Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 9

>>>

[more]

Dzień 9

Etap 9

 10 lipiec 2011, niedziela

Erlberg / Zeller See – Amlach


(Erlberg – Fusch a. d. Glocknerstrasse – Großkirchheim – Winklern – Lienz – Amlach)

92 km

czas jazdy  7:06

średnia prędkość  12,9 km/h

prędkość max.  71 km/h (zjazd z Hochtor)

przewyższenie  2.488 m

wysokość max.  2.575 m n.p.m.

wysokość min.  673 m n.p.m.

podjazd max.  16 % (końcówka pod Hochtor)

zjazd max.  12 %

temp. max.  34*C !

temp. rano  19*C

temp. na Hochtorze  21*C

 

Podjazd na rowerze z 4 sakwami ważącymi ponad 30 kg drogą alpejską Großglockner Hochalpenstraße na przełęcz Hochtor,  z wysokości 750 m n.p.m. do 2.575 m n.p.m. (powyżej szczytu Rysów), o nachyleniu przeważnie 9-11 %, to samobójstwo! I ja je wykonałem… I żyję:)

 Regularne treningi, dieta i systematyczność w przygotowaniu formy na tą wyprawę opłaciły się. W połowie podjazdu dojechałem do kolarza na wypasionej kolarce i bagażu w postaci 1 bidonu. Co chwilę, tzn. co około 50 przewyższenia podjeżdżał do auta, które zawsze na niego czekało. Siadłem mu na kole. Wyglądał na fachowca. Był bardzo zdziwiony, później już zły, że nie może mi odskoczyć. Na 200 m przed ostatnim tunelem do Hochtor przeskoczyłem go. Przy wjeździe do tunelu obejrzałem się – pakował się do auta, choć zostało mu kilkaset metrów do końca. Hehe, no musiałem się pochwalić, nie byłbym sobą;)

 Wjeżdżając cały czas miałem podgląd sytuacji na alimetrze. Rozłożyłem siły jak należy. Jednak nie przewidziałem jednego. Myślałem, że po osiągnięciu szczytu, potem będzie już tylko zjazd i zjazd i lajt. No jasne… ;/ Zjazdy były, ale takie z „zapasem”, z dwoma „zapasami”.  Pierwszy to ponowny podjazd pod Heiligenblut. Drugi, masakryczny – zważywszy że dałem z siebie wszystko – pod Iselberg.

 Po drodze zaszalałem. Nie bacząc na cenę zamówiłem sobie w małej restauracyjce (w małym uroczym miasteczku, już po zjeździe z Hochalpenstraße) potężny sznycel (Butschal Schnitzel Wiener) z kartoflami, zieloną sałatą, pomidorami i pikantną sałatką z cebuli, ogórka kiszonego, kopru i czegoś tam jeszcze (pyszne). Myślałem, że nie dam rady zjeść. Sam sznycel był wielki jak bochen chleba. Wypas.

 A’propos wypasu. Takie piwo na przykład na stacji benzynowej 2-3 € za butelkę, w sklepie około 1,5 €, najtaniej na stacji Billa (benz. + shop) – niecałe 1 €, nawet 0,70 €. A piwko Austriacy potrafią robić, oj potrafią.

 Dzisiaj nocuję na kempingu w Lienz, a dokładnie w Amlach. Granicę pola namiotowego stanowi pionowa ściana góry Spitzkofel (2.718 m!). Czuję się jak mrówka-rowerówka co śpi sobie w cokoliku przy ścianie;)

 No a teraz najważniejsze – krajobrazy. Nie będę ich opisywał. I tak żadne słowa tego nie oddadzą, po prostu nie oddadzą;)

 

POCZĄTEK PODJAZDU


 

BŁOGIE LENISTWO…


 

…I CORAZ BARDZIEJ MORDERCZE PODJAZDY


A TUTAJ WIDAĆ TO NA VIDEO

 

MÓJ PIERWSZY DWU-I-PÓŁ-TYSIĘCZNIK


 

FOTO ZROBIONE PODCZAS OBIADU Z PRZED STOLIKA RESTAURACJI

 

 

ALPEJSKIE SIÓŁKA

 

