Kreta Tour 2016 – dzień 2

>>>

[more]

Dzień 2

 Etap 1

14 maj 2016, sobota

Chania (Χανιά) - Sfinari (Σφηνάρι)

TO NIE REKLAMY CZY SPAM.  WRZUCIŁEM DO OPISU KAŻDEGO DNIA JEDEN KLIP.  KAWAŁKI TE TOWARZYSZYŁY MI W MYŚLACH NA WYPRAWIE.  MOŻNA POWIEDZIEĆ, ŻE ODZWIERCIEDLAJĄ STAN DUCHA, W JAKIM WTEDY BYŁEM.  NA POCZĄTEK CLAN OF XYMOX – „MORNING GLOW”.

flaga-grecji-ruchomy-obrazek-0010

(Chania /airport/ – Agia Triada – Gouvernotou – Chania – Platanias – Rodopou – Kissamos – Platanos – Sfinari)

105,6 km

(łącznie 105,6 km)



czas jazdy 7:09 h

czas dzienny 10:50 h

wyjazd 6:50 

dojazd 17:40 

średnia prędkość  14,7 km/h

prędkość max  48,5 km/h

przewyższenie 1466 m

wysokość max  291 m n.p.m.

wysokość min  0 m n.p.m.

podjazd max  11%

zjazd max  11%

temperatura max  30*c

temperatura rano  19*c

 

Co za fantastyczny dzień. No prawie. Ale po kolei.

 Wstaję o szóstej. Ładuję sakwy na rower, śniadanie zjem po drodze. Jedną ręką trzymam kierownicę, drugą toporny wielki karton rowerowy. Wrzucę go gdzieś niedaleko airportu w jakieś krzaki. Może nikt go nie znajdzie, a jak znajdzie to się domyśli. Wyjeżdżam z lotniska na dwór, a tu… deszcz, ooo… A myślałem, że tu tylko słońce i żar. Szybko ukrywam pudło i już sobie jadę w stronę półwyspu Akrotiri, klasztoru Agia Triada, a potem miasta Chania na podstawowe zakupy.

 Od samego początku zaskakują mnie sympatycznie wyglądające kozy, które chadzają sobie gdzie chcą, zwłaszcza środkiem szosy. Zmierzam na zachód, w stronę półwyspu Rodopou. Niesamowite krajobrazy.

 Podążam dalej starą górską drogą wzdłuż zatoki Kissamos. I tu niefart. W padającym deszczu, na ostrym zjeździe, wpadam w poślizg na wirażu (rozlany olej silnikowy). Zwalam się całą masą obładowanego roweru na asfalt, zdzieram kolana i łokcie, w oczach pokazują mi się gwiazdy, w uszach jeden wielki pisk, a kask pęka na pół. Rany, a przed chwilą nie miałem go na głowie, założyłem dopiero na szczycie przed zjazdem w dół. Sprzęt wychodzi bez szwanku, ja trochę się obdrapałem.

 A propos sprzętu. kartusze gazowe kupuję w markecie po 1€ za sztukę. Co cena…

 Na trasie spotykam innego sakwiarza. To Meksykaniec. Jedziemy razem! Nazywa się Joaquin Flores i przyleciał na Kretę prosto z Mexico. Spoko gość, ma 45 lat, dostał 2 tygodnie wychodnego od żony, ma córeczkę i synka. Postanawiamy dziś i jutro jechać wspólnie – nasze trasy częściowo się nakładają.

 Natrafiamy na kemping w Sfinari, zatoczka nad morzem. Jak się później okazało, to tawerna, a kemping był kawałek dalej. Rozbicie namiotu free, prysznic free. Warunek: przyjdziemy na kolację do restauracji. Hehe, i tak byśmy przyszli. Zamawiamy sałatkę grecką (horiátiki) i grillowaną ośmiornicę plus piwo. Boże, pobłogosław grekokatolickim Kreteńczykom;) Tak doskonałej kolacji nie jadłem nigdy. Pomidory i ogórki prosto z krzaczka na słoneczku, ułożona na wierzchu w ogromnych plastrach feta od beztrosko hasającej kózki, oliwa tak dobra, że można jeść ją łyżką samą z chlebem, no  a ośmiornica przed chwilą wyłowiona, mmm.

 Usypiam w namiocie przy szumie fal morza Libijskiego 15 metrów od brzegu. Jest godzina 22:10. Na termometrze 22°C. Raj.

 Acha. Miła pani postawiła mi i Joaquinowi po kieliszeczku rakí domowej produkcji. Wyborna. I po kawałeczku bardzo słodkiej babki drożdżowej.


 

KLASZTOR AGIA TRIADA.  DZIEDZINIEC GŁÓWNY

 

PIERWSZE SPOTKANIE Z KOZĄ KRI KRI

 

A TO JUŻ MIASTO CHANIA

 

JOAQUIN WE WŁASNEJ OSOBIE

 

photo by Joaquin Flores

 

photo by Joaquin Flores

 

photo by Joaquin Flores

 

photo by Joaquin Flores

 

WIECZORNY ODPOCZYNEK PRZY PLAŻY W SFINARI.  W OCZEKIWANIU NA KOLACJĘ

photo by Joaquin Flores

 

YΓEIA…, TZN. NA ZDROWIE

 


Kreta Tour 2016 – dzień 1

>>>

[more]

Dzień 1

 Prolog

13 maj 2016, piątek

Lubin – Wrocław – Chania (Χανιά)

flaga-polski-ruchomy-obrazek-0006flaga-grecji-ruchomy-obrazek-0010

(autem i samolotem)

Jest trzynastego w piątek, maj 2016 roku. Siedzę sobie na odprawie lotniczej i, czekając na odlot, sączę piwo w barze. Bagaże już odprawione. Zerkam na tablicę odlotów – samolot do Chanii odlatuje za 86 minut.

