>>>
[more]
„Uniósł szklaneczkę pod światło, bo móc ją podziwiać. Podświadomie jednak podziwiał siebie podziwiającego szklaneczkę. „
(James Jones – „Zew mężobójcy”)

>>>
[more]
„Uniósł szklaneczkę pod światło, bo móc ją podziwiać. Podświadomie jednak podziwiał siebie podziwiającego szklaneczkę. „
(James Jones – „Zew mężobójcy”)

>>>
[more]
„Bo bezpieczeństwo jest w działaniu. To nieustanne myślenie rozbija człowieka w strzępy.”
(James Jones – „Zew mężobójcy”)
Linia zielona oznacza samochód, niebieska rower, a brązowa pociąg.


Uczestnicy: ja sam, czyli Jarosław BLARU Antoniak
Czas wyprawy: 33 dni
Czas jazdy: 20 dni
Dystans: 2.433 km
Najdłuższy etap: 170 km
Najkrótszy etap: 78 km
Średnia dzienna (nie licząc etapu „kolejowego” i zwiedzania Grenady): 118,5 km
Kilometry rowerem: 2.433 km
Kilometry autem: 3.855 km
Kilometry pociągiem: 1.196 km
Kilometry łącznie wszystkimi środkami transportu: 7.484 km
Kilometry w Katalonii:
502 km
Kilometry w Aragonii:
280 km
Kilometry w Walencji:
57 km
Kilometry w Kastylii La Manchy:
498 km
Kilometry w Andaluzji:
1.087 km
Kilometry w Gibraltarze:
9 km
Czas jazdy łącznie: 154 h 52 min
Średnia prędkość na całej trasie (nie licząc etapu „kolejowego” i zwiedzania Grenady): 16,2 km/h
Prędkość max: 82 km/h
Suma przewyższeń: 30.527 m
Średnia dzienna przewyższeń (nie licząc etapu „kolejowego” i zwiedzania Grenady): 1.486 m
Etap z największą liczbą przewyższeń (dzień 5): 2,820 m
Wysokość max nad poziomem morza: 1.665 m n.p.m.
Nachylenie max: 25 %
Zjazd max: 24 %
Temperatura najwyższa: 42°C
Temperatura najniższa: 7°C
>>>
[more]
Dzień 32 + 33 (ostatni)
Epilog
23-24 czerwiec, niedziela-poniedziałek
Vilademuls – Lubin
1.863 km (autem)
Wyjeżdżam około piątej nad ranem. Póki co zamierzam jechać autostradami, przynajmniej dopóki starczy mi peso na opłaty. Zostawiłem sobie jedynie okrągłe 100 € w tym celu. Zobaczymy ile ujadę kilometrów jednego dnia. Jadąc do Hiszpanii omijałem autostrady ze względu na oszczędności. I co? Okazuje się, że wydaję w sumie, aż do samej granicy polskiej, dokładnie 58,20 €. I robię całą trasę na jeden raz. Zajmuje mi to 27 godzin. Co mi dało tyle energii na tak długie prowadzenie samochodu. Na pewno rozkoszna świadomość (będąca alternatywą dla podróżowania na rowerze), że krajobraz przesuwa się tak szybko, a ja nie muszę się w ogóle wysilać, tylko sobie siedzę i słucham dobrej muzy, pojadając słodycze, popijając kawę i sok grapefruitowy oraz, od czasu do czasu, ucinając sobie półgodzinną drzemkę. Docieram do Lubina o ósmej rano następnego dnia, kończąc w ten sposób 5 Wyprawę Rowerową Hiszpański Tour 2013.
Pora na małe podsumowanie. Co zrobiło ma mnie największe wrażenie?
1. Poranek w klasztorze Montserrat.
2. Krajobrazy Sierra Cuenca.
3. Wnętrza Mezquity w Kordobie.
4. Pałace Alhambry w Grenadzie.
5. Dziewczyna grająca na flecie na ulicy w Grenadzie.
6. Panorama w dziedzińca kościółka San Nicolas w Grenadzie.
7. Piszczałka mnichów z Mezquity w Kordobie (instrument muzyczny wydający piękne niezwykłe dźwięki – żałuje, że nie kupiłem, bo tylko 5 €).
PS.
Któregoś dnia – było to zapewne wieczorem w namiocie, kiedy byłem już po kolacji, ale szykując się do snu nadal odczuwałem głód – sporządziłem sobie za pomocą długopisu i kartki takie oto polskie menú del dia (do zjedzenia po powrocie do domu):
Danie 1. Kotlet schabowy z młodymi ziemniaczkami z koperkiem i mizeria z gruntowych ogóreczków.
Danie 2. Truskawki ze śmietaną i z cukrem oraz gruba pajda świeżego chleba z masłem.
Danie 3. Kawa z ekspresu z ubitym mleczkiem.
Danie 4. Lód śnieżynka w waflu
Danie 5. Cztery big krówki z Magdalenki, każda o innym smaku.
(po godzinie, dwóch przerwy):
Danie 6. Omlet z kiełbaską, boczkiem, cebulką i pomidorem.
Danie 7. Świeżutki chlebek z czarnuszką wypieku Mysi.
Danie 8. „Malućkie” extra nachmielone piwko z zielonogórskiego browaru Haust.
Danie 9. Duża paka Lay’s o smaku zielonej cebulki.
Danie 10. Jedna niedojrzała papierówka.
(po kolejnej przerwie):
Danie 11. Trzy cepeliny z cebulką.
Danie 12. Kolejne „malućkie”, tym razem coś z Pinty, Atak Chmielu.
Danie 13. Mała garstka pistacji.
Danie 14. Mała garstka haribo bears.
Danie 15. Mała garstka świeżych malin (ewentualnie salaterka czerwonych i czarnych porzeczek posypanych cukrem).
Deser. Malutki miętowy opłatek;)
(i mogę iść spać na 48 h).
W taki właśnie sposób mogę najklarowniej zobrazować wysiłkową stronę takiej wycieczki. Głód może być przyjemny, jeśli wiesz z pewnością, że będziesz wkrótce jadł. Zmęczenie może być przyjemne, jeżeli masz całkowitą pewność, że będziesz wkrótce spał.
A cała reszta to już absolutny odpoczynek w najczystszej formie.
>>>
[more]
22 czerwiec, sobota
Vilademuls

