Polish Border Tour 2009 – Dzień 24

Dzień 24 wyprawy – etap 23 jazdy

[more]

Etap 23

20 lipiec 2009, poniedziałek

Tylmanowa – Witów

(Tylmanowa – Krościenko nad Dunajcem – Szczawnica – Lešnica – Velký Lipnik – Cerveny Kláštor – Niedzica – Łapsze – Białka Tatrzańska – Bukowina Tatrzańska – Zakopane – Kościelisko – Witów)

113 km

 

To co dzisiaj widzę i podziwiam przebija wszystko (no może poza moimi wędrówkami z Kaczuszką, a później z bratem, po Tatrach swego czasu).

Na dzień dobry, przed wyruszeniem, kolejne łatanie przebitej dętki, już nie wiem który raz, z dziesiąty będzie. Ale nic to.

Jadę w górę Dunajca do Krościenka, dalej do Szczawnicy. Faktycznie ładnie tu, ale mi się jednak bardziej podobała Tylmanowa.

Od Szczawnicy zamierzam się kierować wg planu na Nowy Targ i dalej do Zakopanego (główną drogą). Jednak za radą jednej osoby zmieniam radykalnie trasę i… to co widzę przez najbliższe 80 km nie jestem w stanie przekazać słowami. Jadę rozmyślnie bardzo bardzo powoli, żeby mi nic nie umknęło. Jaka szkoda, że dzień jest taki krótki, a ja muszę zmierzać dalej. Ale do rzeczy: ze Szczawnicy do słowackiej Leśnicy prowadzi rowerowa alejka wzdłuż głębokiej kotliny Dunajca, między lesisto-skalistymi Pieninami a skalistą pionową ścianą jednej z gór Beskidu Sądeckiego. Dalej jadę po stronie już słowackiej wąziusieńką wiejską uliczką (super nawierzchnia) masakrycznym podjazdem (ponad 13% średniego nachylenia na 4 km). Na szczycie powyżej miejscowości Velky Lipnik (do której zjadę za chwilę masakrycznym pędem) jest punkt obserwacyjny jakiego jeszcze nie widziały moje oczy. Widać góry zewsząd dokoła. Za plecami, tzn. na północny wschód, Przechyba oraz inne olbrzymy Beskidu Sądeckiego. Na wschodzie i południu Beskidy Słowackie, równie wielkie. Na zachodzieTatry (uuoooo…). Na północny zachód Pieniny. I jeszcze bliżej północy Gorce.

Docieram do wsi Cerveny Klastor i znów podążam wzdłuż Dunajca, słowacką stroną tym razem, gdzie, aż do przejścia granicznego w Niedzicy, oglądam atrakcje tego miejsca, między innymi spływ Dunajcem na tratwach z tyczkarzami.

Po około 30 km jazdy na Słowacji wracam do Polski (bo to przecież Polish Border Tour). Wysoko położonymi, już tatrzańskimi, wsiami pnę się powoli do Białki Tatrzańskiej, a następnie do Bukowiny Tatrzańskiej, gdzie zasiadam wygodnie na ławie na wprost samiuśkich Tater, zajadając płonący kociołek, specjalność miejscowej karczmy.

Dalej podążam do Zakopanego, najwyżej położoną drogą, jaką tylko można jechać, tzn. przez Toporową Cyrhlę i Jaszczurówkę. Robię sobie dłuższą przerwę na Krupówkach, gdzie zaopatruję się, rzecz jasna, w oscypki. Wieczorem będą pyszne z piwkiem. Ale dziś nie nocuję w Zakopanem. Jadę kilkanaście kilometrów dalej do Witowa tuż przed Chochołowem, gdzie jest spokojniej i taniej.


PIENINY – DROGA ROWEROWA NA SŁOWACJĘ 



 SPISKA MAGURA (W DOLE PIENINY)


 

SPISKA MAGURA (W DOLE SŁOWACKIE MIESTECZKO VELKY LIPNIK, W ODDALI TATRY)


 

SPŁYW DUNAJCEM

 

 

WIDOK Z BUKOWINY TATRZAŃSKIEJ NA TATRY

 

OSCYPKOWE ZAKUPY


 

Polish Border Tour 2009 – Dzień 23

Dzień 23 wyprawy – etap 22 jazdy

[more]

Etap 22

19 lipiec 2009, niedziela

Folusz – Tylmanowa

(Folusz – Gorlice – Szymbark – Grybów – Nowy Sącz – Stary Sącz – Gołkowice Górne – Gaboń – Gołkowice Dolne – Łącko – Tylmanowa)

114 km

 

Dzisiaj najcięższy, ale i najpiękniejszy krajobrazowo etap (jak się okaże). Pierwsze 4 godziny jadę w ulewie, w dodatku wprost pod silny porywisty wiatr, który siecze wodą po twarzy i momentami zatrzymuje rower niemal w miejscu. Na domiar złego łapię gumę. Dłonie mam tak skostniałe, że z trudem udaje mi się naprawa.

Podczas zwiedzania Nowego Sącza powoli się wypogadza, choć wiatr nie ustaje. Jem obiad na tarasach przy ratuszu – tak pięknych nie ma chyba w rynku żadnego miasta w Polsce.