 Na przekór feralnej dacie dzień od samego rana układa się podejrzanie idealnie i wszystko idzie jak w szwajcarskim zegarku, choć w poprzednich dniach było niemało problemów z dopięciem wszystkiego na ostatni guzik. No ale może cofnijmy się o te parę tygodni…

 Styczeń 2016. Pora na planowanie nowej podróży rowerowej, a właściwie odbycie w końcu tej, której nie zaliczyłem w ubiegłym roku, a więc Węgry i Rumunia. Została mi masa urlopu z zeszłego roku, dlatego nie muszę się martwić trzaskaniem nadgodzin w pracy. A termin? Oczywiście maj, czyli przed Mistrzostwami Europy w Piłce Nożnej.

 Luty 2016. Wiem już, że na pewno nie wyjadę do Rumunii, a już na pewno nie na miesiąc. Okoliczności życiowe sprawiają, że będę mógł wygospodarować jedynie tydzień plus dwa weekendy. Mógłbym do Rumunii polecieć samolotem na te kilka dni, ale szkoda mi trudu jaki włożyłem w mozolne opracowywanie całej pięciotygodniowej trasy. Następnym razem.

 Marzec 2016. K r e t a. Polecę w maju na Kretę. Samolotem. I objadę wyspę wokół. W sam raz na 9-10 dni. Tylko co wykombinuję z rowerem i sakwami, skoro można opłacić tylko jeden bagaż.

  Kwiecień 2016. Skombinowałem karton, żeby w niego zapakować rower. Niestety, nie wchodzi do auta. Szukam mniejszego. Mam, wchodzi. Tylko jak w to maleństwo spakować rower? Cały tydzień upływa mi na rozbieraniu, układaniu, rozkręcaniu, przekładaniu, dokładaniu folii bąbelkowej i styropianu, ale mam – ślicznie spakowany jowejek. Tylko czy będę umiał złożyć w kupę po wylądowaniu w Grecji? To dylemat godny majsterklepki co z wypiekami na twarzy rozebrał nakręcany budzik co do zębatki.

 A trzeba było:

– odkręcić koła i spuścić z nich powietrze (strzelają dętki tam w górze),

– zdemontować kierownicę,

– zdemontować siodełko,

– przełożyć pedałka do wewnątrz,

– zabezpieczyć przerzutki,

– odkręcić bagażnik tylni i przedni,

– odkręcić błotniki,

– zdemontować mapnik i jego mocowanie,

– przesunąć w dół rogi,

– zdjąć licznik, alimetr i oświetlenie.

 Ponadto dołożyłem jeszcze do kartonu kuchenkę (kartusze gazowe kupię na miejscu, bo wybuchają w samolocie), narzędzia, prowiant i parę przyciężkich drobiazgów. Wszystko to, aby ograniczyć wagę bagażu, który spakuję w sakwy, a następnie w torbę bazarówkę (do 20 kg limit). Rebus, bo zazwyczaj zabieram na wyprawy 30 kg bagażu. Czyli dycha do kartonu z rowerem. No ale jakoś się udało to rozpracować.

 Teraz. Do odlotu 47 minut. O 21:30 będę na Krecie. Na miejscu odprawa, poskładanie tego wszystkiego do kupy, ukrycie w sadzie oliwkowym kartonu na powrót, rozbicie namiotu na dziko, byle jakoś przekimać do rana, i w drogę.

          __________

 Dochodzi północ. Co za fantastyczne zrządzenie losu. Kiedy składam sprzęt na hali odpraw lotniska w Chanii, podchodzi do mnie czwórka Polaków z Chorzowa. Dwie młode dziewczyny i dwóch chłopaków łazili dwa tygodnie z plecakami po kreteńskich górach, czyli mój klimat. Zapraszają do wspólnego nocowania, nie na dziko w sadzie, ale na terenie lotniska, w opuszczonym pomieszczeniu po biurze usługowym. Ochrona nie ma nic przeciwko. Czysto, cicho (airport na noc opustoszał), bezpiecznie i sprawnie (nie trzeba rozbijać namiotu w ciemnościach). Ekipa ofiaruje mi także swój niewykorzystany gaz, bo przecież go nie zabiorą na pokład, jednak nie pasuje do mojej kuchenki.

 Pora spać. Zobaczymy co przyniesie nowy dzień i pierwszy etap.

 

 

MOJA MIEJSCÓWKA NA NOCLEG W REMONTOWANYM/OPUSZCZONYM BIURZE NA LOTNISKU

 

 

Cyfry i cyferki wyprawy Bieszczadzkie Cycle 2015

>>>

[more]

DEAD WHEN I FOUND HER – „AT REST”

Uczestnicy:   ja sam, czyli Jarosław BLARU Antoniak

Czas wyprawy:   13 dni

Czas jazdy:   5 dni

Dystans:   391 km

Najdłuższy etap:   95 km

Najkrótszy etap:   63 km

Średnia dzienna:   78,2 km

Czas jazdy łącznie:   27 h 33 min

Średnia prędkość na całej trasie:   14,4 km/h

Prędkość max:   63 km/h

Suma przewyższeń:   7.481 m

Średnia dzienna przewyższeń:   1.496 m

Wysokość max nad poziomem morza:   816 m n.p.m.