Girona – Vilademuls [ROWER]
Vilademuls – Figueres – Vilademuls [SAMOCHÓD]
21 km (tylko rower)
KATALONIA 21 km
czas jazdy 1:02
średnia prędkość 18,3 km/h
prędkość max. 51,5 km/h
przewyższenie 316 m
wysokość max. 201 m n.p.m.
wysokość min. 78 m n.p.m.
podjazd max. 7 %
zjazd max. 7 %
temp. max 25°C
temp. rano 22°C
„Nigdy nie trzeba niczego odkładać. Zanim się człowiek połapie, już tego nie ma.”
(James Jones – „Stąd do wieczności”)
Rankiem wysiadam w Gironie z pociągu wyspany i wypoczęty. To miasto już zwiedziłem na początku wyprawy, więc niemal od razu ruszam do Vilademuls, gdzie pozostawiłem samochód.
Docieram w godzinkę. Już z daleka widzę autko stojące w cieniu drzew na posesji restauracji Can Maret. Witam się z gospodarzami. Oczywiście wznieca się długa dyskusja, głównie na migi, co i gdzie zobaczyłem, jak sobie poradziłem, itd. Bardzo serdeczni ludzie. Zupełnie za darmo polecają mi rozstawić na noc namiot na ogródku. Rozkładam go zaraz. Rozbieram też do razu rower, który skrupulatnie lokuję w aucie wraz z sakwami. Biorę prysznic i śmigam samochodem do Figueres, bo jest już po południu, a chcę jeszcze zrobić zakupy do Polski, obejrzeć miasto (no a przede wszystkim słynne na cały świat El Teatro-Museo Salvatore Dali), gdzie się urodził Dali i zaprojektował swoje muzeum.
Zaczynam od zakupów. Najlepszy w tym celu jest spory Lidl w centrum Figeres. Grzechem byłoby wrócić do domu autem z Hiszpanii bez smakołyków dla najbliższych. Więc zaopatruję się w wyborne hiszpańskie wina, w muscatele, w sherry z Xerezu, w cava, w tinto de verano, w sangrię, typowo hiszpańskie słodycze, turron, przekąski, jamon, chorizo, oliwki, oliwę, owoce morza w puszkach i wiele innych ciekawostek. I niestety… po zrobieniu zakupów okazuje się, że muzeum Dali’ego było otwarte tylko do godziny 17:45. Nie będzie podziwiania surrealizmu:( Mój zubożały w kalorie organizm wybrał podświadomie konsumpcjonizm;)
>>>
[more]
21 czerwiec, piątek
Grenada – Girona

