Przez Morawy do Wiednia Tour 2012 – dzień 2

>>>

[more]

Dzień 2

Etap 2

 28 sierpień 2012, wtorek

Náchod – Svítavy


(Náchod – Nové Město nad Metují - Opočno – Častolovice – Choceň – Litomyšl – Svítavy)

117 km


czas jazdy  6:59

średnia prędkość  16,8 km/h

prędkość max.  50 km/h

przewyższenie  1.022 m

wysokość max.  517 m n.p.m.

wysokość min.  264 m n.p.m.

podjazd max.  15 %

zjazd max.  12 %

temp. max.  28*C

temp. rano  17*C


Dzisiejszy dzień to zwiedzanie urokliwych renesansowych czeskich miasteczek. Upał i jazda non stop pod bardzo silny wiatr nie są w stanie popsuć mi frajdy.

 W Choceniu jem pyszny obiad – stek wieprzowy marynowany w winie, ugrillowany i zaserwowany z prażonymi skórkami świńskimi i prażoną cebulką. Zajebiście dobry. Muszę tego poszukać na necie i dodać do wachlarza potraw, które sam lubię z czułością przyrządzać.

 Dziś znów mam szczęście z noclegiem. Trafiam na hotel w centrum miasta Svítavy, ale z tych „jednogwiazdkowych”, w cenie za noc niższej niż na ten przykład koszt obiadu w najtańszej jadłodajni. Do pokoju na górę zabieram sobie z hotelowej restauracji dwie… (nie, nie dziewczynki siedzące na wysokaśnych hokerach przy barze i wpatrujące się we mnie lubieżnym i sennym wzrokiem), zabieram dwie szklanice piwka Mě?ťanský Pivovar Poličce (dobrze mi zrobią) i utwierdzam się w błogim przekonaniu, iż Polacy serwują sobie jedynie napój gazowany o smaku piwa, a nie piwo.


NÁCHOD – ZAMEK NAD RYNKIEM


NOVÉ MÊSTO NAD METUJÍ

 

ĆASTOLOVICE – PAŁAC RODU ŠTERNBERKÓW

 

LITOMYŠL – RYNEK

 

LITOMYŠL – ZAMEK NA OLIVETSKIEJ HORZE

 

LITOMYŠL – KOŚCIÓŁ PIJARÓW

 

SVÍTAVY – WIDOK Z MOJEGO POKOJU


Przez Morawy do Wiednia Tour 2012 – dzień 1

>>>

[more]

Dzień 1

Etap 1

 27 sierpień 2012, poniedziałek

Lubin – Náchod

 

(Lubin – Dobromierz – Szczawno Zdrój – Wałbrzych – Mieroszów – Mezimêstí – Police nad Metují – Náchod)

146 km

czas jazdy  7:59

średnia prędkość  18,3 km/h

prędkość max.  57 km/h

przewyższenie  1.124 m

wysokość max.  637 m n.p.m.

wysokość min.  114 m n.p.m.

podjazd max.  12 %

zjazd max.  8 %

temp. max.  22*C

temp. rano  17*C


 Miało być do trzech razy sztuka, a jest czwarty. Po raz czwarty wyruszam na wyprawę rowerową, choć jeszcze na początku lata nic tego nie zapowiadało, bo najpierw były Mistrzostwa Europy w piłce, potem nie dostałem urlopu w lipcu, na początku sierpnia pojechałem z Żabką (przyjaciółka) i jej pociechą do Pobierowa na „wczasy” – no i teraz, jakimś cudem, zaoszczędziłem i dostałem 2 tygodnie wolnego, a więc warto to wykorzystać. Pomysłów było sporo – Norwegia (kupiłem sporo literatury na temat), Sardynia z Korsyką, Hiszpania, Islandia. No ale skoro nie mam 4-5 tyg. do dyspozycji, tylko 2, musiałem wymyślić coś innego. Strasznie chciałem na spokojnie zwiedzić Wiedeń. Przed rokiem byłem tam zaledwie dwie godziny (przesiadka wracając z wyprawy rowerowej Przez Alpy do Toskanii) i obiecałem sobie, że wrócę. A że kocham także Czechy, a kraina czeska zwana Morawami jest mi jeszcze nie znana, więc obmyśliłem sobie: Przez Morawy do Wiednia Tour. Liczę też na to, że na Morawach trafię na winobranie w słynnych morawskich winnicach, a i wiedeńskie też są dobrze znane. Początek września to chyba właściwy czas na to.