Nachylenie max:   22 %

Zjazd max:   22 %

Temperatura najwyższa:   36°C

Temperatura najniższa:   9°C

Bieszczadzkie Cycle 2015 – dzień 10-13

>>>

[more]

Dzień 10

Etap 5 (pieszy)

8 wrzesień 2015, wtorek

/Bieszczady: Pasmo Graniczne Zachodnie/

MANIÓW – BALNICA – Czerenin (Δ 929 m) – Stryb (Δ 1011 m) – Sinkowa (Δ 995 m) – Rypi Wierch (Δ 1003 m) – Przełęcz Nad Roztokami Górnymi (Δ 801 m) – ROZTOKI GÓRNE – LISZNA – CISNA



Ran0 7*C, w ciągu dnia 13*C, zimno, pochmurnie, ale na szczęcie bez opadów.

 Trasa 8-godzinna, bardzo długa, momentami wydaje się dość monotonna. Ale widoki, które się co jakiś czas wyłaniają, piękne.

 Na trasie napotykam leśny przystanek Bieszczadzkiej Kolei Wąskotorowej. Mam dużo szczęścia, bo akurat wjeżdża na nią pociąg. Normalnie kursuje tylko w weekendy, ale przejeżdża nim wycieczka niemiecka, więc pewnie dodatkowy kurs. Charakterystyczny miarowy świst pary raz za razem, kiedy kolejka odjeżdża w leśnym zakolu, robi naprawdę klimat.

 Obiad w Cisnej w Siekierezadzie, knajpie inspirowanej powieścią Edwarda Stachury „Siekierezada” i mającej opinię artystycznej. Po zamówieniu dania otrzymuję numerowaną siekierę. Kiedy potrawa jest gotowa barmanka skrzeczy na całe gardło: „siekiera numer 89!!!” Klimat. Odbieram kwaśnicę oraz stek z karczku z oscypkiem i żurawiną i opiekane ziemniaki z zestawem surówek. Wszystko bardzo smaczne i podane w try miga. Poza tym w knajpie pobrzmiewa zajebisty amerykański rhythm blues lat 60-70. No nie wspominając o wystroju;) Taki horror-death-rockowy melanż. Mi pasuje. Ale niektórzy mogliby poczuć się zniesmaczeni.



 

Dzień 11

odpoczynek

9 wrzesień 2015, środa

 

 Rano 10*C, w dzień 14*C, pochmurnie, ale bez opadów.

 Postanawiam pojeździć sobie leniwie autem po Słowacji. Wyszło 180 km. Niestety nie mam euro, więc z zakupów słowackich słodyczy i kofoli nici.

 Obiad w Cisnej w Siekierezadzie. Barszcz z uszkami oraz golonka z pieczywem i surówkami. Barszcz doskonały, golonka olbrzymia (z pół kila), mięciutka, zaskakująco chuda, smaczna, ale nieco mdła – chrzan, musztarda i setka czystej wódki obowiązkowo.

 

PRZEPIEŻENIE W SIEKIEREZADZIE



 

Dzień 12

Etap 6 (pieszy)

10 wrzesień 2015, czwartek

/Bieszczady: Worek Bieszczadzki/

USTRZYKI GÓRNE – Przełęcz Krygowskiego (Δ 1315 m) – Tarnica (Δ 1346 m) – Przełęcz Krygowskiego (Δ 1315 m) – Przełęcz Goprowska (Δ 1160 m) – Halicz (Δ 1333 m) – Rozsypaniec (Δ 1280 m) – Przełęcz Bukowska (Δ 1110 m) – WOŁOSATE – USTRZYKI GÓRNE

Rano 4*C, zimno, mgliście. W ciągu dnia 13*C. Na szczęście mgła szybko się rozpływa, a chmury są bardzo wysoko, na tyle wysoko, że widoczność jest znakomita. Jadąc rankiem z Cisnej do Ustrzyk Górnych natykam się na olbrzymiego jelenia, który stoi na środku drogi i mierzy mnie majestatycznym wzrokiem, ani trochę nie przejmując się tym, że zatrzymałem auto kilka metrów przed nim. Jednak kiedy zacząłem szperać za aparatem, jeleń czmychnął.

 Na szlaku, wspinając się wąską ścieżką przez las, słyszę ryk. Niedźwiedź czy żubr…? Obstawiam, że żubr to nie jest, bo by raczej tak jak byk muczał, a to był wyraźny warkotliwy ryk jeżący włosy na skórze.

 Panoramy Worka niesamowite, miejscami kojarzą się z jakąś inną planetą.

