Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 19

>>>

[more]

Dzień 19

Etap 19

 20 lipiec 2011, środa

Levanto – Piza


(Levanto – Vernazza – La Spezia – Lerici – Carrara – Massa – Forte dei Marmi – Pietrasanta – Viareggio – Lucca – San Giuliano – Piza)

151 km

czas jazdy  8:39

średnia prędkość  17,5 km/h

prędkość max.  55 km/h

przewyższenie  1.886 m

wysokość max.  562 m n.p.m.

wysokość min.  0 m n.p.m.

podjazd max.  11 %

zjazd max.  20 %

temp. max.  31*C

temp. rano  23*C

 

Pierwszy dzień wyprawy z piękną słoneczną pogodą od rano do wieczora.

 Od dzisiaj twierdzę, że Cinque Terre to nie wybrzeże, ale góry Cinque Terre. Pierwsze 70 km dnia to same wspinaczki i zjazdy w niesamowitym otoczeniu. Nie jestem w stanie tego opisać. Potem znienacka robi się całkiem płasko. Szosa biegnie wzdłuż plaży na wysokości zaledwie 3 m n.p.m. To tzw. Versilia rozciągająca się na długości 30 km wzdłuż miast Carrara, Massa, Forte dei Marmi, Pietrasanta i Viareggio. Jednak dostęp do plaży jest ograniczony poprzez „bagna”, czyli wydzielone boxy z parkingiem, kawiarnio-restauracją i kawałkiem odgrodzonej plaży, np. Bagno Emilia, Bagno Royalle… Takich bag(ie)n jest z tysiąc.

 Ponieważ jest już godzina 19-ta, na szybkiego zwiedzam Luccę. A jeszcze nie mam noclegu. Niestety w Lucce nie ma kempingów, więc szybko drałuję do Pizy, aby po rekordowej ilości km (151) , już po zmroku, znaleźć w końcu campeggio w samym centrum Pizy.

 

CINQUE TERRE


 

LA SPEZIA


 

PARCO DI MONTEMARCELLO MAGRA


 

 

LUCCA


 

LUCCA – DELLE MURA (DROGA NA MURZE)



Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 18

>>>

[more]

Dzień 18

Etap 18

 19 lipiec 2011, wtorek

Bogliasco – Levanto


(Bogliasco – Sori – Camogli – Santa Mergerita – Rapallo – Chiavari – Lavagna – Sestri – Moneglia – Levanto)

81 km

czas jazdy  5:27

średnia prędkość  14,8 km/h

prędkość max.  59 km/h

przewyższenie  1.978 m

wysokość max.  627 m n.p.m.

wysokość min.  0 m n.p.m.

podjazd max.  10 %

zjazd max.  24 %! (zjazd z kempingu)

temp. max.  23*C

temp. rano  16*C

 

Od rana leje niemiłosiernie i tak aż do wieczora. Nie jest też zbyt ciepło, a właściwie to jest zimno, przez większość dnia 16-17 stopni. Zważywszy, że jestem na wybrzeżu Cinque Terre, to anomalia. Powinno być chyba 35 stopni raczej. Nawiasem mówiąc, odkąd jestem we Włoszech, ciągle pada, a słynne błękitne włoskie niebo to mit. dzisiejsza pogoda też wpływa na to, że dość szybko szukam noclegu, no i robię niewiele zdjęć (chociaż można było ich robić setki – niesamowite pejzaże wybrzeża widzianego w wysokości 300-600 m n.p.m.). Ale co zobaczyłem to moje.

 Przejazd z jednej miejscowości nadmorskiej do drugiej polega na kolejnych wspinaczkach po bardzo stromym wysokim wybrzeżu. Nachylenie jezdni może przyprawiać o dreszcze amatorów np. alpejskich szos, 10% to norma. Z Sestri do Moneglii postanawiam przejechać tunelem, aby uniknąć wyjątkowej wspinaczki w lodowatych strugach deszczu z poziomu zerowego morza na ponad 600 m i z powrotem do zera. Okazuje się, że w 5km-owym tunelu o ruchu wahadłowym i nakazie jazdy z prędkością minimalną 40 km/h, obowiązuje zakaz dla rowerów. Już mam drałować pod górę dokoła, kiedy pojawia się mała ciężarówka, którą zabieram się na pace razem z całym majdanem. Cóż, przejazd z Moneglii do kolejnej miejscowości (Deiva Marina) również stawia mnie przed takim samym wyborem. A skoro nie ma żadnego większego auta, ryzykuję i wbijam się rowerem w tunel, chociaż tablice ostrzegają o kamerach monitorowanych przez posterunek „polici”. Wjeżdżam na czerwonym świetle (wahadłówka), żeby nie ciągnął się za mną zbyt długo sznur aut, kiedy mnie dogoni. Udało się. Poza tym, choć duszno było od oparów spalin, nie padało na glowę.