La Zubia – Grenada [ROWER] 18 km
Grenada – Girona [POCIĄG] 1.196 km
18 km (tylko rower)
ANDALUZJA 18 km
czas jazdy 1:51
średnia prędkość 9,8 km/h
prędkość max. 28 km/h
przewyższenie 228 m
wysokość max. 744 m n.p.m.
wysokość min. 662 m n.p.m.
podjazd max. 21 % (uliczka w dzielnicy Albacín)
zjazd max. 21 % (j.w.)
temp. max 31°C
temp. rano 22°C
„Pragnienie jest sprężyną działania. Jednak prawdziwe pragnienie to przede wszystkim pragnienie bycia sobą. Szczególnie teraz, w naszym społeczeństwie, które pcha nas ku pragnieniom, tym najbardziej banalnym, materialnym, innymi słowy tych z supermarketu. Takie pragnienia są bezużyteczne, bezsensowne, śmiechu warte. Prawdziwe pragnienie to chęć bycia sobą. Jeżeli się zastanowisz nad swoimi przyzwyczajeniami, a warto, zobaczysz, że te pragnienia są formą zniewolenia. Bo im więcej pragniesz, tym więcej tworzysz sobie ograniczeń. Stajesz się niewolnikiem swojego pragnienia. Kiedy będziesz bardziej dojrzały, zaczniesz zdawać sobie z tego sprawę i zaczniesz śmiać się ze swoich obecnych pragnień, zobaczysz, że są równie ulotne jak życie. „
(Tiziano Terzani – „Koniec jest moim początkiem”)
Przejazd pociągiem do Girony. Stamtąd już będę miał niedaleko do autka.
Dzień zaczyna się od… spania do południa, bo pociąg mam dopiero o godzinie 21:30. Po południu szwendam się jeszcze po Grenadzie, już z całym majdanem. Dwie godzinki spędzam na błogiej bezczynności w jednym ze spokojnych zakątków Sacromonte, który wpadł mi już w oko przedwczoraj. Można odpocząć i pomedytować, obserwując z góry nie tylko miasto, ale i naprzeciwległą Alhambrę. Właściwie to wyszło na to, że nie dwa, a trzy dni spędzam w tym pięknym mieście. Uznałem je zresztą za drugie z najpiękniejszych jakie widziałem na swoich wyprawach (na pierwszym oczywiście Florencja, na trzecim ex eaquo Kordoba, Sewilla i Wiedeń).
Siedzę na stacji. Dwie godziny do odjazdu, a ja już mam jakieś złe przeczucia. No i właśnie – chwilę po odjeździe kierownik pociągu, służbista, chce mnie wysadzić na pierwszej pipidówie. Kurwa, kolej hiszpańska w ogóle nie jest przystosowana do przewozu rowerów. Sprawdza, żaden następny pociąg również teoretycznie nie zabierze roweru. Ale i tak każe wysiadać. Nie ma bata, nie wysiądę. 1000 km w linii prostej. Przecież helikopterem nie polecę. Dokupuję kuszetkę w trenhotelu (co prawda przez to będę musiał zapomnieć o powrocie do Polski płatnymi autostradami), ale za to mam przedział sypialny 1-osobowy z toaletą, umywalką, klimą i wszelkimi luksusami, do którego pakuję się razem z całym moim sprzętem. Mam smakowity prowiancik, no i kilka piwek, co prawda ciepłych, ale zaraz je sobie elegancko schłodzę w umywaleczce, bo woda leci fajna, zimniutka. Na pewno nie dam sobie popsuć humoru na koniec wyprawy. Jeden ponury Hiszpan nie popsuje mi opinii o tym miłym kraju:)
TRENHOTEL