 Obiad w Wetlinie w Chacie Wędrowca. Rosół + ziemniaki opiekane z bundzem, marynowanymi buraczkami i sałatką z kapusty pekińskiej z winogronami i rodzynkami plus sos jogurtowo-czosnkowy. Drugie danie poezja. Do picia kofola. Szkoda tylko, że na parterze karczmy zamknięty jest dziś sklepik ze słowackimi smakołykami, dlatego że zajechałem tu nie tylko na obiad, ale właśnie głównie do tego sklepiku. Nie będzie już chyba okazji, szkoda…

 

 

Dzień 13 (ostatni)

Etap 5 (rowerowy)

11 wrzesień 2015, piątek

 

CISNA – LISZNA – ROZTOKI GÓRNE – JALOVÁ – PRÍSLOP – TOPOL’A – RUNINA – ROZTOKI GÓRNE – LISZNA – CISNA



79 km

kilometry w Polsce  18 km

kilometry na Słowacji  61 km

czas jazdy optymalny  5:49 h

czas wycieczki  6:30 h 

średnia prędkość  13,5 km/h

prędkość max  48 km/h

przewyższenie  1.633 m

wysokość max  797 m n.p.m.

wysokość min  301 m n.p.m.

podjazd max  12%

zjazd max  12%

temperatura max  15*c

temperatura rano  10*c



Rano 10*C, pochmurnie, zimno, bardzo niska temperatura odczuwalna, po stronie słowackiej nieco cieplej, 15*C.

 Dziś etap jeżdżenia po Bieszczadach Słowackich (jeżeli można tak to nazwać), po ichniemu nazywa się to Bukovské Vrchy. Drogi fatalne, nawet te „asfaltowe”, no ale krajobrazy… 🙂

 Obiad w Cisnej w wędzarni pstrąga pod chmurką Pstrąg. Tym razem wziąłem pstrąga smażonego z frytkami i ogórkiem kiszonym. Wyborny. Kilka wędzonych wziąłem na wynos. Zabiorę je jutro do Lubina, bo jutro wracam do domu.



Bieszczadzkie Cycle 2015 – dzień 5-9

>>>

[more]

Dzień 5

Etap 3 (pieszy)

3 wrzesień 2015, czwartek



/Bieszczady: Połonina Caryńska/

BRZEGI GÓRNE  – Połonina Caryńska (Δ 1297 m) – Przysłup Caryński (Δ 785 m) – Przełęcz Nasiczniańska (Δ 717 m) – NASICZNE – BRZEGI GÓRNE 

Dzisiejszy dzień to ciąg dalszy zachwytów nad bujną roślinnością bieszczadzką, namacalną zwłaszcza dziś. Również wizyta w opuszczonej wsi Caryńskie. A także obserwacja jeleni (zapomniałem o fotografowaniu).

 Rano 14*C, bardzo gęsta mgła, w wyższych partiach gór widoczność na 10-15 metrów i duża wilgotność osadzająca się kropelkami dosłownie wszędzie (wszystko przemoczone). Po południu mgła nieco zelżała, ale panoram to ja dziś nie pooglądam. W ciągu dnia 16*C, tyle co dotychczas nocą, czyli dwa razy mniej niż wczoraj.

 Obiad w Wetlinie w Chacie Wędrowca. „Naleśnik Gigant” z jagodami, słynny naleśnik, a właściwie olbrzymi racucho-pączek smażony na głębokim oleju z cukrem pudrem, jagodami, dzikimi malinami, kwaśną śmietaną i miodem. Jest tak duży, że daję radę zjeść tylko niewiele ponad pół. Do popicia kofola bylinkowa.

 

 

Dzień 6

Etap 3 (rowerowy)

4 wrzesień 2015, piątek

CISNA – BUK – TERKA – WERLAS – ZAWÓZ – RAJSKIE – BUK – CISNA



74 km

czas jazdy optymalny 5:38 h

czas wycieczki 6:55 h 

średnia prędkość  13,2 km/h

prędkość max  59,5 km/h

przewyższenie  1.533 m

wysokość max  641 m n.p.m.

wysokość min  427 m n.p.m.

podjazd max  22%

zjazd max  22%

temperatura max  20*c

temperatura rano  14*c



Rano 14*C, pochmurnie. W ciągu dnia 20*C i dość ładnie. Później ulewa i 15*C. Jadę w deszczu przez ostatnie 25 km. Pomimo niezbyt wysokiej temperatury mam na sobie bluzę z krótkim rękawem. Spora część terenu przemierzam drogami gruntowymi.

 Obiad w Cisnej w gospodzie Karnasów. Kwaśnica i placek po bieszczadzku z surówkami. Zupa i placek OK, ale gdzie mięso…? Mimo wszystko do tej knajpki przyjdę też wieczorem na mecz Niemcy-Polska, bo w pokoju nie odbiera TV.

 

Dzień 7

odpoczynek

5 wrzesień 2015, sobota

 Poranek za oknem nie zachęca do eskapad. Rano zaledwie 14*C, w dzień 16, przez cały dzień ulewny deszcz i mgły.

 Do południa wyleguję się w łóżku rozkoszując się ciepłem i poczuciem bezpieczeństwa. Resztę dnia spędzam zaczytując się w Nealu Stephensonie i sącząc Jacka Danielsa. Zgłodniawszy śmigam pod parasolem do Oberży Pod Kudłatym Aniołem na pieczynki. To soczyste rozpływające się w ustach polędwiczki z grilla z dodatkiem rumianych i chrupiących pieczonych w mundurku ziemniaczków i świetnie przyprawionej suróweczki z pora i marchewki. Do spłukania Black Bicz z browaru Solipiwko, bardzo fajne imperial black IPA, może trochę zbyt treściwe jak na poobiednie piwko (19,1 plato i 8,1 alk).

SPOD PARASOLA

 

 

Dzień 8

Etap 4 (pieszy)

6 wrzesień 2015, niedziela

/Bieszczady: Pasmo Graniczne Wschodnie/

WETLINA – Mała Rawka (Δ 1272 m) – Wielka Rawka (Δ 1302 m) – Mała Rawka (Δ 1272 m) – Wierch Wyżniański (Δ 913 m )- Przełęcz Wyżniańska

Rankiem 10*C , przez cały dzień deszcz, momentami bardzo intensywny, w ciągu dnia temperatura nadal nie przekracza 10*C! Latem;)

 Trasa 6 godzin i 25 minut.