 Jak już wspomniałem, krajobrazy morza Liguryjskiego wprawiają w zachwyt. Nie mogę też sobie odmówić kąpieli. Mimo zgrzanego jazdą organizmu i kilkunastu stopni w powietrzu zanurzam się w fale – woda jest cieplejsza od niego (powietrza). Szkoda, że nie mogę popływać. Fale mają co najmniej 3 metry już 10 metrów od brzegu. I tylko surferzy z deskami wchodzą głębiej niż po pas. A nawet stojąc po kostki w wodzie trzeba co chwilę wyskakiwać w górę, żeby nie utonąć, co nie jest łatwe, bo dno składa się wyłącznie z kamieni wielkości pięści ;]

 Noc spędzam dziś w błocie na obskurnym kempingu bez ciepłej wody za jedyne… 18,5 € za noc we własnym namiocie. Co zrobić. Takie ceny na italiańskim wybrzeżu. Na dziko nie ma tu za bardzo gdzie, wszędzie turisti.

 Ale i tak jest zajebiście. I jestem  p r z e s z c z ę ś l i w y.

 

SORI


 

CAMOGLI


 

CHIAVARI



Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 17

>>>

[more]

Dzień 17

Etap 17

 18 lipiec 2011, poniedziałek

Lungavilla – Bogliasco


(Lungavilla – Voghera – Tortona – Serravalle – Genua – Nervi – Bogliasco)

119 km

czas jazdy  7:52

średnia prędkość  15,1 km/h

prędkość max.  52 km/h

przewyższenie  1.149 m

wysokość max.  468 m n.p.m.

wysokość min.  8 m n.p.m.

podjazd max.  24 % ! (uliczka w Bogliasco prowadząca do kempingu – nie podjechałem ostatnich 50 m)

zjazd max.  11 %

temp. max.  28*C

temp. rano  21*C

 

Przez większość trasy nic specjalnego się nie dzieje. Jadę główną drogą na południe w kierunku wybrzeża i Genui (80 km). Na trasie zapamiętałem ogromną figurę umieszczoną na szczycie kościoła w Tortonie oraz przemiłą panią z wnuczką, które oprócz wody obdarowały mnie przeróżnymi owocami z ogródka.

 Docieram do Genui koło południa, mam sporo czasu na zwiedzanie, bo wystartowałem dziś bardzo wcześnie. I nie żałuję tego. To miasto jest niesamowite. Najpiękniejsze z tych, które widziałem. Każda uliczka wprawia w zachwyt. Tutaj też jem pizze, oryginalną włoską. Nie różni się od tej w Polsce prawie niczym, poza dwoma rzeczami. Pierwsza to sos, który nie jest keczupem, tylko świeżymi zmiksowanymi pomidorami z ziołami (duży plus), druga to cena – niewielka skromna pizza za 14,50 € to szok.

 Morze Liguryjskie. Dzikie, lazurowe, mocno pachnące bryzą. Nie kąpię się, choć strasznie bym chciał. Fale tak gigantyczne, że przecieram oczy ze zdumienia. Tylko dla sportowców, którzy stojąc po kostki w wodzie, nagle walczą z trzymetrową falą. Co prawda co kilkaset metrów jest basen na plaży (!), ale: po 1 – na plażę nie wolno z rowerem, po 2 – w dół prowadzi kilkadziesięciostopniowe schody, po 3 – wejście jest wszędzie płatne. Nie szkodzi, znajdę sobie dalej gdzieś na dziko. Hehehe, pomarzyć można.