>>>
[more]
20 czerwiec, czwartek
Grenada

(La Zubia – Grenada – Alhambra – Grenada – La Zubia)
24 km (tylko rower)
ANDALUZJA 24 km
czas jazdy 2:08
średnia prędkość 11,3 km/h
prędkość max. 31 km/h
przewyższenie 245 m
wysokość max. 783 m n.p.m.
wysokość min. 660 m n.p.m.
podjazd max. 14 %
zjazd max. 10 %
temp. max 35°C
temp. rano 20°C
„Ziemia, na której żyjemy, tak naprawdę stanowi jedno wielkie cmentarzysko tego, co kiedyś istniało. Miliardy miliardów istot ludzkich. Wszyscy są tu nadal. Bezustannie depczemy cmentarną ziemię, ale przecież ów wielki cmentarz, czyli Ziemia, jest przepiękny. Rosną na nim kwiaty, biegają po nim mrówki i słonie.(…) Jeżeli tak na to spojrzysz, stajesz się częścią wszystkiego. I może właśnie życie, ta siła, ta inteligencja, której możesz przyprawić brodę, by nazwać ją Bogiem, jest t ym, czego nasz rozum nie jest w stanie pojąć, i może jest to właśnie ten Najwyższy Umysł, który wszystko spaja.”
(Tiziano Terzani – „Koniec jest moim początkiem”)
Drugi dzień odpoczynku i zwiedzania Grenady. Dziś Alhambra, nowe miasto, przedmieścia.
Pogoda jak wczoraj, ufff… Okazało się też, że do centrum miasta jest od kempingu 7 km, więc dzisiaj zwiedzanie z rowerem (na pusto, co za luksus). Oczywiście pałace Alhambry podziwiam pieszo, rower zostawiam na pięć godzin przypięty na zewnątrz, choć nie ma wyznaczonego w tym celu miejsca. Na szczęście nie wsiąkł.
Brak mi odpowiednich słów, żeby oddać moje wrażenia z podziwiania Alhambry. Że to wszystko jeszcze stoi po tylu latach…? Od czasu mauretańskich Nasrydów. I to zbudowane głównie z drewna, gliny i cegły. Staram się wczuć w tamtą epokę, wyobrazić sobie, że jest XII, XIII wiek, że jestem na dworze cesarskim, ale… te 8 tysięcy zwiedzających, ten gwar, ten szelest aparatów fotograficznych, no i zwiedzanie na czas, tu 9°°, tam 10°°… Mam wrażenie, że zobaczyłem zaledwie namiastkę. No ale to co widziałem – rzeczywiście fascynujące, zmysłowe i romantyczne. Niesamowita, kunsztowna, ornamentalna sztukateria, wprawiająca w oniemienie i zachwyt. Rozczarowały mnie natomiast pałacowe ogrody Generalife, które wcale nie są serajem pełnym szemrzących strumyków i wodotrysków, wprawiającym w ochy i achy, jak zapewniała literatura. Takie sobie, w Książu ładniejsze, albo w Wojsławicach. No a Alcazaba w ruinie – tylko mury i dziedziniec do zwiedzenia. Reszta pod kloszem albo po prostu już nie istnieje.
PAŁĄCE NASRYDÓW. MEXUAR. SALA POSIEDZEŃ I SĄDÓW

PATIO DEL MEXUAR


SERAJ. PATIO DE LOS ARRAYANES (DZIEDZINIEC MIRTÓW)


HAREM. PATIO DE LOS LEONES (DZIEDZINIEC LWÓW)





OKIENKO HAREMU


HAREM. DE LAS DOS HERMANAS (SALA DWÓCH SIÓSTR). SKLEPIENIE SKŁADAJĄCE SIĘ Z 5 TYSIĘCY KOMÓREK O WZORZE PLASTRA MIODU

DE LAS DOS HERMANAS. GŁÓWNA KOMNATA ULUBIONEJ NAŁOŻNICY EMIRA. ABU’L-HASAN ZAMORDOWAŁ 16 KSIĄŻĄT Z RODU ABENCERAGÓW, KIEDY JEDEN Z NICH ZAKOCHAŁ SIĘ W JEGO FAWORYCIE, ZORAJI