WINKLERN

 

SPANKO


Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 8

>>>

[more]

Dzień 8

Etap 8

 9 lipiec 2011, sobota

Golling – Erlberg / Zeller See


(Golling – Werfen – Bischofshofen – St. Johann im Pongau – Schwarzach – Taxenberg – Zell am See – Erlberg)

86 km

czas jazdy  5:25

średnia prędkość  15,0 km/h

prędkość max.  55 km/h

przewyższenie  1.391 m

wysokość max.  779 m n.p.m.

wysokość min.  446 m n.p.m.

podjazd max.  13 % (pod skocznię w Bischofshofen)

zjazd max.  13 % (j.w.)

temp. max.  35*C !

temp. rano  20*C

 

Kaca, o dziwo, nie ma. Towarzystwa też nie. Odjechali przed siódmą rano.

 Wciągam kaszkę bobovita i sporo chleba z dżemem. Chleb jest w Austrii tak smaczny, że można go jeść samego, ciężki, kleisty, mocno pachnący, sprzedawany na wagę, każdy bochenek oddzielnie ważony i broń Boże nie pakowany w folię, żeby nie gumowaciał, tylko w papierową torbę. Pojadłem, popiłem herbatą zieloną z żeńszeniem, poczułem wibracje, mogę pociskać;)

 Ruszam doliną w kierunku Villach. Wbijam oczywiście na „piątkę”, ze względu na krajobrazy i mniejszy ruch. Chociaż zapuściłem się na chwilę na drogę szybkiego ruchu, aby wbić się do 5.170 m długości tunelu, z ciekawości, na ryzyk-fizyk (zakaz dla rowerów).

 Wjeżdżam do słynnego Bischofshofen. Gdzie tu skocznia? Trzeba drałować 3 km pod 13%-ówkę. Chyba zwariowałem, że tam dziś cisnę łańcuch (zważywszy na jutrzejsze alpejskie podjazdy).

 W St.Johann próbuję znaleźć coś niedrogiego na obiad. Trafiam na turecką (chyba) knajpę i pochłaniam bigburgera z potężznymi frytkami i kolą za 5,80 €. Jak na tutejsze ceny to tanizna.

 Dojeżdżam do jeziora Zeller See. Na termometrze 35*C ! Jadę w samych szortach, pot kapie prawie ciurkiem z dłoni i brody.

 Nocuję na polu namiotowym u podnóża słynnej Großglockner Hochalpenstraße.


DROGA I LINIA KOLEJOWA SALZBURG-VILLACH-INNSBRUCK. AUTOSTRADA ZAKOPANA JEST W TUNELACH

 

ZAMEK HOHENWERFEN

 

MIASTECZKO WERFEN

 

SKOCZNIA NARCIARSKA W BISCHOFSHOFEN

 

PRZYKŁAD DWORCA, GDZIE KAŻDY PODJEŻDŻA SOBIE ROWERKIEM. NA PRZYSTANKACH W SZCZERYM POLU, GDZIEŚ PRZY JAKICHŚ SIÓŁKACH, TEŻ STOJĄ PO 2, 3 ROWERY W STOJAKACH, W WIĘKSZOŚCI NIEPRZYPIĘTE

 

ULICZKA W BISCHOFSHOFEN

 

ST.JOHANN IM PONGAU

 

JEZIORO ZELLER SEE


Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 7

>>>

[more]

Dzień 7

Etap 7

 8 lipiec 2011, piątek

St.Wolfgang – Golling


(St.Wolfgang – Strobel – St.Gilgen – Brunn – Salzburg – Hallein – Golling)

86 km

czas jazdy  5:15

średnia prędkość  16,3 km/h

prędkość max.  54 km/h

przewyższenie  760 m

wysokość max.  730 m n.p.m.

wysokość min.  422 m n.p.m.

podjazd max.  11 %

zjazd max.  26 %! (ścieżką dla pieszych ze wzgórza Mönchberg w Salzburgu)

temp. max.  32*C

temp. rano  19*C

 

W nocy była potworna wichura. Namiot trzepotał jak moja flaga podczas zjazdu z 12%-ówki. Ale byłem taki zmęczony, że nie chciało mi się nawet wyjść i sprawdzić, czy warto wbić linki naciągowe. A może taki sen tylko miałem… 😉

 Od rana zaczął działać licznik, sam z siebie, po prostu. Wczorajsze dane ustalę sobie na podstawie google map i GPSies.