 Obiad w Wetlinie z Chacie Wędrowca. Żurek oraz gulasz węgierski z plackami ziemniaczanymi z grubo ucieranych ziemniaków, bardzo smaczne i fajnie podane, tu dwa grube placki, a obok gulasz w kociołku, osobno buraczki z kiełkami, śliwkami, jarzębiną i ogóreczkiem kiszonym. W karczmie wspaniały wybór piw craftowych, około 80 rodzajów. Jednak ja, po wczorajszym raczeniu się trunkami, wybieram do picia kofolę.

Wieczorem, zupełnie spontanicznie, trafiam na koncert dwóch łemkowskich zespołów z Ukrainy. Pierwszy to folkowo-bluesowy Łemko Bluegrass Band. Drugi to ekscentryczny folkowo-ska-punkowy Gogodzy Ganski (była Perkałaba) i ten zrobił na mnie duże wrażenie – świetna muza przywołująca skojarzenia z Primusem i Tomem Waitsem (wokal) – groteska, poezja, folk, punkowa dynamika i pozorna niechlujność, charyzmatyczny wokalista, no i te cymbały, na których grał na molową tonację jeden z muzyków, masakra.  Koncert odbywa się z okazji IV Karpackiego Festiwalu.



Dzień 9

Etap 4 (rowerowy)

7 wrzesień 2015, poniedziałek

CISNA – BALIGRÓD – KALNICA – MIKÓW – DUSZATYN – KOMAŃCZA – ŻUBRACZE – CISNA



95 km

czas jazdy optymalny 6:38 h

czas wycieczki 8:00 h 

średnia prędkość  14,3 km/h

prędkość max  54 km/h

przewyższenie  1.658 m

wysokość max  816 m n.p.m.

wysokość min  414 m n.p.m.

podjazd max  16%

zjazd max  12%

temperatura max  11*c

temperatura rano  9*c



Rano 9*C, po południu 11*C, zimno, przelotne intensywne opady deszczu.

 Po przejechaniu około 30 km górskimi szlakami rowerowymi, pobłądziłem. Zwózka drzewa zniszczyła nie tylko oznaczenia tras, ale i same trasy. W rezultacie znalazłem się nie wiadomo gdzie w samym sercu bieszczadzkiego boru, w deszczu i zdezorientowany, bez dróg ani nawet ścieżek. Ale bez paniki.

 Pomyślałem, że gdy zacznę jechać po prostu w dół, to wyjadę z górskiego dzikiego otoczenia. Nic bardziej mylnego. Wąska dróżka wiodąca w dół, po pół godzinie karkołomnego nią zjeżdżania, nagle skręciła o 90 stopni i zaczęła się piąć pod górę. W dodatku biegnąc przez parowy z wodą i błotem, leżące w poprzek drzewa i przez chaszcze po pas. Wtedy zrywa mi się mocowanie bagażnika sakwy i zawisa na kole uniemożliwiając nie tylko jazdę, ale i nawet prowadzenie roweru. Dobrze, że mam przy sobie opaski samozaciskowe.

 Podczas reperacji doznaję olśnienia. Rzeka. Przecież płynie w dół. Dalsza moja podróż przebiega więc korytem potoku. Prowadzę rower brnąc po kostki w lodowatej wodzie, momentami udaje mi się jechać z nurtem. Wymywam się też z błota, no ale niestety przemaczam buty do cna.

 Udało się. Wydostaję się na jakąś drogę. Zjeżdżam nią w dół i… okazuje się, że jestem po odwrotnej stronie gór od mojego celu. Jednak już nie będę podejmował ryzyka ponownego przedzierania się mylnymi szlakami przez tą część Bieszczad. Pozostaje mi objechanie trasy szosą dookoła przez Komańczę. W rezultacie zamiast 60km, wychodzi blisko 100. 

 Mimo trudności, przemoczenia i zmarznięcia przejażdżka zachwycająca:)

 Obiad w Cisnej w Trollu. Gulasz barani z opiekanymi ziemniakami i ogórkiem kiszonym. Herbata z cytryną na rozgrzewkę, którą piję zachłannie drżąc z zimna i chlupocząc butami. Na dopełnienie niefartownego dnia gulasz dostałem zimny i dokładnie po 50 minutach;)

 



Bieszczadzkie Cycle 2015 – dzień 1-4

>>>

[more]

„Nie szukaj szczęścia – śpi koło ciebie.”

(zasłyszane w Cisnej)

„Dostrzeżenie i pokochanie piękna spotykanego na każdym kroku to rzecz wielkiej wagi. To nasza jedyna obrona przed brzydotą, która przy pierwszej okazji opadnie cię ze wszystkich stron.”

„Dzięki kontaktowi z pięknem czułem, że żyję – nie w taki sposób, jak przy uderzeniu młotkiem w palec, ale w sensie współuczestniczenia w czymś wielkim, czymś, co mnie przenikało i czego w naturalny sposób byłem nieodłączną częścią. Był to doskonały powód do trwania przy życiu – i zarazem subtelna wskazówka, że być może śmierć to nie wszystko.”