JARDINES DEL PARTAL

PALACIO DE CARLOS v

RZUT OKA NA ALCAZABĘ


GENERALIFE. ESCALERA DEL AGUA. SCHODY, KTÓRYCH PORĘCZAMI PŁYNĘŁA WODA

WIDOK Z ALHAMBRY NA GRENADĘ…

…ORAZ NA GÓRY SIERRA NEVADA

KATEDRA

ALCAZABA


W TLE SIERRA NEVADA


>>>
[more]
19 czerwiec, środa
Grenada

ANDALUZJA
„Zmienia się ekonomia, ludzie muszą pracować w przerażającym tempie, żyją w coraz mniejszych celach, coraz bardziej samotni i wyalienowani, odczłowieczeni i tak bardzo mało indywidualni. Stają się tylko rolami społecznymi, niczym więcej. „
(Tiziano Terzani – „Koniec jest moim początkiem”)
Odpoczynek i zwiedzanie Grenady. W planie na dziś Centro, dzielnice Albaicín i Sacromonte. Znów niemiłosierny upał. Nie zerkałem na rowerowy termometr, ale na pewno gdzieś w połowie między 30 a 40°C.
Zaczynam od minusów, takich mikro minusików. Otóż, 1 – zgubiłem gdzieś swoją flażkę, prawdopodobnie gdzieś na wczorajszych ostrych zjazdach zdmuchnęło ją; 2 – posiałem gdzieś moje wypasione rękawiczki, na szczęście nie będą mi już specjalnie potrzebne na wyprawie, ale szkoda ich, tym bardziej, że miały napis Sierra Nevada, a jestem przecież w górach Sierra Nevada; 3 – wczoraj señor recepcjonista zachwalał, że mają wyjątkowo wyborne tapas w restauracji na kempingu (o, to świetnie), dzisiaj schodziłem nogi po Grenadzie, widziałem milion tapas, ale myślę sobie: nie, uraczę się już na miejscu na zwieńczenie dnia, a tu co?, zero tapas, tylko napitki, a tak supłałem te eurocenciki, żeby sobie na koniec nie żałować tych małych przysmaczków, ciekawe, do licha, o czym mówił ten señor… No dobra, nieważne, ugotuję sobie zupę z torebki, zjem z bagietką i też dobrze… ;-/
No a teraz sama Grenada. Oczywiście zachwycająca, choć nie widziałem jeszcze pałaców Alhambry, ale te na deser, jutro. Najbardziej urzekające są dzielnice Albaicín i Sacromonte. Samo miasto można podzielić jakby na cztery obszary, każdy z innej bajki, ale każda ma coś w sobie.
Pierwsza bajka. Centro. Taka nowoczesna, pełna alejek, promenad i barów tapas, wszystko bardzo schludne, eleganckie, pięknie oznakowane i opisane, chodniczki, tabliczki z nazwami ulic, latarenki, itd.
Druga bajka. Barrio Albaicín. Urzekająca, starodawna, klimatowa. To najlepiej zachowana w Hiszpanii dzielnica z arabskiej epoki Nazari. Pozwala poczuć atmosferę z czasów, kiedy te tereny były pod panowaniem muzułmańskim. Charakterystyczna zabudowa, kamienne ulice, kuchnio-jadalnie przykryte składanymi daszkami na dachach domów (nie umiem tego należycie opisać, do tej pory nie byłbym w stanie nawet sobie czegoś takiego wyobrazić). Piękne. A na każdym kroku grajkowie gitanos z odwróconymi kapeluszami na chodniku przy nodze. Ale to nie razi, przeciwnie, grają pięknie, dynamicznie acz rzewnie, i co najważniejsze, bardzo wytrawnie. No przecież flamenco ma swoje korzenie właśnie tutaj, w Grenadzie, w dzielnicy Albaicín. Takie trio gitanos, grające na zwykłych „pudłach”, trącając struny, uderzając rytmicznie o pudło i intonując proste, zdawałoby się dadaistyczne śpiewki, potrafi przyprawić o dreszcze i wzruszenie co najmniej tak samo jak góralska kapela z polskich Tatr. Odlot. Po powrocie do domu zagłębię się w internecie w poszukiwaniu tych nut, no i przepisów na andaluzyjskie rarytasy, które będę próbował upitrasić.
Trzecia bajka. Barrio Sacromonte. Zadziwiająca i tajemnicza dzielnica domów wykutych w skałach. Tylko drzwi, okno, a reszta ukryta gdzieś we wnętrzu, w jaskini. Tu mieszkają gitanos, którzy grają najrzewniejsze i najbardziej pełne ekspresji pieśni. Tutaj czas jakby zatrzymał się w miejscu. Tym bardziej, iż na przeciwległym wzgórzu leży Alhambra i mam wrażenie, że jest siódme, ósme stulecie, i tam żyje sobie kalif Muhammad I al-Ahmar, a tutaj ci sami gitanos.
Czwartą bajkę, najpiękniejszą i najbardziej magiczną poznam dopiero jutro. To pałace i ogrody Alhambry, czyli najwspanialsze europejskie posiadłości mauretańskich Nassrydów jakie istnieją.
No a ja już na kempingu. Nie będzie tapas, to idę sobie popływać w basenie, a potem pomyślę, czy gotować tą zupinę instant, czy gdzieś się jeszcze ruszyć… Mimo głodu czuję się niesamowicie zrelaksowany. Jednak przez jedną króciutką jak mrugnięcie powieki chwilę, jakoś tak potwornie przykro mi się zrobiło…
PLAZA PUERTA REAL