 Wyruszam przed dziewiątą. Jest chłodnawo, ale to dobra pogoda na rower. Nieszczególnie zachwycony jestem natomiast silnym wiatrem, który wieje to z boku, to w twarz.

 Pierwsze 80 km jadę swoją starą ulubioną trasą wiodącą w moje rodzinne strony w Szczawnie Zdroju. Tam odwiedzam babcię, nie może być inaczej. Dopiero od Szczawna zaczyna się droga, która jest dla mnie czymś nowym, nieznanym, zaczynają się też solidne podjazdy z stronę granicy z Pepikami. Przejeżdżając przez liczne wzniesienia Broumovskej Vrchoviny zauważam świetne miejsce na odpoczynek i żarełko – wzgórze z jednej strony porośnięte krzakami i osłonięte w ten sposób od solidnego wiatru, a z drugiej ze wspaniałym widokiem na bezkresne łąki, na których ujrzałem wielkie stado muflonów, stojących jak gdyby w oczekiwaniu, że ja się pojawię i będę miał radość z obserwacji.

 Nocuję w Náchodzie. Co prawda zmierzałem na tutejsze pole namiotowe, ale po drodze trafiam na ubytovnię Klub českých turistů, gdzie za „symboliczną” opłatą mam wygodny pokój z widokiem na górki.


 WAŁBRZYSKIE GÓRKI

 

MUFLONY


IV wyprawa rowerowa Przez Morawy do Wiednia Tour 2012 – termin

Jeżeli znów coś nie wyskoczy – nowy termin wyprawy to poniedziałek 27-sierpień-2012! :))

 Forma zajebista. Przedwczoraj zrobiłem 185 km bez większego zmęczenia (przed świtem wybrałem się pociągiem do Niemiec, trochę pojeździłem wzdłuż Nysy Łużyckiej i stamtąd wracałem przez Bory Dolnośląskie). Gdyby nie to, że chciałem obejrzeć mecz Zagłębia o 18:00, pokusiłbym się o życiówkę dzienną (233 km).



Nowa wyprawa

Ostre trenowanie.

 4 wyprawa – Przez Morawy do Wiednia Tour 2012 – wstępny termin startu: 11 lipca 2012!

 

 

Nie dostałem w lipcu urlopu… :(((((((((((

”Może wrzesień”…

Waga zrzucona, ale nie mogę dalej ostro trenować, bo się zajadę. Ale czy uda mi się zmniejszając treningi nie przytyć.  I czy uda mi się utrzymać formę do września (zważywszy na dwa tygodnie w sierpniu bez treningu)…? Kurcze, cyrklowałem z formą i wagą w punkt (2,5 miesiąca ostrego trenowania, potem 0,5 miesiąca lekkiego) a tu wszystko się zawaliło :((

Cyferki i cyfry wyprawy Przez Alpy do Toskanii Tour 2011

>>>

[more]

                           „Życie jest jak jazda na rowerze – żeby zachować równowagę musisz stale przeć naprzód.”  (Albert Einstein)                                        

 

Uczestnicy:   ja sam, czyli Jarosław BLARU Antoniak

Czas wyprawy:   25 dni

Czas jazdy:   22 dni

Dystans:   2.563 km

Najdłuższy etap:   162 km

Najkrótszy etap:   77 km

Średnia dzienna:   116,5 km  (nie licząc etapu „kolejowego”)

Kilometry w Polsce:   245 km  (9,6%)

Kilometry w Czechach:   464 km  (18,1%)

Kilometry w Austrii:   795 km  (31,0%)

Kilometry we Włoszech:   1.059 km  (41,3%)

Czas jazdy łącznie:  161 h 59 min

Średnia prędkość na całej trasie:  16,2 km/h   (nie licząc etapu „kolejowego”)

Prędkość max:  71 km/h

Suma przewyższeń:  32.387 m

Średnia dzienna przewyższeń:  1.453 m  (nie licząc etapu „kolejowego”)

Wysokość max nad poziomem morza:  2.757 m n.p.m.