„Kiedy pomyślę o wszystkim, czego się w życiu bałem i czym się przejmowałem, okazuje się, że zamartwiałem się niewłaściwymi rzeczami.”

(Neal Stephenson – „Peanatema”)



Myślałem już, że ten rok pójdzie na straty jeśli chodzi o moje sportowe podróże. Siódma wyprawa, tym razem do Rumunii, zaplanowana na czerwiec, nie doszła do skutku i w 2015 roku już się nie odbędzie – kolana nie wróciły do swojego stanu sprzed wypadku. Poszedłem jednak na kompromis i wymyśliłem sobie coś, co mogło by mi dać namiastkę ekspedycji-tour’u, mianowicie Bieszczadzkie Cycle. Taka gra słów, oznaczająca, że to nie tyle: „tour”, w stricte tego słowa znaczeniu, ale: „cycle„. W pisowni: rower, w fonetyce: cykle/etapy, a w przenośni: cycki/górki. A konkretnie miałem na myśli wybranie miejscowości, w której wynajmę sobie pokój na kilkanaście dni i codzienne przejażdżki (ostrożne przejażdżki, zważywszy na moje prawe kolano z naderwanymi wiązadłami), na przemian z przechadzkami.

 Tym razem pod moje koła i pióro idą Bieszczady, których jeszcze nie znam. Do Cisnej przyjeżdżam autem z rowerem na dachu. Rozlokowuję się w przyjemnym ustronnym domku. Cisza, spokój, żadnego ruchu ulicznego, nawet w pensjonacie jestem tylko ja sam. Zaplanowałem 6 tras rowerowych i 6 tras pieszych i odbycie ich na przemian, z ewentualnymi dodatkowymi dniami na odpoczynek. Mam na to dwa tygodnie. Taka moja prywatna rehabilitacja.

 

 

Dzień 1

Etap 1 (pieszy)

30 sierpień 2015, niedziela

/Bieszczady: Połonina Wetlińska/

BRZEGI GÓRNE – Hasiakowa Skała (Δ 1232 m) – Połonina Wetlińska – Osadzki Wierch (Δ 1253 m) – Przełęcz Orłowicza – Wysokie Berdo (Δ 968 m )- Krysowa (Δ 840 m) – Jaworzec – KALNICA 

Rano 15 stopni C, ale bezwietrznie, ubrać się można nawet na krótki rękaw. Busem dojeżdżam do Brzegów Gónych. Po południu 35 stopni C, upał, bez wiatru. Trasę skracam z 9,5 godziny do 6 godzin (zamierzałem początkowo czarnym szlakiem przez Dołżycę dojść wprost do Cisnej). Z Kalnicy wracam na stopa – wystarczyło jedno zamachanie.

 Obiad w Oberży pod Kudłatym Aniołem w Cisnej. Zamawiam smaczne razowe pierogi z bryndzą. Do tego piwo kraftowe podane w idealnej temperaturze ok. 15 st.C – „Rosa z Kremenarosa” z lokalnego browaru Ursa Maior, pszeniczniak nachmielony amerykańskimi chmielami – mocno cytrusowe i pijalne.  Na deser jeszcze „Czarna Mańka” z Piwowarowni – american stout nachmielony chmielem Simcoe, czarne, kawowe, palone, goryczkowo-czekoladowe. Fajne. Na kolację doskonały wędzony na gorąco pstrąg potokowy zabrany na wynos do pokoju. 

 

 

Dzień 2

Etap 1 (rowerowy)

31 sierpień 2015, poniedziałek

CISNA – BALIGRÓD – WOŁKOWYJA – POLAŃCZYK – BEREŹNICA WYŻNA – BALIGRÓD – CISNA 

 

80 km

czas jazdy optymalny 4:44 h

czas wycieczki 6 h

średnia prędkość  16,9 km/h

prędkość max  63 km/h

przewyższenie  1.454 m

wysokość max  760 m n.p.m.

wysokość min  447 m n.p.m.

podjazd max  15%

zjazd max  12%

temperatura max  36*c

temperatura rano  16*c

 

Rano 16 stopni C, prawie bezwietrznie, trykot z krótkim rękawem i nogawką. Po południu 36 stopni C, upał, ale silny łagodzący wiatr.

 Dzisiaj startuję rowerem. To moja pierwsza konkretniejsza przejażdżka po majowym wypadku. Staram się nie przeforsować, dlatego wybieram drogi asfaltowe i bez karkołomnych podjazdów. Zobaczymy jak będzie w praktyce.

 Obiad w Cisnej w Oberży pod Kudłatym Aniołem – fuczki z baraniną, czyli placki kapuściano-ziemniaczane z duszoną baraniną i buraczkami, smakowite. Dla przepłukania piwo „Rejwach na Kazimierzu” z browaru Ursa Maior, w stylu belgian summer ale, z dodatkiem suszonej skórki pomarańczy i mięty, jednak mi niezbyt posmakowało – pustka w aromacie, zero piany, w smaku lekkie szczypanie mięty, jakaś tam niewielka goryczka, poza tym nic. Za to piwko na deser zacne – „Czech Point” z browaru Reden, w stylu bohemian ale, nachmielone czeskim Saazem i Kazbekiem oraz polską Marynką –  ze wspaniałą gęstą trwałą drobnopęcherzykową czapą piany, z aromatem słodkich owoców i cytrusowo-korzennym smakiem, znakomity bardzo pijalny pils.