PLAZA BIB-RAMBLA

KATEDRA

PASEO

WIDOK NA MIASTO I GÓRY SIERRA NEVADA Z DZIELNICY ALBAYZÍN


ALHAMBRA – PAŁACE NASRYDÓW (WIDOK ZE SKWERU KOŚCIÓŁKA SAN NICOLAS)

ALHAMBRA – ALCAZABA

ZESPÓŁ PAŁACOWO-OGRODOWY ALHAMBRA W PEŁNEJ PANORAMIE

WĄZIUTKIE ULICZKI ALBAYZÍN







ALHAMBRA (WIDOK Z DZIELNICY SACROMONTE)

SACROMONTE. DOMY W SKAŁACH



KOLEJNE UJĘCIA ALHAMBRY




CARRERA DEL DARRO I RZEKA DARRO

IGLESIA DE SANTA ANA Y SAN GIL

PLAZA NUEVA. REAL CHANCILLERIA (KANCELARIA KRÓLEWSKA)

REYES CATOLICOS

WIDOK NA GRENADĘ I SIERRA NEVADA OD STRONY LA ZUBIA I KEMPINGU

MIEJSCÓWECZKA

ROZKOSZNA SJESTA, CZYLI PRYWATNA NAMIOTO-WILLA Z BASENEM DO POPŁYWANIA ORAZ MAŁMAZJAMI WPROST Z ALHAMBRY DO POPIJANIA

>>>
[more]
Dzień 27
18 czerwiec, wtorek
Maro – La Zubia

(Maro – Almuñécar – Salobreña – Motril – Órgiva – Lanjarón – Dilar – La Zubia)
127 km
ANDALUZJA 127 km
czas jazdy 8:25
średnia prędkość 14,9 km/h
prędkość max. 62 km/h
przewyższenie 2.782 m!
wysokość max. 833 m n.p.m.
wysokość min. 2 m n.p.m.
podjazd max. 14 %
zjazd max. 11 %
temp. max 25°C
temp. rano 22°C
„(…) To wołanie instynktu, nie rozumu. Rozumienie nie pochodzi od rozumu. Rozumiesz, co twierdzi rozum, ale nie r o z u m i e s z. Prawdziwe rozumienie wykracza poza rozum i bazuje na instynkcie, na sercu. Na sercu, o którym zapomnieliśmy. Traktujemy je jak rzecz, którą można wyjąć, włożyć z powrotem, zastąpić pompą, a jest to wspaniały instrument rozumowania.”
(Tiziano Terzani – „Koniec jest moim początkiem”)
Wczorajsza powtórka z pogody z tą różnicą, że nie 35 ale 25°C (wysokie góry) i porywisty wiatr prosto w twarz.
Dziś umieram na rowerze. Suma podjazdów (2.782 m) i ten wiatr (rower zatrzymuje się podczas zjazdu o 5-procentowym nachyleniu) może przyprawić o rozpacz. Animuszu dodaje mi świadomość, że w Grenadzie, czyli już dziś, finito, koniec, wyrąbane. Dalej to już tylko pociąg do Girony i mój Seacik.
Dojeżdżam do La Zubii, miasteczka leżącego kilka kilometrów od Grenady, i rozkładam się na kempingu. Mam doskonałą ocienioną miejscówkę na swoistym pięterku. Jest tu miejsce na trzy, cztery namioty, lecz jestem tu sam, i cała przestrzeń jest dla mnie. Mam widok na cały kemping i prywatność. No i tuż przy namiocie maleńki może 10-metrowej długości basenik, z którego, jak się później okazało, praktycznie nikt poza mną nie korzysta. A teraz sobie posiedzę tu ze trzy dni, pooglądam moje wyśnione pałace Alhambry i całe miasto. Ciekawe czy przybije moją najulubieńszą Florencję…?