 Śpię sobie dzisiaj na spędzie namiotowym z całej Europy. Jest to pole (pozostałość winnicy, z charakterystycznymi pięterkami), na którym namioty są rozstawione niczym widownia na trybunach. Na ten kemping trzeba było wydrałować ponad 200 m w górę (biorąc pod uwagę wysokości geograficzne) o nachyleniu ponad 20%! Na miejscu są obok mnie z jednej strony francuska rodzina, z drugiej dwie parki węgierskie, poniżej niemiecka para, wyżej kumple z Anglii oraz z Włoch.

 Będę sobie teraz jadł kolację. Zaszalałem. Chociaż wcale niedrogo wyszło. Mam świeżutki chlebek z grubą chrupiącą skórką, kiełbaskę salametto milanese (takie trochę bardziej „surowe” salami), kilka plastrów prawdziwej prosciutto (wędzonej na zimno surowej szynki), oliwki w specjalnej zalewie (nawet nie jestem w stanie powiedzieć z czego), dwa ogromne podłużne pomidory (nigdy takich nie widziałem), ugotuję sobie jeszcze garść ryżu (żeby było coś ciepłego) i do tego wytrawne czerwone winko, za które zapłaciłem niecałe 1 € (ciekawe czy da się pić).

 Ryż sobie pyka w garnczku i dochodzi, skosztowałem winka, jest doskonałe, Niemcy grają na gitarach  jakiegoś alt-rocka (spoko), więc kończę pisanie i zabieram się za masturbację kulinarną;)

 

TORTONA


 

GENUA

 

MORZE LIGURYJSKIE


 

NERVI


 

BOGLIASCO



Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 16

>>>

[more]

Dzień 16

Etap 16

 17 lipiec 2011, niedziela

Montorfano – Lungavilla


(Montorfano – Mariano – Seregno – Lissone – Monza – Mediolan – Pavia – Lungavilla)

122 km

czas jazdy  8:08

średnia prędkość  15,0 km/h

prędkość max.  39 km/h

przewyższenie  324 m

wysokość max.  387 m n.p.m.

wysokość min.  56 m n.p.m.

podjazd max.  6 %

zjazd max.  5 %

temp. max.  32*C

temp. rano  20*C


Dzień rozpoczyna się od błądzenia po przedmieściach Mediolanu, który rozciąga się w promieniu kilkudziesięciu km, tworząc sieć połączonych ze sobą setek miasteczek bez należytych oznaczeń i drogowskazów. Autostradą nie mogę jechać – pytałem carabinieri, nie pozwolili – a drogi pozostałe to totalny chaos. Ale przynajmniej sobie pozwiedzałem.

 Milan. Co mi się podobało? Niesamowita ilość zabytków i architektonicznych cudek. Wspaniale oznaczone ulice (w przeciwieństwie do  przedmieść) – nie sposób się pogubić, mając mapę. Rewia awangardowej mody w kobiecym wykonaniu (brawo, bella ragazze). Co nie podobało? Cały Mediolan to albo kostkowe, albo kaflowe drogi (masakra dla rowerzystów oraz pań na wysokich obcasach) oraz misz masz w ruchu drogowym, każdy robi co chce, jak w Chinach, a policja ma na to… wywalone;) Italianka zajechała mi drogę z własnej winy i jeszcze oglądała sobie drzwi (mamma mia), zamiast zobaczyć czy żyję. Haha…

 Większość miast włoskich na mojej trasie ma ciekawą strukturę geometryczną – ulice są położone względem siebie jak kratka w zeszycie. Niektóre tak wąskie, że auto osobowe ledwo się mieści między murami, a widziałem nawet takie (tylko dla pieszych), że dwie osoby lubiące pizzę nie miną się, a sąsiedzi z okien naprzeciwko mogą się stukać kielichami z winem;)

 Nocleg. W ucieczce przed burzą rozlokowałem się w amfiteatrze w parku niewielkiego miasteczka Lungavilla. Za darmo cisza, spokój, dach nad głową, ława i stół, woda ze studni obok namiotu. Jest bajecznie.

