A jako że nie samym chlebem (czytaj: sportem) człowiek żyje, więc w międzyczasie… trochę innego spojrzenia na świat (i nie przez różowe okulary, tylko jak najbardziej przez… czarne). Zapraszam na mojego czarnego facebooka:
Kategoria: Wszystko
Hiszpański Tour 2013 – dzień 4
>>>
[more]
Dzień 4
Etap 1
26 maj, niedziela
Vilademuls – Osor

(Vilademuls – Girona – Banyoles – Santa Pau – Olot – Anglès – Osor)
125 km
KATALONIA 125 km
czas jazdy 7:45
średnia prędkość 16,1 km/h
prędkość max. 53 km/h
przewyższenie 1.644 m
wysokość max. 698 m n.p.m.
wysokość min. 77 m n.p.m.
podjazd max. 10 %
zjazd max. 10 %
temp. max 21*C
temp. rano 8*C
„W pewien sposób współczuję dzisiejszej młodzieży, niemającej ideału, który by ją porwał, której brak wiary, zajmującej się tylko śledzeniem mody, internetu i meczów piłki nożnej.”
(Tiziano Terzani – „Koniec jest moim początkiem”)
No i jadziem z tym koksem. Wyruszam o ósmej, po deszczu nie zostało śladu. Jest chłodno, 8°C, ale bezwietrznie, a niebo niebieściutkie, bez ani jednej chmurki.
Godzinka i jestem w Gironie. „Rozmawiam” w wieloma ludźmi. Katalończycy sprawiają wrażenie zarozumiałych i hałaśliwych, ale są niesamowicie sympatyczni, życzliwi, uczynni i rodzinni. Całe rodziny spacerują po śniadaniu uliczkami miasta, dziadkowie, rodzice, dzieci, dzieciaczki. Wszyscy się uśmiechają… Kur…, robię się sentymentalny. Gość wyglądający jak pół cygan – pół murzyn z gębą jak oprych z uśmiechem od ucha do ucha przytrzymuje mi drzwi do sklepu. Język hiszpański jest zajebiście miło, pieszczotliwie, infantylnie, sepleniąco brzmiący. Chciałoby się słuchać i słuchać. To jak wpatrywanie się w przepiękną kobietę. A skoro mowa o kobietach… Hiszpanki wcale nie są grube i śniade. Przeciwnie. Są blade jak gotki i chude jak Migotki, co mi się osobiście bardzo podoba. I ubierają się na czarno. Jedna nawet pokazywała mi brzuch;) Tylko dlaczego chodzą w zimowych kozakach w majowym słońcu?;)
Nocleg na kempingu w Osor. Jestem jedynym gościem.












Hiszpański Tour 2013 – dzień 3
>>>
[more]
Dzień 3
Prolog 3
25 maj, sobota
Loupian – Vilademuls
![]()
241 km (autem)
Wjeżdżam do Hiszpanii. Pogoda znów się sknociła, jest zaledwie 12 °C i pada deszcz. W nocy w namiocie było zaledwie 4°C, ubrałem na siebie wszystko co miałem.
Znaleziony w internecie i polecany przez Polaka parking w Figueres okazuje się parkingiem dla tirów i za nic nie mogę nakłonić obsługi, żeby zgodzili się na osobówkę. Odsyłają mnie do jedynego w mieście strzeżonego parkingu (podziemnego), gdzie cena to 45 € za dobę! Dwie godziny krążę po Figueres i okolicy w poszukiwaniu miejscówki na samochód. W końcu postanawiam jechać do Girony i zastawić go na lotnisku – może nie trzeba będzie awizować się biletem lotniczym czy numerem lotu. Po drodze, gdzieś w polu, mijam jakiś zajazd z pensjonatem i przez chwilę miga mi przed oczami duży ogrodzony trawnik za nim. Co mi szkodzi spróbować… Bingo! W pensjonacie jest remont, więc w budżecie deficyt. Zostawiam autko w ogródku na całe 5 tygodni za jedyne 70 €. I co za życzliwość. Za pośrednictwem bloga chce pozdrowić przemiłe panie i „Eddiego Mercxsa” z Can Maret:)
Więc przepakowuję się na rower i z okolic miejscowości Vilademuls podjeżdżam jedyne 2 km do Terradelles, gdzie mogę przed startem zanocować w hotelu (a co mi tam, zaoszczędziłem na parkingu, spodziewałem się co najmniej 200 € za parking). No dobra, finanse na bok.
Stąd do Girony pozostaje jakieś 20 km. Aż mi się nie chce wierzyć, że to już, że jestem w tej swojej wymarzonej i wypatrzonej jeszcze w dzieciństwie w eurosportowych transmisjach z wyścigu kolarskiego Vuelta a España Hiszpanii. Jutro pobudka o 6:00 i wyruszam. Jestem podniecony jak pan młody tuż przed ślubem, ale już bez nerwów, stres był przed wyjazdem z Polski. Teraz jestem już na innym zakresie: wyciszenie i czysty odbiór. Nic nie zakłóci mojej czystej fali:)
PRZEZ OKNO WIDAĆ OŚNIEŻONE PIRENEJE