 

Z PRAWEJ MÓJ DOMEK, CZYLI WILCZY JAR

 

WIDOK Z POKOJU

 

T TELEWIZOR MNIE NIE INTERESUJE, ALE TO CO POD NIM, CZYLI „PEANATEMA” NEALA STEPHENSONA I BUTELECZKA BOURBONU ZE SNIFTEREM DLA UMILENIA WIECZORÓW

 

Dzień 3

Etap 2 (pieszy)

1 wrzesień 2015, wtorek



/Bieszczady: Pasmo Graniczne Wschodnie/

SMEREK – Fereczata (Δ 1102 m) – Okrąglik (Δ 1101 m) – Jasło (Δ 1153 m) – Szczawnik (Δ 1098 m) – Małe Jasło (Δ 1102 m) – Worwosoka (Δ 1024 m) – Rożki (Δ 953 m) – CISNA 

Rano 24 stopnie C, upał już o szóstej rankiem!  Po południu 37 stopni C, upalnie, silny wiatr. Trasa 6 godzin.

Obiad w Cisnej w Herbaciarni Polanka – proziak, czyli własnego wypieku burger (na maślance i sodce) z grillowaną wołowiną, przepyszny. Na deser etiopska kawa parzona „na żywym ogniu”, doskonała. W lokalu serwowane jest kilkadziesiąt gatunków kawy i herbaty (głównie zielonej), parzonych i podawanych z namaszczeniem, niemal rytualnie. Na stoliku czajniczek + maleńka filiżanka + dodatki. Z głośników płynie jazz:) A na ścianach wiszą obrazy, które można kupić (sądząc po cenach – dobre obrazy). 

 

Dzień 4

Etap 2 (rowerowy)

2 wrzesień 2015, środa

BRZEGI GÓRNE – NASICZNE – LUTOWISKA – POLANA – SĘKOWIEC – NASICZNE – BRZEGI GÓRNE 



63 km

czas jazdy optymalny 4:44 h (znów)

czas wycieczki 5:55 h 

średnia prędkość  14,3 km/h

prędkość max  60 km/h

przewyższenie  1.203 m

wysokość max  792 m n.p.m.

wysokość min  445 m n.p.m.

podjazd max  16%

zjazd max  12%

temperatura max  32*c

temperatura rano  18*c

 

Dzisiejszy etap to mozolna jazda po kamolach górskimi drogami, które powinny być zaznaczone na mapie jako drogi gruntowe. Tym bardziej, że przedzieranie się wyrytymi przez wycinkę i transport drzewa kamienistymi podjazdami – na sprzęcie, który nie ma górskiego przeznaczenia, przy 16% nachyleniu, kiedy tylne koło boksuje – to prawdziwe wyzwanie dla roweru turystycznego na szosowo-szutrowych oponach;)

 Obiadek w Cisnej w oberży Troll. Żurek z jajkiem i kiełbasą oraz hryczanki, czyli olbrzymi mięsno-gryczano-pieczarkowy klops w sosie grzybowym z surówką i ziemniakami. Nawet niezły. Do przepłukania dwa piwka. Alchemik z browaru Profesja, świetne wild AIPA z truskawkami w aromacie i smaku, no i wyraźnymi bretami. The Lumberjack z browaru BroKreacja, doskonały stout, aksamitny, oleisty, ułożony, piękna piana i barwa, pyszne. 

 



Cyferki i cyfry wyprawy Mazurski Tour 2014

>>>

[more]

Uczestnicy:   ja sam, czyli Jarosław BLARU Antoniak

Czas wyprawy:   11 dni

Czas jazdy:   9 dni

Dystans:   1.169 km

Najdłuższy etap:   135 km

Najkrótszy etap:   110 km

Średnia dzienna (nie licząc etapu „kolejowego”):   121,3 km

Czas jazdy łącznie:   70 h 15 min

Średnia prędkość na całej trasie (nie licząc etapu „kolejowego”):   16,7 km/h

Prędkość max:   48,5 km/h

Suma przewyższeń:   8.264 m

Średnia dzienna przewyższeń (nie licząc etapu „kolejowego”):   871 m

Wysokość max nad poziomem morza:   301 m n.p.m.

Nachylenie max:   24 %

Zjazd max:   24 %

Temperatura najwyższa:   25°C

Temperatura najniższa:   9°C



Mazurski Tour 2014 – dzień 11

>>>

[more]

Dzień 11 (ostatni)

 Etap 10

7 wrzesień 2014, niedziela

Nikielkowo – Lubin

(Nikielkowo – Olsztyn- /PKP/ – Ścinawa – Lubin)

25 km

(łącznie 1169 km)

 

czas jazdy 1:35 h

średnia prędkość  15,6 km/h

prędkość max  36 km/h

przewyższenie  113 m

wysokość max  147 m n.p.m.

wysokość min  92 m n.p.m.

podjazd max  3%

zjazd max  3%

temperatura max  22*c

temperatura rano  9*c

 

Rankiem okazuje się, że do Olsztyna miałem tylko 700 m, przy kasach nie ma kolejek, a pociąg jest już podstawiony. Po zabezpieczeniu roweru na tyle pociągu i rozlokowaniu się z sakwami w ostatnim przedziale mam jeszcze ponad półtorej godziny do odjazdu.

 Przez większość trasy pociąg jedzie na pół pusty, więc podróż przebiega komfortowo. We Wrocławiu półgodzinna przesiadka, z wygodnymi windami peronowymi, na kolejkę podmiejską i o 18:15 jestem w Ścinawie, aby po godzinie kręcenia dotrzeć do Lubina.