 

MEDIOLAN – KATEDRA, PIAZZA DUOMO


 

MEDIOLAN – GALLERIA VITTORIO EMENUELE (ZADASZONE ULICZKI)


 

MEDIOLAN – PINAKOTEKA  BRERA (SZKODA, ŻE NIE MOGŁEM WEJŚĆ)


 

MEDIOLAN – CASTELLO SFORZESCO


 

MEDIOLAN – POŁUDNIOWE ULICZKI


 

XIV-WIECZNY KLASZTOR ZAKONU KARTUZÓW CERTOSA DI PAVIA


 

PAVIA – PONTE COPERTO (ZABUDOWANY MOST)


 

NOCLEG W PARKU


 

PELLEGRINO IN ADIDAS


 

Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 15

>>>

[more]

Dzień 15

Etap 15

 16 lipiec 2011, sobota

Chiuro – Montorfano


(Chiuro – Sondrio – Morbegno – Bellano – Lecco – Erba – Como – Albate – Montorfano)

146 km

czas jazdy  8:48

średnia prędkość  16,5 km/h

prędkość max.  49 km/h

przewyższenie  1.444 m

wysokość max.  430 m n.p.m.

wysokość min.  202 m n.p.m.

podjazd max.  16 % (uliczka w Como)

zjazd max.  6 %

temp. max.  33*C

temp. rano  15*C

 

Od rana ziębi i pada. Dopiero po południu rozpogadza się. Dziwne, ale jestem bardziej zmęczony niż wczoraj. Może przez ten maraton kilometrowy związany z poszukiwaniem już nie tylko kempingu, ale i jakiejkolwiek miejscówki na dziko. Italia to pod tym względem koszmar. Każdy metr ziemi jest ogrodzony, obmurowany i do kogoś należy, same posesje, ogródki, sady. Jednak nikt nie jest na tyle życzliwy, żeby pomóc. Wskazuje jedynie najbliższe pole campingowe, którego nie ma i prawdopodobnie nigdy nie było. Dziwny naród, z uśmiechem na ustach, poklepując cię serdecznie, mówią: „tak, tak, prosto, potem w prawo i to tam”. Hehehe… Jakbym zapytał o piramidę egipską czy mur chiński, to też z samej czystej życzliwości powiedzieli by, że są, o tutaj, niedaleko, prosto 🙂 

 Gonitwę w pełni wynagrodziły mi niezwykle urokliwe okolice jezior Como i Lecco. Nad Como mieszkał kiedyś Lens Armstrong, ale nie miałem już siły pytać gdzie konkretnie.

 Włosi są niezwykle przyjaźni i gadatliwi, co nie zawsze idzie w parze z ich prawdomównością. Ale mili są na pewno. Po drodze jestem wielokrotnie zagadywany, zwłaszcza przez Włoszki jeżdżące na skuterach (apropos: Austriaczki jeżdżą na rowerach – w sukienkach).

 Jutro już Mediolan. Może nie będzie gonitwy za noclegiem, tylko spokojne zwiedzanie tego olbrzymiego celtyckiego miasta.

 Dziś na euro-kempie Lambada Party – no to sobie pospałem :/. Hihi. Ale za to Italianki wyluzowane, spontaniczne i rozbrykane. Po prostu kemping z basenem i kapelą na żywo i Włosi oraz wszelkie turysty szaleją, a że dziś sobota, więc jest „fa caldo” ;))

 

SONDRIO


 

DOLINA RZEKI ADDA

 

LAGO DI COMO

 

TUNELOWE SKRZYŻOWANIE

 

LAGO DI LECCO


 

LECCO



COMO



Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 14

>>>

[more]

Dzień 14

Etap 14

 15 lipiec 2011, piątek

Lasa – Chiuro


(Lasa – Prato – Trafoi – Bormio – Sondalo – Tirano – Chiuro)

119 km

czas jazdy  8:11

średnia prędkość  14,6 km/h

prędkość max.  58 km/h

przewyższenie  2.399 m

wysokość max.  2.757 m n.p.m.

wysokość min.  362 m n.p.m.

podjazd max.  13 %

zjazd max.  12 %

temp. max.  28*C

temp. rano  15*C

temp. na Passo dello Stelvio  12*C

 

Mówiąc wczoraj o morderczym dniu nie wiedziałem jeszcze, co to znaczy „umierać na rowerze” (jest takie kolarskie powiedzenie). 