 Dzisiejszy etap miał przebiegać (wg planu) aż do jeziora Zeller See, czyli początku drogi Großglockner Hochalpenstraße, ale że dotychczas podczas każdego dnia traciłem po około 10 km do planu, to musiałbym zrobić ze 160 km dziś. A że nazajutrz czekałby mnie morderczy podjazd, podzieliłem etap na pół i tyle.

 Dzień zaczynam od zwiedzenia St.Wolfgang i jeziora Wolfgangsee.

Wczoraj dotarłem tutaj bardzo późno i już nie miałem ochoty na obserwowanie okolicy, chyba że zeltplatzu (pola namiotowego). Potem St.Gilgen i gigantyczny wyciąg na Zwölferhorn.

 Docieram do Salzburga, najbardziej „klimatowego” miasta, w jakim w życiu byłem. Warto także było wspiąć się z całym majdanem na wzgórze Münchberg, skąd rozciąga się niewiarygodna panorama na Salzburg.

 

 W mieście jem obiad, hot-doga (smażona parówka w maleńkiej bułeczce) za 4 € (!), czyli jedyne 16 zł – a to najtańszy fastfood. Za to przepyszne olbrzymie lody po 2 € w lodziarni nad samą rzeką Salzach. Zagaduje mnie rowerzysta (Salzburg to miasto cyklistów), co prawda bez sakw, ale na sprzęcie obagażnikowanym jak należy. Pyta, pyta, w jego oczach widzę entuzjazm. Mówi, że w czerwcu zrobił 3 tysiące km po Europie. Rozmawiamy kaleczonym angielskim. I dopiero jak się rozstaliśmy załapałem, że na koniec pytał czy mam gdzie spać. Tępy jestem. Za słabo dukam. Języki… Muszę się wziąść za angielski jak chcę podróżować na jana.

 Podobają mi się tutejsze dziewczęta:) Austriaczki to zdecydowanie mój gust. Typowa Austriaczka, czy to 40-, czy 14-latka, jeździ na wyczynowym rowerze, ma łydki jak Florence Griffith-Joyner i chodzi w sukience. One nawet na rowerach śmigają w sukienkach;)

 Kolejna moja wędrówka to dolina rzeki Salzach, wzdłóż której zmierzam na południe Austrii.

 Nocleg: pole namiotowe na obrzeżach Golling u podnóża Hoher Göll. Może góra niewielka jak na Alpy, ale Rysy to przy niej pan pikuś. Pan, bo Rysy to przecież nie pikuś;)

 Więc popijam sobie Kaisera, pojadam ryż z sosem grzybowym naprędce upichcony, siedząc w otwartym namiocie, bo lekko mży, i cykam z wnętrza fotki. Podchodzi do mnie Anglik z naręczem Puntigamerów i proponuje swoje towarzystwo. Ciekawe czy jutro będę miał kaca? 😉 Jego żona (?) ślicznie się do mnie uśmiecha…


 ST.WOLFGANG I WOLFGANGSEE


 

 

SALZBURG

 

W DOLINIE RZEKI SALZACH

 

FOTO Z WNĘTRZA NAMIOTU


Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 6

>>>

[more]

Dzień 6

Etap 6

 7 lipiec 2011, czwartek

Asten – St.Wolfgang


(Asten – St.Florian – Kremsmünster – Gmunden – Ebensee – Bad Ischl – St.Wolfgang)

136 km

czas jazdy  8:14

średnia prędkość  16,5 km/h

prędkość max.  56 km/h

przewyższenie  1.297 m

wysokość max.  617 m n.p.m.

wysokość min.  244 m n.p.m.

podjazd max.  6 %

zjazd max.  6 %

temp. max.  33*C !

temp. rano  19*C

 

Dziś ciężki etap, ale najfajniejszy. Krajobraz zmienia się radykalnie. Jest zupełnie inaczej niż w Czechach. Tylko stawać i podziwiać. Góry, jeziora, droga gładka jak stół.