Mazurski Tour 2014 – dzień 10

>>>

[more]

Dzień 10

 Etap 9

6 wrzesień 2014, sobota

Kalinowo – Nikielkowo

(Kalinowo – Sterławki Wielkie – Ryn – Mrągowo – Sorkwity – Biskupiec – Rukławki – Bartołty Wielkie – Barczewo – Nikielkowo)

114 km

(łącznie 1144 km)



czas jazdy 6:51 h

średnia prędkość  16,7 km/h

prędkość max  46,5 km/h

przewyższenie  1.010 m

wysokość max  187 m n.p.m.

wysokość min  107 m n.p.m.

podjazd max  10% (leśna droga koło Bagienic Małych)

zjazd max  10% (leśna droga koło Bagienic Małych)

temperatura max  25*c

temperatura rano  15*c

 

Dzień zaczyna się od niemiłej niespodzianki w postaci kapcia w wymienianej z wieczora dętce. Prawdopodobnie założyłem przebitą dętkę z poprzedniej wyprawy albo zakładając  zrobiłem niechcący klasyczne przyszczypnięcie łyżką. Szybka łatka samoprzylepna i w drogę.

 To już ostatni etap wyprawy, a pogoda coraz wspanialsza. Prawdziwe babie lato w pełnym rozkwicie. Jest 25 stopni celsjusza w ciągu dnia, jednak kąpiel w jeziorze nie była by raczej przyjemnością, dlatego że temperatura w nocy spada do 5-7 stopni i na tyle wychładza wodę, że za dnia wydaje się lodowata.

 Mój uparty charakter dziś obraca się przeciwko mnie. W swojej zaciętości zaliczania wszystkiego co można zobaczyć po drodze, zapuszczam się do Bagienic Małych, aby obejrzeć i sfotografować jakieś tam niewielkie jeziorko Sarż (niezbyt godne uwagi) i pogrążam się na kilka dobrych kilometrów w takich piachach i stromych podjazdach (czytaj: podejściach), że prawie muszę nieść rower wraz z 30-kilowym ekwipunkiem.

 Późniejsze jednak atrakcje wynagradzają wszelkie trudy. Po pierwsze zachwycający pejzaż jeziora Dadaj ze wzgórza koło wsi Nary i hasające po zielonym wzniesieniu sarny. Po drugie widok mojego sennego marzenia – pastuszek prowadzący na pastwisko wielkie stado kózek na tle malowniczego obrazu jak z bajki. Ten pastuszek we śnie to ja. Coś niesamowitego, swoiste deja vu. 

 Obiadek to dzisiaj opustoszała (nieopodal wybudowano równoległą do szosy autostradę) gospoda we wsi Borki Wielkie – doskonały rosół z kołdunami i taki sobie schabowy na drugie.

 Ostatni nocleg tej wyprawy to zajazd w Nikielkowie, ostatniej wsi przed Olsztynem, skąd jutro odjadę pociągiem do domu. Do stacji Olsztyn Główny mam tylko 6 km, a hotelik znajduje się przy samych torach, więc jutro pozostaje mi tylko niewielka przejażdżka wzdłuż nich.



Mazurski Tour 2014 – dzień 9

>>>

[more]

Dzień 9

 Etap 8

5 wrzesień 2014, piątek

Ublik – Kalinowo

(Ublik – Miłki – Rydzewo – Giżycko – Harsz – Węgorzewo – Pniewo – Radzieje – Kamionki – Kalinowo)

122 km

(łącznie 1030 km)

 

czas jazdy 7:24 h

średnia prędkość  16,3 km/h

prędkość max  43 km/h

przewyższenie  747 m

wysokość max  186 m n.p.m.

wysokość min  127 m n.p.m.

podjazd max  7%

zjazd max  5%

temperatura max  24*c

temperatura rano  14*c



Drugi z dni śródmazurskich. Pogoda wspaniała. Pół na pół droga gruntowa i asfaltowa.

 Jezioro Dgał Wielki. Na środku widać rosnące szuwary. Jednak to nie wyspa, jak wyczytałem wcześniej, tylko sztuczny twór: „drewniane rusztowanie ułożone 2,5 tysiąca lat temu przez ludzi kultury kurhanów zachodnio-bałtyjskich z wczesnej epoki żelaza”. Na tym drewnianym pomoście wybudowali sobie wioskę, zabezpieczając się w ten sposób przed niespodziewaną napaścią. Osada spłonęła najprawdopodobniej od uderzenia pioruna, a zgliszcza porosła roślinność.

 W Ogonkach na jeziorem Święcajty zajadam ulubione kartacze ze skwareczkami popijając pszenicznym piwkiem.

 Ustronne urokliwe wsie, do których prowadzą jedynie piaszczyste drogi oraz mazurska przyroda sprawiają, że czas płynie w innym rytmie, a człowiek chłonie to wszystko niczym balsam błogostanu sączący się do żył.

 Nocleg w maleńkim Kalinowie w pokoiku z widokiem na malownicze jezioro Tałty.

 Dziś też pierwszy defekt. Cały praktycznie dzień jechałem z towarzyszeniem charakterystycznego dźwięku: „tuk tuk tuk…”. Okazało się, że to wbita w oponę pinezka, którą wyjąłem dopiero u mety: „psssssssss…”. Cała reszta bez zarzutu, ale obym nie wykrakał, bo przede mną jeszcze jeden etap jazdy.