 Etap rozpoczynam od wyruszenia z wysokości około 900 m n.p.m., by na dość krótkim odcinku wdrapać się (dobre określenie: wdrapać – momentami miałem wrażenie, że drapię pazurami asfalt, byle dalej) na wysokość rekordową w moim życiu 2.757 m n.p.m.. Najbardziej martwię się o oddech i o serce (mam blok pęczka Hisa, lekarz zabronił mi uprawiać sport, heh), ale o dziwo z tymi sprawami jest o.k. Widzę tak zasapanych kolarzy na kolarkach, że aż się boję, że zaraz będą mieli zawał. Na ostatnich badaniach okresowych pani doktor powiedziała, że mam ogromną pojemność płuc. Lens Armstrong, pozdrawiam;) No to chociaż się ona – pojemność – na coś przydała, chociaż ta cenna informacja lekarska również.

 W przeciwieństwie do dnia wczorajszego, dziś pogoda dopisuje. Widoczność niemal idealna. Temperatura w górach poniżej 20 stopni C.  Dopiero na zjazdach pojawia się silny przeciwny wiatr i zaczyna prażyć słońce (28 stopni C).

 I tutaj muszę napisać, że całe moje bajeczne wyobrażenie o doskonałej jakości włoskich szos faktycznie mogę między bajki wstawić. Hehe, polska rzeczywistość. Na żadnym zjeździe nie da się bujnąć więcej jak 50 km/h, bo za pierwszym lepszym zakrętem można zgubić sakwę albo zęby na wyrwie albo pęknięciu w asfalcie. Austria pod względem jakości to mistrzostwo świata. Poza tym Włosi mają tendencję do ustawiania znaków: „zakaz ruchu dla rowerów”, chociaż nie istnieje żadna inna droga w danym kierunku, no chyba że gdzieś dookoła po szczytach. Początkowo tak kluczę, już po przekroczeniu Passo dello Stelvio, potem olewam znaki i jadę sobie główną nie bacząc na klaksony. Jak się pojawią carabinieri, udam że się zgubiłem.

 Już za Bormio (około 60-tego km) zacząłem się rozglądać za polem namiotowym i oczywiście nie wypatrzyłem żadnego (w Austrii do tej pory byłoby ze 20). Kiedy dojeżdżam do 120-tego km, jestem już taki styrany, że na informację, że w promieniu 40 km nie ma żadnego campingu (w Tirano jest tylko betonowy zajazd dla kamperów), wbijam się do pierwszego lepszego hotelu nie bacząc na cenę, byle tylko spać (40 € to jak dla Polaka bardzo drogo, ale jak na Europę to nie aż tak strasznie). Zresztą czego się nie robi mając strach w oczach, w których się odbija zachodzące słońce. Na przystanku tez bym nie pospał, bo tu nie ma wiat, tylko słupy z rozkładem jazdy, a droga osiatkowana z obu stron (sady jabłkowe, morelowe, brzoskwiniowe), więc namiot na dziko też nie wchodzi w grę. A po zapytaniu, czy można sobie rozbić na podwórku na jedną noc, Włosi odpowiadają: „no, no, grazie…”, że nie, ale bardzo dziękują za docenienie ich lokalizacji. Heh… 😉

 No więc mam dziś lux, śpię w łóżku. Szkoda tylko, że zamiast pysznego włoskiego wina, kupiłem dzisiaj birra, które nie jest nawet italiańskie, a serbskie, i smakuje jak woda gazowana z moczem;) Za to makaron, który tu kupiłem i właśnie sobie ugotowałem – przepyszny. Chleb też niesamowity, skórka mocno chrupiąca, twarda, a w środku pachnący puch. Włosi wiedza na co jest mąka. Jedno i drugie można jeść tylko z oliwą i solą, naprawdę.

 Jutro dalszy ciąg wyprawy i sycenia się magią krajobrazu. Może się nie pogubię w tych rowerowych zakazach. Na razie mam się dobrze, jestem w swoim żywiole i zaciesz nie znika z mojej twarzy:)

 

W DRODZE NA PASSO DELLO STELVIO


 

MÓJ TRZECI DWU-I-PÓŁ-TYSIĘCZNIK ZDOBYTY, NAJWYŻSZY Z NICH, CZYLI PASSO DELLO STELVIO


 

POŻEGNANIE Z ALPAMI



Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 13

>>>

[more]

Dzień 13

Etap 13

14 lipiec 2011, czwartek

Sölden – Lasa

 

(Sölden – Corvara in Passiria – San Leonardo – Merano – Naturno – Castelbello – Silandro – Lasa)