 Na 86 km pada mi licznik (czyżby od gorąca? – jest 33*C), działa tylko wysokościomierz i termometr. Trochę się wkurzam, bo nie wziąłem zapasowego. Teraz będzie jazda na wyczucie, bez statystyk,  i to przed najlepszymi górkami. Szkoda. Jedziesz, jedziesz, i nie wiesz nic. Z mapy naliczyłem 130 km wieczorem, sporo. Po powrocie wszystkie dane ustaliłem przez GPSies.

 W Altmünster zajeżdżam na „obiad” w postaci 2 paróweczek i garstki frytek – 7,20€. Masakra! 😉

 Nocleg na kampingu w namiocie nad samym brzegiem jeziora Wolfgangsee. Czad 🙂

 

RUCHOMA KONSTRUKCJA NA JEDNYM Z AUSTRIACKICH PODWÓREK

 

XI-WIECZNY KLASZTOR KANONIKÓW REGULARNYCH REGUŁY ŚW.AUGUSTYNA W ST.FLORIAN


 

1200-LETNI KLASZTOR KREMSMUNSTER

 

PRZEDALPY

 

GMUNDEN I JEZIORO TRAUNSEE

 

ALTMUNSTER

 

TRAUNKIRCHEN




 

EBENSEE

 



 

SALZKAMMERGUR




Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 5

>>>

[more]

Dzień 5

Etap 5

 6 lipiec 2011, środa

Třísov – Asten

 

(okolice Třísov – Český Krumlov – Rožmberk nad Vltavou – Vyšší Brod – Linz – Zwettl an der Rodl – Asten)

129 km

czas jazdy  7:50

średnia prędkość  16,4 km/h

prędkość max.  58 km/h

przewyższenie  1.593 m

wysokość max.  844 m n.p.m.

wysokość min.  288 m n.p.m.

podjazd max.  16 %! (uliczka w Třísov)

zjazd max.  8 %

temp. max.  28*C

temp. rano  20*C

 

Mam czegom chciał:) Jest i wspaniała pogoda, i są wspaniałe góry.

 Pierwsza awaria, na starcie, okazuje się fałszywym alarmem  – niewłaściwie zatrzasnąłem alimetr w uchwycie. Oby tak dalej (w kwestii nieawaryjności).

 W Českým Krumlovie wciągam stek z grilla przyrządzony w lokalny sposób. Świetny.

 Nocleg w namiocie na polu kempingowym na przedmieściach Linzu. Apropos namiotu: przed wyprawą szarpnąłem się i zaopatrzyłem się w Atacama Marabut. Jest genialny, 3-działowy; mam ogromną sypialnię z magazynkiem wzdłóż jednej ściany, gdzie skrupulatnie wszystko wypakowuję, aby mieć naoczny przegląd ekwipunku, komfort psychiczny i wszystko pod ręką; mam w środkowej części parking na rower, który mieści się w całości, lekko pochylony (weszłyby i dwa lekko); mam też, w trzeciej części, magazynek na sakwy, buty, pranie (gdyby na zewnątrz padał deszcz); jest też komin (w środkowej części namiotu można gotować przy zamkniętym namiocie w razie wichury lub ulewy); i co najważniejsze – porządną moskitierę. No i o czym się przekonałem wkrótce – żaden deszcz go nie rusza (po oberwaniu chmury stał sobie spokojnie na środku podeszczowej rwącej rzeki nadal suchutki w środku). Po spakowaniu zabiera niewiele miejsca, waży co prawda … (wiozę osobiście, więc moja wola), ale po rozstawieniu – willa kieszonkowa;)

 

ČESKÝ KRUMLOV


 

HRAD ROŽMBERK NAD VLTAVOU

 

NA GRANICY CZESKO-AUSTRIACKIEJ

 

DUNAJ  – DRUGA CO DO DŁUGOŚCI RZEKA W EUROPIE

 

LINZ

 

 

TAKICH ROND I DRÓG ROWEROWYCH JEST W AUSTRII WIELE



Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 4

>>>

[more]