Nachylenie max:  24 %

Zjazd max:  28 %

Temperatura najwyższa:  37*C

Temperatura najniższa:  7*C



Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 25

>>>

[more]

Dzień 25 (ostatni)

Etap 22

 26 lipiec 2011, wtorek

Liberec – Lubin

 

(Liberec – Frýdland – Zawidów – Zgorzelec – Bolesławiec – Chojnów – Lubin)

162 km

czas jazdy  8:28

średnia prędkość  19,0 km/h

prędkość max.  45 km/h

przewyższenie  1.021 m

wysokość max.  491 m n.p.m.

wysokość min.  78 m n.p.m.

podjazd max.  9 %

zjazd max.  7 %

temp. max.  23*C

temp. rano  17*C

 

Dziś ostatni dzień wyprawy przez Alpy do Toskanii. Jedzie się wybornie, nie za ciepło, nie za chłodno, bezchmurnie i do tego wiaterek w plecy. Mimo że aż 162 km, to najłatwiejszy etap; choć podróż koleją bardziej mnie umęczyła od szosowania, więc nie powiem, że wypocząłem fizycznie, tyle że może nogi dostały trochę wytchnienia. No i jadę z wiatrem, dość silnym wiatrem. Właściwie to tylko siedzę i steruję:)

 Gdyby nie to, że dojechawszy do Florencji miałem ze 3 dni poślizgu co do pierwotnego planu, po 1-2 dniach odpoczynku mógłbym jechać dalej przez Wenecję, Graz i Wiedeń, nie korzystając z żadnych innych środków lokomocji, ale nie wyrobiłbym się w czasie (urlop).

 A czy jestem zadowolony z tej wyprawy? I co mi dało, że tak się katowałem na rowerze przez „pół Europy”? Porównanie wyrazów mojej twarzy na pierwszej fotografii i na ostatniej powinno wystarczyć za odpowiedzi na te często zadawane mi retoryczne pytania;))

 


Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 23 + 24

>>>

[more]

Dzień 23 + 24

Etap podróży koleją

 24-25 lipiec 2011, niedziela-poniedziałek

Florencja – Liberec

  

Florencja – Fiesole – Florencja [ROWER]

Florencja – Wiedeń Süd [POCIĄG]

Wiedeń Süd – Wiedeń Prater [ROWER]

Wiedeń Prater – Breclav [II POCIĄG]

Breclav – Bern [III POCIĄG]

Bern – Pardubice [IV POCIĄG]

Pardubice – Liberec [V POCIĄG]

dojazd do ubytovania [ROWER]

44 km (tylko rower)

czas jazdy  4:21

średnia prędkość  10,3 km/h

prędkość max.  44 km/h

przewyższenie  404 m

wysokość max.  485 m n.p.m.

wysokość min.  62 m n.p.m.

podjazd max.  20 %! (podjazd pod klasztor San Domenico we Fiesole)

zjazd max.  20 % (j.w.)

temp. max.  26*C

temp. rano  15*C

 

Doba na kempie kończy się o 13-tej, więc wykorzystuję ten czas na spanie. Pociąg mam dopiero o 21:52, więc nie ma pośpiechu, tym bardziej, że pogoda się zepsuła i nie uśmiecha mi się koczowanie na dworcu.

 Akurat tuż po południu przestało lać, więc jadę sobie jeszcze do Fiesole, miasta położonego „nad” Florencją, jeśli tak to można ująć. Mozolna wspinaczka opłaca się, widok z góry, na której mieści się klasztor San Domenico, jest konkretny (całe Firenze).

 Po powrocie do miasta okazuje się, że moja dziupla z lampredotto dziś zamknięta (niedziela). Jaka szkoda. No i znów zaczyna lać. Chowam się pod parasolem ogródka pasticerii, zamawiając pasta (z oliwkami, fetą i pomidorkami koktailowymi) i cappuccino. Makaronowe danie mnie nie urzekło (zrobiłbym smaczniejsze), ale za to cappuccino – poezja. No a że leje nadal, a ja nie mam już nic na stole, przenoszę się na dworzec i spędzam tam 8 godzin, bo pociąg oczywiście przyjechał z 3-godzinnym opóźnieniem (kolej włoska). Oznacza to też dla mnie, że prawdopodobnie będę czekał prawie dobę na przesiadkę we Wiedniu. No i nie ma też wagonu rowerowego, na który zakupiłem bilet;) Więc siedzę teraz na podłodze na tyle pociągu wraz z rowerem i już mnie tyłek boli, choć to dopiero godzina jazdy z jedenastu. Ale jestem spokojny, bo jadę w stronę domu i szczególnie zadowolony, bo osiągnąłem coś, co wydawało mi się nie do zrealizowania.