118 km

czas jazdy  7:44

średnia prędkość  15,2 km/h

prędkość max.  58 km/h

przewyższenie  2.615 m

wysokość max.  1.487 m n.p.m.

wysokość min.  292 m n.p.m.

podjazd max.  12 %

zjazd max.  12 %

temp. max.  24*C

temp. rano  13*C

temp. na Timmelsjoch  7*C

 

Najbardziej morderczy dzień na całej trasie, w ciągłym deszczu i we mgle, która rzedła tylko chwilami. Po zaliczeniu trzeciej co do wielkości przełęczy na wyprawie (jutro najwyższa!), czekały mnie jeszcze masakryczne podjazdy wśród sadów jabłkowych i morelowych włoskiego Tyrolu.

 Właśnie się raczę pysznym, delikatnym, orzeźwiającym, lekko musującym białym winem z winogron, gruszek, nektarynek i moreli. Do tego soczyste renklody z okolicy. Wino pochodzi z miejscowości, przez którą przejeżdżałem, o równie miło brzmiącej nazwie – Castelbello. Owoce kupiłem tuż przy sadach, po prostu miód płynący po brodzie.

 A wracając do początku dnia. Zaczęło się od startu w Sölden. Temperatura z każdym kilometrem podjazdu pod Timmelsjoch spadała coraz bardziej, aż do 7 stopni. Zważywszy, że jest to ostry podjazd w pocie czoła, jechałem na krótki rękaw. Moje ramiona najpierw pokryły się rosą, potem szronem, a później wyglądałem jak bałwanek. Śnieżny czy po prostu jak bałwan, pewnie tak wyglądałem wspinając się po Alpach, a widząc tylko asfalt, bo mgła na nic więcej nie pozwalała. Po osiągnięciu 2,5 tys. m n.p.m. widoczność trochę się poprawiła, za to zaczęło lać.

 Tutaj widać zjazd z Timmelsjoch, już po stronie włoskiej.

 W Merano trochę się pogubiłem. Oznaczenia włoskich dróg (kierunki miejscowości, ilości km) pozostawiają wiele do życzenia. Poza tym Włosi, zapytani o drogę, przeważnie odpowiadają: „o, si si, bene, dritto!”. Tak, tak dobrze, prosto. Hehe…

 A jeżeli chodzi już o oznaczenia, wszystko opisane jest podwójnie – po niemiecku na górze, po włosku na dole. Każda tablica z nazwą wsi ma dwie nazwy, np. Schlanders/Silandro. To z racji tego, że te rejony Italii zamieszkują w przewadze Tyrolczycy.

 Wchodząc do marketu zauważyłem, że jest tu bardzo tanie wino (1-2 € za butelkę) i bardzo drogi chleb (2,50 € za maleńki bochenek). Ale przyznam jedno: oba, wino i chleb, są przepyszne.

 

MÓJ DRUGI DWU-I-PÓŁ-TYSIĘCZNIK

 

WIDOKI Z PRZEŁĘCZY TIMMELSJOCH


 

KOLEJNY LAND PRZEDE MNĄ

 

WSZĘDZIE SADY


 

MERANO


 

CASTELBELLO

 



 

MIŁO JEST ODPOCZYWAĆ W PRZYTULNYM NAMIOCIE Z DOBRYM TRUNKIEM KIEDY NA ZEWNĄTRZ ULEWA



Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 12

>>>

[more]

Dzień 12

Etap 12

 13 lipiec 2011, środa

Unterperfuss – Sölden


(Unterperfuss – Hatting – Stams – Oetz – Längenfeld – Sölden)

77 km

czas jazdy  4:55

średnia prędkość  15,5 km/h

prędkość max.  53 km/h

przewyższenie  1.277 m

wysokość max.  1.487 m n.p.m.

wysokość min.  597 m n.p.m.

podjazd max.  9 %

zjazd max.  7 %

temp. max.  23*C

temp. rano  18*C

 

Całą noc była burza i lało non stop. Właściwie kiedy pakowałem sprzęt, deszcz padał nadal i znacznie się ochłodziło. Do południa było nie więcej niż 18 stopni i silny alpejski wiatr w twarz. Do tego ciągle padająca mżawka. Dlatego zrezygnowałem dzisiaj ze wspinaczki przez Przełęcz Timmelsjoch na stronę włoską Alp. Wjeżdżanie rowerem na wysokość ponad 2,5 tysiąca m n.p.m. w wichurę i deszcz to nie frajda, to nawet nie mordęga – to idiotyzm i igranie z życiem.