Dzień 4

Etap 4

 5 lipiec 2011, wtorek

Počepice – Třísov


(Počepice – Milevsko – Týn nad Vltavou – Hluboká nad Vltavou – České Budějovice – Holašovice – Křemže – okolice Třísov)

124 km

czas jazdy  6:58

średnia prędkość  17,7 km/h

prędkość max.  56 km/h

przewyższenie  1.118 m

wysokość max.  595 m n.p.m.

wysokość min.  362 m n.p.m.

podjazd max.  13 %! (Noticka Vrchovina)

zjazd max.  13 %! (zjazd do Dívčí Kámen)

temp. max.  19*C

temp. rano  15*C

 

Pogoda zdecydowanie się poprawiła. Kieruję się nieustannie na południe wzdłuż rzeki Vltava. Zwiedzam Milevsko, Tyn i Hlubokę (tu jem obiad – bramborak, czyli wielki placek ziemniaczany smażony na smalcu, podany w wieprzowiną i řezané piwko). Oglądam z bliska elektrownię atomową. Potem kolejne miasto -České Budějovice.

 

NA GÓRZE NOCOWAŁEM, W HOSPUDCE NAD MIXEM


 

KRAJOBRAZY CZESKIEJ PAHORKATINY


 

MILEVSKO 


 

 TYN NAD VLTAVOU


 

ELEKTROWNIA ATOMOWA


 

HLUBOKA NAD VLTAVOU 


 

ĆESKE BUDEJOVICE


 

BUDEJOVICKA MUCHA


 

TA SAMA MUCHA


 

BUDEJOVICKIE SZTYWNIAKI


 

ŚREDNIOWIECZNY STYL WSI HOLASOVICE (SZKODA ŻE TE AUTA SZPECĄ) 


 

KRAJOBRAZ BLANSKIEJ VRCHOVINY – WIEŚ Křemže


 

ZAMEK Dívčí Kámen


 

 Nocleg znajduję pod Dívčí Kámenem, u jego zboczy, nad rzeką Vltavą, która jest tutaj jeszcze dziewicza (rezerwat Blansky). Rozbijam sobie namiot u jej brzegu, przyłączając się do licznej grupy pasjonującej się spływami pontonowymi. Są ogniska, piwko budejovickie z beczki, utopeńce ze słojów i kiełbaski z ognia. Niestety muszę zmykać spać, bo o szóstej pobudka – przede mną austriackie Przedalpy.




Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 3

>>>

[more]

Dzień 3

Etap 3

4 lipiec 2011, poniedziałek

Benátky nad Jizerou – Počepice


(Benátky nad Jizerou – Stará Boleslav – Brandýs nad Labem – Praga – Sedlčany – Počepice)

120 km

czas jazdy  7:56

średnia prędkość  15,1 km/h

prędkość max.  51 km/h

przewyższenie  1.093 m

wysokość max.  482 m n.p.m.

wysokość min.  175 m n.p.m.

podjazd max.  13 %! (Wysehrad w Pradze)

zjazd max.  14 %! (Wysehrad w Pradze)

temp. max.  19*C

temp. rano  15*C

 

Ale dzisiaj się spiłowałem. Ten rejon Czech to może niezbyt wysokie pasma górskie (do 500 m n.p.m.), ale non stop góra – dół, góra – dół. Co kilometr, dwa przewyższenie raz to 200, raz to 400 m.  Gdyby nie czarne, zamiast niebieskie, niebo, to pomyślałbym, że jestem już w Toskanii.

 Przez 3 godziny zwiedzałem Pragę. I tu mi się udało, bo cały dzień lało – oprócz właśnie Pragi. Bardzo kusiły mnie te restauracyjki na Starym Mieście praskim, ale ich elegancja idzie w parze z rachunkami. Nie uległem i nie pożałowałem, bo trafiłem na fajną gospodę, także w Pradze, ale na obrzeżach, w dzielnicy Braník, taką gospodę, w jakiej jedzą lokalsi. Co prawda kelnerka omijała mnie szerokim łukiem (albo nie lubią turystów, albo nieładnie pachniałem), ale po donośnym: „hej, piękna!” dostarczyła mi sążną porcję moravskiego vrabeca z knedlikami i piwkiem za jedyne 70 koron.