COSTA DEL SOL

ALMUÑÉCAR



SALOBRENA. NA WIDOCZNYM NA ŚRODKU ZDJĘCIA WZNIESIENIU, KTÓRE WYGLĄDA JAK ODWRÓCONA MISKA, ZNAJDUJE SIĘ RÓWNIEŻ MIASTECZKO. NA DALSZYM PLANIE POCZĄTEK GÓR SIERRA NEVADA


EMBALSE DE RULES. JEZIORO POWSTAŁE NA RZECE GUADALFEO, WYPŁYWAJĄCEJ Z MASYWU LA ALPUJARRA

KANION RIO GUADALFEO

KOZICA GÓRSKA ZE SIERRA NEVADA

SIERRA NEVADA



PANORAMA SIERRA NEVADA. FOTO Z OKOLIC GÓJAR

>>>
[more]
Dzień 26
17 czerwiec, poniedziałek
Ronda – Maro

(Ronda – El Burgo – Alozaina – Pizarra – Estación de Cártama – Campanillas – Malaga – El Palo – Rincón de la Victoria – Torre del Mar – Nerja – Maro)
168 km
ANDALUZJA 168 km
czas jazdy 9:08
średnia prędkość 18,4 km/h
prędkość max. 63 km/h
przewyższenie 1.972 m
wysokość max. 1.040 m n.p.m.
wysokość min. 0 m n.p.m.
podjazd max. 11 %
zjazd max. 8 %
temp. max 35°C
temp. rano 19°C
„Wolność. Już jej nie ma. Wciąż powtarzam: mimo pozornej wolności kupowania, pieprzenia się, wybierania wśród różnych past do zębów, czterdziestu tysięcy samochodów, telefonów komórkowych, które robią zdjęcia, nigdy jeszcze nie mieliśmy tak mało wolności. Wszystko zostało przewidziane, ukierunkowane i trudno się z tego wydostać. (…) Kłopot w tym, że cały system jest tak skonstruowany, że człowiek już od dziecka, nie zdając sobie nawet z tego sprawy, przejmuje mentalność, która zabrania mu myśleć inaczej. Kończy się tak, że niepotrzebna jest jakakolwiek dyktatura, bo istnieje dyktatura szkoły, telewizji, tego, czego cię uczą.”
(Tiziano Terzani – „Koniec jest moim początkiem”)
Zacznę tradycyjnie od pogody. A więc w południe upał 35°C, potem nagłe zachmurzenie i raptowny spadek do 22°C, i taka temperatura utrzymuje się aż do wieczora. W połączeniu z bardzo silnym wiatrem w plecy pozwala mi uzyskać wynik 168 przejechanych kilometrów. I to bez jakichś szczególnych szaleństw wysiłkowych.
Połowa dzisiejszej trasy to góry (Serranía de Ronda i Hoya de Málaga), a po dotarciu do półmilionowej Malagi, druga połowa – wybrzeże (Costa del Sol). I te wciąż zachwycające przestrzenie.
ROZLEGŁE BAJECZNE KRAJOBRAZY WYŻYNY DE RONDA