 Docieram do Wiednia. 2 godziny i 40 minut opóźnienia, czyli po 11 rano. Jestem zmęczony i niewyspany. Nie uśmiecha mi się perspektywa 23 godzin na kolejny pociąg, który nie czekając odjechał w międzyczasie. Wyszukuję inne połączenie, byle jak najbliżej domu. O 13:00 pociąg do Breclav na granicy austriacko-czeskiej, ale odjeżdża z innego, przeciwległego dworca wiedeńskiego. Mam jeszcze niespełna dwie godziny, więc to tylko tyle, żeby szybko przejechać. Na tym drugim dworcu, mając jeszcze parę minut do odjazdu, urządzam sobie wyżerkę. Są tu rewelacyjne małe fast-foody i do tego, w porównaniu z Włochami, bardzo tanio. Jest na przykład bar z zapiekanymi makaronami, palce lizać. Jest bar z samymi ciasteczkami, setki rodzajów, i wszystkie jeszcze gorące. A kucharze pitraszą na witrynach na wystawie i wyglądają jak artyści kulinarni. No dobra, pojadłem i wbijam się w pociąg. Rools, nawet są miejsca na zawieszenie roweru.

 Trzeci pociąg mam z Breclav do Brna. Więc jadę. Kolejny, czwarty, z Brna do Pardubic. Piąty pociąg – z Pardubic do Liberca. Po drodze pociąg się zepsowuje i dalej jedziemy autobusem zastępczym, który z kolei dobija do jakiejś stacyjki i…  dalej jazda pociągiem, co oznacza, że to już siedem środków transportu od wyjazdu z Firenze.

 Stanąłem teraz przed dylematem (który rozwiązał się sam) czy jechać do samego Liberca (przyjazd po 22-giej) i nocą wracać do domu (160 km), czy wysiąść z godzinę/dwie wcześniej i szukać noclegu. Konduktor mi podpowiada, że w Libercu jest penzion na dworcu (ubytovani na nádražínádražín ínádraží) , do tego tani (150 Kč za noc, 25 zł na nasze). I tak też robię, nie odmówiwszy zabrania do pokoju dwóch kufelków przedniego czeskiego piwka, jako że bar był już zamknięty, a propozycja karczmarza nie do odrzucenia. 

 Jutro wracam na rowerze do Polski.

 

FLORENCJA OGLĄDANA Z FIESOLE

 

FIESOLE – KLASZTOR SAN DOMENICO

 

DWORZEC KOLEJOWY WE FLORENCJI

 

DOPIERO W CZESKICH  POGIĄGACH  MOGŁEM PODRÓŻOWAĆ WYGODNIE

 

 

Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 22

>>>

[more]

Dzień 22

Odpoczynek

 23 lipiec 2011, sobota

Florencja


 

Więc spaceruję sobie w piękny słoneczny dzień po Florencji. Pieszo. Bez spoglądania na zegarek i prędkościomierz. Powolutku. Czuję się jak poeta, dla którego poezją nie są słowa tylko stan ducha.

 Oczywiście Florencja mnie całkowicie oczarowała. Pewnie fotografie tego nie oddadzą. Jestem urzeczony tym miastem, architekturą, kamieniczkami, sklepikami, maleńkimi kafeteriami, gelateriami, paninotekami, pasticeriami… Nigdzie indziej nie widziałem takich klimatowych, dopieszczonych w każdym detalu, maleńkich sklepów tematycznych, np. z wyłącznie makaronami domowej roboty; albo z samą oliwą extra virgine; albo tylko z octem balsamico; albo z samymi czekoladkami; albo z samymi cukierkami; albo tylko i wyłącznie z cygarami; albo vinoteka, gdzie na półkach stoją albo leżą tylko toskańskie wina, tysiące odmian i roczników; albo ciastkarnia, a raczej ciasteczkarnia, gdzie są setki różnych rodzajów maleńkich ciasteczek i babeczek, którymi zajadają się signoriny, zapijając kawą i winem, i pakując na wynos pokaźne torby z tymi wiktuałami.