 A sama Praga? No co ja będę się rozpisywał… Piękna!

 Już daleko za miastem,  na zastavce (przystanku),  poznałem przemiła parę cyklistów. Lało potwornie. Dzięki nim (popilotowali mnie jakimiś nieoznakowanymi wyasfaltowanymi ścieżynkami) trafiłem na elegancki nocleg na poddaszu karczmy za przysłowiowe 2 grosze. Ugościła mnie nieopisanie miła i śliczna młoda Czeszka. No i jak tu teraz spać. Do poduszki jeszcze lokalne piwkoVévoda rozlewane w browarze Vysoky Chlumec w sąsiedniej wsi. I utopenec (w kubeczku plastikowym, kupiony na wagę z wielkiego słoja w sklepie, mlask).

 Jest tu tak cicho, spokojnie i sielsko, że posiedziałbym tu z miesiąc. Uwielbiam Czechy, ale te ustronne, swojskie, wiejskie.

 

CO MNIE URZEKŁO W PRADZE


 

NA MOŚCIE KAROLA


 

NAD VLTAVĄ KOŁO DAVLI 


 

CZESKA SIELSKOŚĆ I PRZESTRZEŃ


 

COŚ DO PODUCHY



Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 2

>>>

[more]

Dzień 2

Etap 2

 3 lipiec 2011, niedziela

Szklarska Poręba – Benátky nad Jizerou

 

(Szklarska Poręba – Harrachov – Desna – Tanvald – Železný Brod – Sobotka – Mladá Boleslav – Benátky nad Jizerou)

134 km

czas jazdy  8:05

średnia prędkość  16,5 km/h

prędkość max.  52 km/h

przewyższenie  1.658 m

wysokość max.  888 m n.p.m.

wysokość min.  225 m n.p.m.

podjazd max.  9 %

zjazd max.  17 %! (wąskie uliczki kamienic w Benátky nad Jizerou)

temp. max.  14*C

temp. rano  8*C

 

Jeżeli wczoraj mówiłem, że jest zła pogoda, to się myliłem. Wczoraj była trochę zła. Dziś jadę przez cały dzień w ulewie, wiatr wieje w twarz siekąc to deszczem, to gradem. I jest zaledwie 8 st.C. Dopiero na nizinach, w ostatniej godzinie jazdy, podskakuje do 14 st.C. Nie robię prawie przerw, nie zajeżdżam na  obiad na knedliczki – nie chcę ostygnąć i jechać zlodowaciały od zimnych kompresów, które miałbym wtedy na sobie. Zatrzymuję się tylko na minutę, dwie, aby pożreć kromkę chleba z wpakowanym do niej dżemikiem lub miodkiem z opakowania jednorazowego – krzepi natychmiast. Jeszcze nigdy tak mi nie smakowała pajda z marmoladą.

 Po drodze dwa razy mijam sakwiarzy. Jeden ciśnie pod górę w kierunku Polski, ja pędzę w dół – nie pogadamy. Drugi to emeryt z czeskiej Sobotki. Nie zważając na paskudną pogodę objeżdża sobie okolice. Wskazuje mi drogę, jakiś czas jedziemy razem.

 Nocleg: tani penzion w miasteczku.

 

ROVENSKO POD TROSKAMI


 

KRAINA ČESKY RAJ


 

WIDOK NA ZAMEK HUMPRECHT 


 

HRAD KOST 


 

Przez Alpy do Toskanii Tour 2011 – dzień 1

>>>

[more]

Dzień 1

Etap 1

 2 lipiec 2011, sobota

Lubin – Szklarska Poręba


(Lubin – Legnica – Złotoryja – Świerzawa – Kaczorów – Jelenia Góra – Szklarska Poręba)

112 km

czas jazdy  6:39

średnia prędkość  16,9 km/h

prędkość max.  49 km/h

przewyższenie  1.145 m

wysokość max.  643 m n.p.m.

wysokość min.  136 m n.p.m.

podjazd max.  8 %

zjazd max.  9%

temp. max.  16*C

temp. rano  9*C

 

Jest zimno, pada deszcz i wieje porywisty wiatr prosto w twarz, nie wyspałem się, jestem zmęczony ciężkim tygodniem, wczoraj miałem ostre spięcie w pracy, mam ochotę spać przez całe te pięć tygodni urlopu, który wywalczyłem. Ale jadę…!