Kiedy około 15:30 dotarłem do ostatniej miejscowości przed przełęczą i zobaczyłem twarze zjeżdżających stamtąd kolarzy, definitywnie postanowiłem poczekać do rana w Sölden.

 Dziś więc zadowoliłem się „jedynie” krajobrazem doliny rzeki Inn oraz doliną Oetztal. Nurt rzeki Oetztaler w tych okolicach jest tak rwący, że woda wygląa jakby wrzała, jak biała kipiel. Nie mogę też się nadziwić widokowi wsi na torcie (!) oraz nazwie miejscowości składającej się wyłącznie z samogłosek. Po drodze nie mogę też ominąć klasztoru Stams. Niestety dziś nie zrobiłem zbyt wielu zdjęć, bo niemal ciągle padało.

 Nocleg na dwupoziomowym polu kempingowym w turystycznym kurorcie Sölden. Zresztą która miejscowość w Austrii nie jest turystyczna…? 😉

 Mój organizm zaczął palić mięśnie. To alarm białkowy. Kupiłem paczkę jajek (udało mi się je dowieść w całości na kemping, ugotuję na twardo),  mam żurek instant, świeżutką bagietkę i dwa Zipfery (piwko). A, i precle tyrolskie. Pojem sobie, znaczy.



DOLINA RZEKI INN

 

KLASZTOR STAMS

 

OETZTALER

 

W ŚRODKOWEJ CZĘŚCI W TLE WIDAĆ MIEJSCOWOŚĆ NA PŁASKOWYŻU, NICZYM DEKORACJA NA TORCIE

 

NAZWA BEZ SPÓŁGŁOSEK

 

DOLINA OETZTAL

 

ROZCZOCHRANY UMORUSANY GŁODNY UMORDOWANY ALE SZCZĘŚLIWY

Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 11

>>>

[more]

Dzień 11

Etap 11

 12 lipiec 2011, wtorek

Wald im Pinzgau – Unterperfuss


(Wald im Pinzgau – Gmund – Aschau – Schwaz – Wattens – Volders – Hall in Tirol – Innsbruck – Kematen in Tirol – Unterperfuss)

124 km

czas jazdy  7:32

średnia prędkość  16,4 km/h

prędkość max.  68 km/h

przewyższenie  1.349 m

wysokość max.  1.636 m n.p.m.

wysokość min.  532 m n.p.m.

podjazd max.  11 %

zjazd max.  9 %

temp. max.  37*C !

temp. rano  20*C

 

Etap rozpoczynam od wspinaczki pod Przełęcz Gerlos. Panorama niesamowita. Na szczyciu zaczepia mnie Anglik, również sakwiarz, aktualnie na przejażdżce samochodowej z małżonką. Pokazuję mu mapy, on wręcza mi prowiant, kruche ciasteczka cytrynowe, jabłko, banan. Miło. 

 Zachwycam się doliną Gerlos, doliną Ziller, Innsbruckiem i rzeką Inn. Za Innsbruckiem pytam każdą napotkaną osobę jak przejechać na drugą stronę autostrady. Nikt mnie nie rozumie. Nagle podbiega przemiłe dziewczę, biegaczka zziajana na maxa, jak się okazuje Polka z Wrocławia! Zobaczyła polską flagę i przybiegła. Pogadaliśmy sobie. Doktoryzuje się w Innsbrucku. Szkoda, że sobie potem po prostu pojechałem dalej.

 Nocleg na kempingu. Nie mam dziś natchnienia na pisanie. Jestem umordowany. Przez większość dnia było 37 stopni C w cieniu! Co będzie w Toskanii?! Szok…

 

W DRODZE NA PRZEŁĘCZ GERLOS


 

W TYROLU KROWY PASĄ SIĘ RÓWNIEŻ NA SZOSACH

 

NA WYSOKOGÓRSKIEJ DRODZE ALPEJSKIEJ GERLOS


 

TUTAJ NIE MA WSI, TYLKO SWOBODNIE ROZRZUCONE W TERENIE DOMOSTWA


 

W TYROLSKICH OKNACH SĄ WSZĘDZIE KWIATY


 