Hiszpański Tour 2013 – dzień 2
>>>
[more]
Dzień 2
Prolog 2
24 maj, piątek
Rochefort-sur-Nenon – Loupian
![]()
601 km (autem)
Dziś ujechałem 601 km (lącznie 1.751 km). To i tak sukces, zważywszy na przemieszczanie się średnio 50 km w ciągu godziny i przedzieranie się przez korki w miastach i na przedmieściach. No i oznakowanie dróg we Francji to porażka – wcale nie są oznakowane (brak jakichkolwiek numerów dróg), tylko nazwy miejscowości, a zdarza się wiele rond pod rząd bez żadnych znaków. W ten sposób dwa razy wylądowałem na płatnej autostradzie, z której szybko się ewakuowałem, jednak nie na tyle szybko, bo już za te pare kilometrów płaciłem 3,80 € i 6,10 €.
Temperatura znacznie się podniosła, w końcu zbliżam się do Półwyspu Iberyjskiego. Widać już palmowce i oliwkowe sady, ziemia jest piaszczysta i twarda, a zabudowania w charakterystycznym kolorze piaskowca, Ale to jeszcze nie Hiszpania. Zostało jakieś 300 km. Jutro już na spokojnie się dokulam. Jest 16°C, nie pada, nie wieje. Spokojnie zajeżdżam na kemping, żeby przespać się pod namiotem (Loupian, koło Montpellier). I nie ma komarów. Nie ma żadnych owadów, mimo że jestem pośród drzew. Mam nadzieję, że to dobry prognostyk na najbliższe 5 tygodni.
Szeroko rozpisałbym się nad urokami francuskich krajobrazów, ale że jest to blog podróżnika rowerowego, przemilczę to i zostawię w sercu, a rozpiszę się od pojutrza, kiedy wskoczę już na siodełko. Zresztą z gnającego auta i będąc skupiony na pędzie, nie da się osiągnąć odpowiedniego nastroju, nie jest się „wśród”, a zaledwie „obok”, a o wyciszeniu już nie ma mowy.
Trochę lipa, że nie działa moja komórka. Kupiłem nową przed wyjazdem i chyba coś poknociłem z roamingiem. No nic, będę w razie czego szukał budek telefonicznych, choć w dzisiejszych czasach to będzie trudne.