 Pewnie mi odbiło, ale jadę poprzez Alpy austriacko-włoskie do słynnej Toskanii, której bezkresne zielone krajobrazy działają ponoć na zmysły jak balsam na umęczone tęsknotą i rozmyślaniem komórki mózgowe. Mam nadzieje, że wrócę o własnych siłach, a nie w czarnym worku jako bagaż czarnego Rovera (rołwera).

 Ale dobra – jadę! Jak nie ja, to kto? A to już jest inna wyprawa niż poprzednie. Każda była inna. I nie chodzi tu o mapę.

 Pierwszy mój wyjazd, dookoła Polski, samotnie, to był mój, jakby to ująć, bunt przeciwko niesprawiedliwości natury, a jednocześnie pokłon w stronę jej siły i piękna. Wskoczyłem wtedy na rower jak szamoczący się w uwięzi durny mały niekochany psiak, który dał się wskutek własnej spontanicznej decyzji porwać w przestworza drapieżnemu olbrzymiemu ptakowi. I leciałem. Leciałem. I w dupie miałem, że coś może mi się stać. Niech zginę. Chciałem nawet zginąć. Byłem szczęśliwy w swoim masochizmie, swoistym samoumartwieniu-samoożywieniu. Było pięknie.

 Drugi wyjazd, czyli Słowiański Tour, to była wyprawa partnersko-kumpelska. Miało być dziarsko, raźnie i zajebiście. Pojechałem z Emilem. I faktycznie było zajebiście. Emil, dzięki, stary. Nie zapomnę tego.

 No a ten wyjazd? Ten wyjazd to też coś innego. To jest ciekawość świata, tego co jest daleko, co jest nieznane, czego może nigdy bym nie zobaczył. Nie interesują mnie za bardzo wczasy z biura podróży. Leżenie przy hotelowym basenie z drinem też może być OK, ale ja chcę zobaczyć, poczuć, jak żyją ludzie gdzieś tam, daleko daleko, chcę znaleźć się wśród lokalsów – lokalsów czeskich, lokalsów tyrolskich, toskańskich, śródziemnomorskich. Chcę z nimi jeść owoce morza i patrzeć im w oczy, obserwować. Chcę oglądać krajobrazy. I chcę czuć się zjebaany na maxa, patrzeć w niebo i ryczeć z radości. I wiem, że tak będzie. Dlatego jadę.

Ogólny zarys trasy wisi od dawna na mojej ścianie i przedstawia się tak:


 

 Jestem teraz w pokoju na kwaterze w Szklarskiej Porębie. Znam te rejony doskonale, trasę dojazdu z Lubina również. Co prawda miałem dojechać do Tanvaldu w Czechach, ale jest niezbyt sprzyjająca pogoda (mówiąc delikatnie), więc na dziś wystarczy. Nie mam też specjalnie ochoty spać w namiocie, kiedy temperatura w nocy będzie zbliżona do 0. Może jutro będzie cieplej.

PS. Śpię w tym samym pokoju, w którym przed dwoma laty stoczyłem całonocną bitwę  z tarantulą;)

 

MINĘ MIAŁEM NIETĘGĄ


 

PIERWSZY ODPOCZYNEK


 

KARKONOSKIE STADKO


 

PRZED PIERWSZYMI GÓRAMI



Cyferki i cyfry wyprawy Słowiański Tour 2010

>>>

[more]

Uczestnicy:   Jarosław BLARU Antoniak

.                          Emil YAMAROTTO Domińczak

Czas wyprawy:   32 dni

Czas jazdy:   31 dni

Dystans:   3.743 km

Najdłuższy etap:   146 km

Najkrótszy etap:   95 km

Średnia dzienna:   120,7 km

Kilometry w Polsce:   2.824 km  (75%)

Kilometry na Słowacji:   561 km  (15%)

Kilometry w Czechach:   319 km  (9%)

Kilometry w Niemczech:   39 km  (1%)