WYPAS ZWIERZĄT W SERRANÍA DE RONDA


SIERRA… SIERRA…






PIKNIK Z WIDOKIEM NA MIASTECZKO EL BURGO


MALAGA. WYŁOŻONY MARMUROWYMI PŁYTAMI ELEGANCKI DEPTAK HANDLOWY MARQUES DE LORIOS

MALAGA. PLAZA DE LA CONSTRUCTION

MALAGA. KATEDRA

MALAGA. ALCAZABA Z VIII WIEKU

MALAGA. AYUNTAMIENTO (RATUSZ)

MALAGA. PORT

WYBRZEŻE COSTA DEL SOL I MIASTO NERJA

>>>
[more]
16 czerwiec, niedziela
Ronda

ANDALUZJA
„Bo czym jest ta cywilizacja nasza współczesna? Rozumem, który oszalał pod wpływem ekonomii. Ekonomia stała się podstawowym kryterium wszystkiego, nie ma już innych wartości. Po co produkować wciąż i więcej i po co coraz bardziej zanieczyszczać. Jest coś nieprzyzwoitego w sposobie, w jaki człowiek postrzega siebie w świecie. Nie widzi siebie! Stracił kosmiczne połączenie. Widzi siebie w swojej małej kuli, widzi jedynie swój mały świat, nie widzi siebie w kontakcie z ogromem świata.”
(Tiziano Terzani – „Koniec jest moim początkiem”)
Odpoczynek i zwiedzanie Rondy.
Od wygodnego, czystego i eleganckiego kempingu z basenem, sklepem i dobrą restauracją, dzieli mnie do miasta 1,5 km, czyli 20 minutowy spacerek. Dziś jest 35°C, więc nie ma już afrykańskiego upału, choć i tak jest super ciepło, a niebo nieskazitelnie błękitne. Przedpołudnie spędzam na zwiedzaniu Rondy. Miasto to nie zachwyca może zabytkami, natomiast niewypowiedzianie malowniczym położeniem na stromym wzgórzu, właściwie na skale, pośrodku doliny, otoczonej z kolei majestatycznym wysokogórskim krajobrazem, doliny leżącej w środku pierścienia mrocznych stromych gór.
Bardzo przyjemnie jest się poszwendać wąskimi uliczkami, które w starej części miasta tworzą nierozwikłany przez przyjezdnych labirynt przesmyków, serpentyn, mostków, tuneli i zaułków. Nowa część miasta to deptaki pełne kawiarń i barów tapas, dosłownie setki. No i oczywiście jest też most Puente Nuevo, przewieszony nad wąwozem 130-metrowej głębokości (!) oraz Paseo, czyli promenada biegnąca brzegiem klifu otaczającego miasto – panorama z niego bajeczna, zarówno na stare miasto, jak i na dolinę i góry.
Słońce praży, pora wracać do obozowiska. Argumenty co najmniej dwa. Pierwszy – popołudnie w basenie to coś, czego mi potrzeba. Drugi – chciałoby się przysiąść i coś posączyć, a w mieście piwo czy cola zaserwowane w szklance od herbaty 2 € kosztuje (!), poza tym dziś el domingo (niedziela), mercados (sklepy spożywcze) zamknięte – a na kempingu jest sklepik, gdzie sobie kupię litrowego San Miguela za jedyne paredziesiąt eurocentów. Ciekawostka: przebitka cenowa w Hiszpanii między sklepem a barem to tylko jakaś 6-, 7-krotność, sí sí. W Polsce, zdaje się, to max 3-krotność, a nawet 2,5. No i głodny jestem, więc ugotuję sobie puszkę czegoś co nazywa się dziwnie znajomo-podobnie: „Dieta Meditherranea” (znajomi wiedzą o co i o kogo chodzi;)
Dieta okazała się smakowa. Pulpeciki drobiowe w sosie pomidorowo-cebulowo-paprykowym. Z makaronem i tostami ugrillowanymi naprędce na palniku kuchenki turystycznej.



