Hiszpański Tour 2013 – dzień 1
>>>
[more]
Dzień 1
Prolog 1
23 maj, czwartek
Lubin – Rochefort-sur-Nenon
![]()
1.150 km (autem)
Piątą wyprawę czas rozpocząć. Pora też na zmiany. Tym razem nie wyruszam rowerem już od domu. Zamierzam najpierw przetransportować siebie i sprzęt jakieś 2 tysiące km i dopiero wystartować. Chcę dostać się do granicy francusko-hiszpańskiej i z tego punktu wyruszyć na rowerze. Rozważałem trzy możliwości dotarcia do Hiszpanii. Najpierw zastanawiałem się nad samolotem, jednak dużo zapłaciłbym za nadbagaż, a rower leciałby osobno rzucony jak worek kartofli. Potem nad autobusem, ale kłopot mógłby być w drodze powrotnej, bo jak nie byłoby miejsca w bagażniku to kicha. Później była opcja z kolegą, który jeździ ciężarówką – wyszły trochę jaja z tego.
W rezultacie bujam swoim autkiem. No trochę drogo to wyjdzie, ale co po drodze w Niemczech i Francji widzę to moje. Omijam autostrady, dzięki temu zaoszczędzę, ale przede wszystkim dlatego, że oglądam sobie urocze francuskie miasteczka i wsie. Pierwszego dnia jazdy udaje mi się zrobić 1150 km! Oczywiście od godziny 5:50 do 21:00.
W tej chwili jestem w hotelu w miejscowości Rochefort-sur-Nenon, w okolicach Dole. Miało być nocowanie na kempingu w namiocie, ale jest 6,5ºC i napierdziela megadeszcz, poza tym wszystkie pola namiotowe, które napotkałem, czynne dopiero od czerwca. Więc musi być hotelik, niestety nietani, 63€! Recepcjonistka nic nie kuma co do niej mówię i vice versa. Jakaś wystraszona jest i sztywna, więc mówię dla rozluźnienia, że znam tylko dwa słowa po francusku: „bonjour” i „je t’aime”. Chyba mnie nie zrozumiała, bo zrobiła dziwną minę, ale zaraz narysowała na kartce szóstkę, trójkę i € oraz pod spodem occupant mr Jarry Antonyak. I ona myśli, że jestem Anglikiem, chociaż powtarzałem w kółko: „Tour de Pologne, tour de Pologne…”.
Już pojutrze.
Już pojutrze, 23 maja, ruszam przed świtem. Przede mną 39 dni przytulania z kosmosem.
3 i pół tygodnia do kolejnej eskapady
Przede mną najdłuższa, najbardziej mordercza i magiczna wyprawa spośród moich wszystkich. Data jej rozpoczęcia to 24 maj i jest nieprzypadkowa, a dlaczego, to niech pozostanie moją tajemnicą, jak i na razie wszystko inne dotyczące wyprawy. Mam nadzieję, że ją przeżyję, bo postawiłem sobie tym razem poprzeczkę tak wysoko, że aż sam się lękam (wcześniej nie czułem strachu).
Pozdrawiam najserdeczniej osoby, które mnie wspierają jawnie, jak również skrycie (2359 wejść na bloga wprawia mnie w onieśmielenie).
Cyferki i cyfry wyprawy Przez Morawy do Wiednia Tour 2012
>>>
[more]

Uczestnicy: ja sam, czyli Jarosław BLARU Antoniak
Czas wyprawy: 12 dni
Czas jazdy: 10 dni
Dystans: 1.133 km
Najdłuższy etap: 146 km
Najkrótszy etap: 93 km
Średnia dzienna: 113,3 km
Kilometry w Polsce: 220 km (19,4%)
Kilometry w Czechach: 735 km (64,9%)
Kilometry w Austrii: 178 km (15,7%)
Czas jazdy łącznie: 67 h 04 min
Średnia prędkość na całej trasie: 16,9 km/h
Prędkość max: 57 km/h
Suma przewyższeń: 9.657 m
Średnia dzienna przewyższeń: 966 m
Wysokość max nad poziomem morza: 737 m n.p.m.
Nachylenie max: 16 %
Zjazd max: 14 %
Temperatura najwyższa: 33*C
Temperatura najniższa: 11*C
Przez Morawy do Wiednia Tour 2012 – dzień 12
>>>
[more]
Dzień 12 (ostatni)
Etap 10
7 sierpień 2012, piątek
Prkenný Důl – Lubin
(Prkenný Důl – Žacléř – Lubawka – Krzeszów – Kamienna Góra – Bolków – Jawor – Legnica – Lubin)
114 km
czas jazdy 5:35
średnia prędkość 20,4 km/h
prędkość max. 48 km/h
przewyższenie 518 m
wysokość max. 638 m n.p.m.
wysokość min. 147 m n.p.m.
podjazd max. 9 %
zjazd max. 7 %
temp. max 18*C
temp. rano 11*C
Ostatni dzień wyprawy Przez Morawy do Wiednia – większość trasy to już tereny, które dobrze znam:)
JEDNA Z LICZNYCH W CZECHACH MALOWNICZO POŁOŻONYCH CZYNNYCH LINII KOLEJOWYCH