 A ja znów o jedzeniu. Ale cóż. Według Włochów do szczęścia są potrzebne mężczyźnie smaczne jedzenie, dobre wino i piękne (niekoniecznie dobre) kobiety, a tych w Firenze nie brakuje.

 

CARLA.  ZDAWAŁO MI SIĘ, ŻE TA SIGNORINA TYLKO  CZEKA NA COŚ, CO MA NASTĄPIĆ, I ŻE CAŁA POGRĄŻONA JEST W TYM BOLESNYM OCZEKIWANIU


 Apropos jedzenia. Wypatrzyłem w jednej z wąskich uliczek Florencji okienko w murze, z którego serwowane jest lampredotto. Przy murze stoi kilka stołków. Zamawia się jedzonko, tzn. flaki gotowane w warzywach, podane w świeżutkiej opieczonej bułce z salsą orzechowo-ziołowo-paprykową i lampką czerwonego wina (bo tylko taki zestaw serwują), następnie siada się sobie na stołeczku pod kamienicą i pałaszuje bułę (kielich można sobie postawić na jezdni). Jutro sobie zaserwuję, bo jestem już po obiedzie. Widzę, że lokalsi to chłoną jak nie wiem co, to muszę spróbować.


 

A dziś byłem w paninotece, tzn. kanapkarni. Wciągłem dwie olbrzymie kanapy z piwem (a raczej ale’m) i kawą espresso paraliżującą język. Kanapki niezwykłe. Jedna to jakby kawałek pizzy rozciętej wzdłuż i do środka nałożone salami, mozarella, oliwki, pomidory i świeża bazylia. Druga to wielka tortilla, w którą zawinięto szynkę, mozarellę i insalatta (czyli mieszaninę zieleniny – kolorowe sałaty lollo, sałata rzymska, raszponka, kiełki). Oczywiście bez sosu, bo byłoby to barbarzyństwo. Mniam. Piwo niegazowane, typu angielskiego ale’a, świetne. Co prawda piwa włoskie to wyjątkowe sikacze, ale tu był wyjątek. No i kawka. Rachunek mnie onieśmielił, ale cóż, lepiej się najeść do syta pysznych rzeczy, nawet gdy kosztuje aż 13 €, niż skubnąć garstkę spagetti w pasticerii za 18 €.

 Niestety nie zjadłem i już chyba nie zjem słynnego bistecca fiorentina, choć tak lubię mięso. Trzycyfrowy rachunek (w zł) za kotleta to nie na moje nerwy. Ale sobie popatrzę do woli. I nawącham;)

 To tyle o jedzeniu. A teraz foty. Starałem się wybrać tylko te najlepsze, ale było to trudne, bo Florencja cała jest jednym wielkim muzeum, a zdjęć napstrykałem full. Przy okazji pozdrawiam pewnego kolegę z forum Podróże Rowerowe, który radził mi ominąć to miasto na mojej wyprawie, bo nie ma w nim co zwiedzać i nie ma tam nic ciekawego;)



  WIDOK Z KEMPINGU NA MIASTO

 

MOSTY NAD RZEKĄ ARNO

 

TROTUAR WZDŁUŻ RZEKI ARNO

 

PONTE VECCHIO – MOST ZŁOTNIKÓW – STRONA POŁUDNIOWA

 

PIAZZA SANTA FELICITA

 

PAŁAC PITTI

 

?

 

FORTEZZA DA BASSO

 

PIAZZA DELLA SANTISSIMA ANNUNZIATA

 

SANTISSIMA ANNUNZIATA – KOŚCIÓŁ ZWIASTOWANIA NMP

 

VIA DEI SERVI

 

KATEDRA SANTA MARIA DEL FIORE

 

BAZYLIKA SAN LORENZO

 

BAZYLIKA SANTA MARIA NOVELLA

 

PIAZZA D’OGNISSANTI

 

PIAZZA CARLO GOLDONI

 

PAŁAC STROZZI

 

PIAZZA STROZZI

 

PIAZZA DELLA REPPUBLICA

 

VIA ROMA

 

BAPTYSTERIUM SAN GIOVANNI BATTISTA I KATEDRA SANTA MARIA DEL FIORE

 

DZWONNICA GIOTTA

 

?

 

?