W BAJKOWEJ DOLINIE  ZILLER


 

UROKLIWE MIASTECZKO HALL IN TIROL


 

INNSBRUCK. PRZYSTANEK TRAMWAJOWY


 

INNSBRUCK. ZAMEK HOFBURG


 

INNSBRUCK. KAMIENICE


 

INNSBRUCK. STARE MIASTO


 

INNSBRUCK. BRAMA TRIUMFALNA


 

INNSBRUCK. SKOCZNIA BERGISEL


 

INNSBRUCK. RZEKA INN


 

FRAGMENT SZALONEGO ODCINKA LINII KOLEJOWEJ BIEGNĄCEJ DŁUGIMI TUNELAMI – TUTAJ CZĘŚCIOWO NA ZEWNĄTRZ PIONOWEJ ŚCIANY

 

RZEKA INN…


 

…I BŁOGA GODZINKA ABSOLUTNEGO RELAKSU NAD JEJ BRZEGIEM


Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 10

>>>

[more]

Dzień 1o

Etap 10

 11 lipiec 2011, poniedziałek

Amlach – Wald im Pinzgau


(Amlach – Lienz – St.Johann im Walde – Matrei in Osttirol – Neukirchen – Wald im Pinzgau)

88 km

czas jazdy  5:36

średnia prędkość  15,8 km/h

prędkość max.  69 km/h

przewyższenie  1.183 m

wysokość max.  1.648 m n.p.m.

wysokość min.  673 m n.p.m.

podjazd max.  12 %

zjazd max.  7 %

temp. max.  28*C

temp. rano  23*C

 

W nocy była straszna nawałnica. Dobrze, że naciągnąłem namiot linkami (czego zazwyczaj nie robię), bo bym został sam na glebie. Od dzisiejszego dnia miałem postanowienie wstawać nie o siódmej, ale o szóstej, ze względu na mozolne podjazdy i czas na nie poświęcany. Niestety, leje do dziewiątej niesamowicie, potem jeszcze pucowanie roweru, który leżał rano w błocie (dzisiaj będę spał z rowerem, w końcu mam podwójną Atacamę), dość że wyjeżdżam dopiero o jedenastej.

 Po drodze mozolny 6%-owy podjazd pod przełęcz Tauerntall z 1000 metrową różnicą poziomów. Kiedy dojeżdżam do słynnego tunelu Felbertauern (5.282 m długości), okazuje się, że herr z budki za szlabanem nie przepuści mnie. „Nicht fahrrad.” Tunel nie dla rowerów. A przez całe 46 km od Lienz nie było ani jednego znaku czy tablicy, oznaczającej zakaz. Bym  sobie inaczej pojechał, a nie drapał się w górę niepotrzebnie. Pan z budki łaskawie zaproponował mi taxifahrrad za jedyne 18 €! Wszyscy kamperowcy na podjeździe i przy tunelu chcieli sobie robić ze mną zdjęcia (to chyba dlatego, że miałem ten obłęd w oczach), ale nikt nie zaproponował, że mnie podrzuci na drugą stronę – te 5 km wygrzebane w górze St. Pöltner. No to się podwiozłem, tą taksówką.

 Na zjeździe Amertal trochę mnie poniosło i zacząłem wyprzedzać tiry. Jeden ambitny, którego łyknąłem, chciał mnie dogonić, a le jak zaryczał hamulcami na przepaścistym wirażu, to mu się odechciało ;-]

 Przełęcz Gerlos i falę Krimmler muszę dziś już odpuścić. Jest już późno, a ja nie jadłem nic od 9 rano. Pora rozbić zelt i spałaszować puchę gulaszu z dodatkiem 6 parówek i pysznego tyrolskiego chleba, spłukując niezłym piwkiem po 80 centów za butelczynę.

 Obok mnie na polu namiotowym parka sakwiarzy ze Słowacji, ale chyba nie w humorze, bo skitrali się z namiocie. Choć Słowaczka pytała o piwo (widząc jak ja się raczę), po które Słowak się nie kwapił skoczyć. Zaprosiłbym, ale miałem już tylko pół.

 10 dni minęło, 1.100 km przedrałowanych. Zobaczymy co jutro Blaru da radę wykręcić;)

 

PORANEK


 

 

ZA 5,3 KILOMETROWYM TUNELEM