ŚNIEŻKA WIDZIANA OD CZESKIEJ STRONY

Przez Morawy do Wiednia Tour 2012 – dzień 11
>>>
[more]
Dzień 11
Etap 9
6 sierpień 2012, czwartek
Kunětická Hora – Prkenný Důl
(Kunětická Hora – Hradec Králove – Jaroměř – Kuks – Dvůr Králové nad Labem – Trutnov – Prkenný Důl)
100 km
czas jazdy 6:34
średnia prędkość 15,1 km/h
prędkość max. 52 km/h
przewyższenie 940 m
wysokość max. 642 m n.p.m.
wysokość min. 265 m n.p.m.
podjazd max. 14 % (kostkowa droga do zamku Kuks)
zjazd max. 14 %
temp. max 19*C
temp. rano 15*C
Nie, no troszeczkę przesadziłem z tym dotarciem do Lubina w jeden dzień. Dziś walczę przez całą drogę z porywistym lodowatym wiatrem wiejącym wprost od strony Karkonoszy, czyli z kierunku, w którym jadę. Co prawda 15-19°C to nie zimno, ale od gór zawiewa tak, że nazakładałem na siebie wszystko co znalazłem w sakwach i nadawało się do ubrania. To że nadrałowałem 100 kilometrów jest sukcesem.
Dzisiaj zwiedziłem cztery miasta – Hradec Králove, Jaroměř, Dvůr Králové nad Labem i Trutnov. Piękne starówki w Hradecu i w Trutnovie i przyjemny długaśny deptak (ulica Horska) wzdłuż Starego Miasta również w Trutnovie.
Nocuję w pensjonacie Zelený Mlýn w urokliwej miejscowości Prkenný Důl. To Rychorské Hory, czyli wschodnie krańce Karkonoszy, a do granicy z Polską jakieś 6-8 km. Na pewno tu przyjadę, bo jest miło, ekskluzywnie i niedrogo, ale już po to, żeby sobie pochodzić po okolicznych górkach. Garść koron, która mi została, postanawiam wydać w restauracji na dole. I nie pożałowałem. Pieczone panierowane cebulowe krążki z sosem jogurtowo-czosnkowym i utopenec – palce lizać. W sam raz do piwka, którego wypiłem u pepików całkiem sporo. No ale jak mógłbym się oprzeć temu złocistemu trunkowi czeskiemu, który jest najlepszy na świecie…?
Jutro już Polska.
HRADEC KRÁLOVÉ – STARÓWKA (VELKÉ NÁMÊSTI), GOTYCKA KATEDRA ŚW. DUCHA, 68-METROWA BIAŁA WIEŻA Z NAJWIĘKSZYM W CZECHACH DZWONEM I KOLUMNA MOROWA

HRADEC KRÁLOVÉ – KAMIENICE

DROGA DO ZAMKU KUKS

DVÛR KRÁLOVÉ NAD LABEM

TRUTNOV – RYNEK (KRKONOŠOVO NÁMÊSTI)


SMOK TRUTNOVSKI

W DOLE PRKENNÝ DÛL


WIECZORNE CO-NIECO