 

POSĄG KOSMY I,  KSIĘCIA TOSKANII

 

FONTANNA NEPTUNA

 

PAŁAC VECCHIO I PIAZZA DELLA SIGNORIA

 

LOGGIA DELLA SIGNORIA

 

 

PERSEUSZ Z GŁOWĄ MEDUSY

 

GALLERIA DEGLI UFFIZI

 

PONTE VECCHIO – MOST ZŁOTNIKÓW – STRONA PÓŁNOCNA

 

KOŚCIÓŁ SANTA CROCE

 

POMNIK DANTE ALIGHIERI

 

SANTA CROCE

 

PIAZZA DI SANTA CROCE



Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 21

>>>

[more]

Dzień 21

Etap 21

 22 lipiec 2011, piątek

Santa Lucia – Florencja


(Santa Lucia – San Gimignano – Camporbiano – Castel Fiorentino – Montespertoli – Galuzzo – Florencja)

79 km

czas jazdy  5:12

średnia prędkość  14,9 km/h

prędkość max.  69 km/h

przewyższenie  1.120 m

wysokość max.  510 m n.p.m.

wysokość min.  52 m n.p.m.

podjazd max.  22 %! (uliczka w San Gimignano)

zjazd max.  11 %

temp. max.  37*C!

temp. rano  23*C


No i cóż, jestem w sercu Toskanii. Dzisiaj jest dziesięćtysięcystopnicelsjusza. Pora odpocząć. Od kiedy przeczytałem „Kongres we Florencji” Jarosława Iwaszkiewicza, zapragnąłem zobaczyć to miasto. i jestem tu. Dojechałem wyczerpany do kresu sił. Jutro odstawię rower (może nikt go nie gwizdnie z namiotu) i cały dzień poświęcę na szwendanie się i oglądanie Firenze, czyli Florencji. 

 Obok mnie na kempingu rozbiły się cztery Polki z Warszawy. Robią zbliżoną trasę do mojej, tyle że w odwrotnym kierunku i za pomocą samochodu. Oczywiście rozgadałem się;) Chwilę później spotykam z kolei przesympatyczną parkę ze Szczecina. Znowu gawęda. Miło jest pogadać z kimś, zważywszy że z obcych języków to znam trochę, tylko trochę, ruski. Więc całe moje porozumiewanie się przez 3 ostatnie tygodnie polega przede wszystkim na gestykulacji, a gdy czegoś nie rozumiem, to po prostu mówię : „si, si, grazie, grazie…” 😉

 Dziś przez cały dzień napawałem się toskańskimi krajobrazami. Nie mogłem wyjść ze zdumienia widząc ogrodzone murem i trzynastoma strzelistymi wieżami miasto San Gimignano. Ciasne średniowieczne uliczki i wszędzie te wieże. Gdyby nie auta pomyślałbym, że jestem w Cesarstwie Rzymskim. Czad! 🙂 Chyba nie przepadam za cywilizacją i, podobnie jak pewna moja przemiła znajoma, którą nazywam Koraliną, i którą przy okazji po przyjacielsku pozdrawiam, też chciałbym żyć przed co najmniej czterystu laty 🙂

 Nocuję dziś…, i jutro… 🙂 na kempingu Michelangelo, na wzgórzu o tej samej nazwie, skąd rozciąga się pejzaż na całą Florencję. Jak tylko zobaczyłem lokalizację, to zapragnąłem zostać tu tydzień, a nie dwa dni.

 

SAN GIMIGNANO – WEJŚCIE DO MIASTA


 

SAN GIMIGNANO


 

SAN GIMIGNANO – WYJŚCIE Z MIASTA


 

TOSKAŃSKIE PEJZARZE (STAŁEM Z TYM MIEJSCU ZE DWIE GODZINY – MOJE ULUBIONE ZDJĘCIE)


 



 

TOSKAŃSKA ACIENDA



 A tutaj przepis jak zrobić przepyszne pizzetta a’la bicicletta 😉 czyli grillowane pajdy z mięskiem. Bierzemy czerstwy chleb, który wieziemy już od kilku dni (włoski chlebek jest pyszny nawet nieco podeschnięty), grillujemy kromkę z jednej strony, później odwracamy, nakładamy mięsko (w sieci Conad można za 1 € kupić zestaw 3 małych konserwek w postaci mięska, zaznaczam: mięska, w galaretce – jedna konserwka starcza na 3 duże pajdy), następnie opiekamy z drugiej strony. I mamy za 2 złote pyszną kolacyjkę (to nie ironia). Do tego wino za 1 €. Jeszcze raz napiszę: wino (które by u nas, w Polsce, pewnie kosztowało ze 30 zł). I dwie olbrzymie śliwy wielkości pięści, które dostałem od miłej signory, prosząc tylko o wodę ze studni. I „mamy” ucztę.

