro będzie słoneczny dzień to się podosuszam na trasie.

A TO, O DZIWO, UPRAWA WINOROŚLI

POCZĄTEK SOGNEFJORDU. POTĘŻNY WODOSPAD WPADAJĄCY DO FIORDU (W PRAWYM GÓRNYM ROGU). NA KOLEJNYM ZDJĘCIU NA ZBLIŻENIU


NA PROMIE DO DRAGSVIK. W POPRZEK SOGNEFJORDU



WIDOCZEK Z KOLARKĄ W TLE


POGRANICZE FIORDÓW VETLEFJORDEN I FJÆRLANDSFJORDEN













CZAPLE SZARE





OBÓZ ROZKŁADAM W LEŚNYCH OSTĘPACH U PODNÓŻA MELSNIPA