 

 

 A na deser oryginalne florenckie chipsy oreganowe (świetne; coś czuję, że wygram konkurs na pomysł nowego smaku Lay’s-ów) i piwo serbskie (ohydne). Foto na dowód, że zawartość jest identyczna z ilustracją 🙂

 


Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 20

>>>

[more]

Dzień 20

Etap 20

 21 lipiec 2011, czwartek

Piza – Santa Lucia


(Piza – Colesalvetti – Fauglia – Casciana Terme – La Sterza – Volterra – Santa Lucia)

114 km

czas jazdy  7:38

średnia prędkość  14,9 km/h

prędkość max.  56 km/h

przewyższenie  1.695 m

wysokość max.  532 m n.p.m.

wysokość min.  15 m n.p.m.

podjazd max.  14 %

zjazd max.  28 %! (jednokierunkowa uliczka w Volterra)

temp. max.  32*C

temp. rano  23*C


Z rana zostaję zaproszony na śniadanie przez Polaków, studentów turystyki obozujących w Pizie. Dawno tak nie smakowała kawka.

 Później zwiedzanie Pizy, wczoraj nie było już czasu. Niestety, poza rzeczywiście zjawiskową Krzywą Wieżą, całe miasto nie jest aż tak interesujące, jak chociażby niedaleko położona Lucca. No ale dobra, przede mną cel całej wyprawy – Toskania.

 Zaraz po wyjeździe z miasta gubię drogę i nagle znajduję się na autostradzie. Postanawiam nie zawracać, tylko przejechać nią 5 km i na najbliższym zjeździe trafić na właściwą drogę. Oczywiście po przejechaniu kilkuset metrów zatrzymuje mnie polizia. „Autostrada no biciclietta! Grande cartello!”- drą się na mnie. No to będzie gorąco. Jadę sobie rowerem po autostradzie, bez kasku (na głowie chusta), i co najgorsze – rano dokończyłem niedopite wieczorem winko. Problemy? Skądże. Policjanty kazali jechać dalej i pięknie na kogutach mnie uroczyście odprowadzili te 5 km (jadąc za mną), wskazawszy jeszcze właściwą drogę i powiedziawszy „ciao” na koniec. Policja a polizia to różnica, no nie? 😉

 No dobra. A więc zwiedzam sobie wzdlóż i wszerz tą moją Toskanię. Ech… No co ja będę pisał. Te przestrzenie, krzewy ciężkie od winogron, srebrzysto-oliwkowe gaiki oliwkowe. To jest to czego oczekiwałem i o czym marzyłem.

 Raj na ziemi. Acienda, niewielka winniczka, mały gaj oliwny, ze cztery gąski w ogródku, śliczny kremowej maści konik na wybiegu (taki żeby tylko cieszył i sobie żył), ze dwa drzewka brzoskwiniowe i morelowe,  i wokół jeżynowe ogrodzenie, takie dla ozdoby bardziej niż dla wyznaczania terytorium, i własnego wyrobu wyborne wino w piwniczce. Wino, owoce, oliwa, przepyszny chleb, maleńka acienda, cisza… No czego potrzeba do szczęścia?

 O niedowierzanie własnym oczom przyprawia mnie miasteczko Volterra, położone na szczycie niesamowicie stromego piaskowca (chyba). Uliczki tak wąskie i strome, że trzeba uważać na oba lusterka w aucie i jeździć non stop na drugim biegu (oczywiście wszędzie jednokierunkowe). Kostkowa droga o 28%-owym nachyleniu, czyli tylko dla lokalsów; turysta na takiej drodze wkomponuje się swoją bryką w kamienicę na dole lub z boku. Hehe. Mój rower jedzie w dół, choć koła się nie kręcą.

 Dzisiejsza sjesta na kempingu w Santa Lucia u podnóża San Gimignano, które to miasto będę podziwiał na spokojnie jutro.

 

PIZA

 

KRAJOBRAZY TOSKANII

 

VOLTERRA



 

TOSKANIA – CIĄG DALSZY