Z sentymentu podjeżdżam do Gołkowic Górnych nad potok Jaworzynka. W dzieciństwie hasałem tu po górskich łąkach z Hanią, nakłuwając poziomki na źdźbła trawy i plotąc wianki ze stokrotek. Rozpoznaję miejsce choć minęło już ponad 20 lat. Niestety nikt już z tamtych osób tu nie mieszka, a na „naszej” łące postawiono domki kolonijne dla dzieci.

Od tego miejsca, jadąc w kierunku Szczawnicy, rozpoczyna się prawdziwa gratka dla oczu i duszy. Droga wiedzie cały czas wzdłuż samego Dunajca. Po obu stronach wyłaniają się coraz to nowe pasma wysokich gór. Jadę bardzo powoli, napawając się doskonałym krajobrazem, skończenie pięknym. To najbardziej malownicze 30 km od kiedy wystartowałem z Lubina. Nie jestem w stanie tego nawet opisać.

A miejscowość, w której nocuję za jedyne 20 zł, to najpiękniej położona wieś, jaką kiedykolwiek widziałem, Tylmanowa. Ponoć w Krościenku i Szczawnicy jest jeszcze ładniej (gdzie będę jutro), ale ciężko mi sobie wyobrazić, że może być  j e s z c z e  ładniej niż tu. Dunajec płynie przez podwórza niemal, z lewej strony Beskid Sądecki, z prawej strony Gorce, na wprost Pieniny. A myślałem, że naprawdę zaje***cie jest tylko w Tatrach 🙂


WYJAZD Z FOLUSZA

 

 

DUNAJEC

 

 

BESKID SĄDECKI



Polish Border Tour 2009 – Dzień 22

Dzień 22 wyprawy – etap 21 jazdy

[more]

Etap 21

18 lipiec 2009, sobota

Cisna – Folusz

(Cisna – Komańcza – Wisłok Wielki – Tylawa – Dukla – Równe – Wietrzno – Toki – Nowy Żmigród – Folusz)

111 km

 

Dziś już nie mam takich stromizn. Kilkanaście kilometrów i wyjeżdżam z Bieszczad. Dalej jadę u podnóża Beskidu Niskiego. Od Dukli zmieniam plany i zjeżdżam niemal całkiem z gór do Równego. I było warto. Między Równem a Wietrznem nad rzeką Jasiołką przeprawiam się przez wąziutki (1m) linowy mocno rozhuśtany most.

Często przypadek decyduje o tym, czego doświadczamy, bo wcale nie planowałem tędy jechać, ani też nie wiedziałem o jego (mostu) istnieniu, a… klimat na maxa.

Jadę wsiami Wietrzno, Łęki Dukielskie, Kobylany i rozkoszuję się panoramą, którą mam z lewej strony, czyli Beskidem Niskim (może i niezbyt wysoki, ale piękny).

I także zupełnie z przypadku, bo tak akurat sobie wyliczyłem długość etapu, trafiam do miejscowości Folusz, maleńkiej wsi nieco odległej od głównej drogi, wbitej jakby w pasma górskie. Zapiera mi dech z wrażenia. Miejsce zupełnie niedoceniane przez turystów (może to i dobrze).

Na kolację jem smażonego pstrąga, którego można sobie samemu złowić w zaporze przy potoku na terenie przeuroczej kafejki u podnóża g. Wętkowej. A stoliki są tu nie jeden przy drugim, ale w odległościach kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu metrów od siebie, pośród zakamarków 4 małych stawików, strumienia Rzeszówka, huśtaweczek, drzewek, krzewów… bajka:)

 

MOST W RÓWNEM


 

CERKIEW W KOMAŃCZY

 

 

CERKIEW W DALIOWEJ

 


 

FOLUSZ – ŁOWISKO RASTAURACJA


 

Polish Border Tour 2009 – Dzień 21

Dzień 21 wyprawy – etap 20 jazdy

[more]

Etap 20

17 lipiec 2009, piątek

Wołkowyja – Cisna

(Wołkowyja – Bukowiec – Czarna – Lutowiska – Ustrzyki Górne – Wetlina – Kalnica – Cisna)

98 km

 

Dzisiaj jazda non stop serpentynami, niekończącymi się serpentynami. Może nie ma kilkunastoprocentowych stromizn, ale wielokilometrowe wspinaczki i zjazdy, bez wypłaszczeń, robią swoje. Już po 40-50 km mam nogi z waty. A przecież jechałem już etapy po 150 km. Robię dużo przerw i piję bardzo dużo wody, no i jakoś jadę dalej.

Bieszczady są czadowe. Na każdym kilometrze cudne strome zielone zbocza i wzgórki. Co chwilę przystaję, już nie tylko po to, żeby odpoczywać, ale napawać się przyrodą. Jest przepięknie. Najchętniej zostałbym tu na miesiąc, aby spacerować po górach.

Docieram do Cisnej. Jakimś cudem trafiam na najładniejszą stancję w okolicy (jak twierdzili turyści i jak sam się przekonuję). Pokoik z własnym prywatnym ogródkiem, huśtawką, mostkiem, bajorkiem, kącikiem grillowym z prawdziwego zdarzenia, i co najważniejsze – z miłym towarzystwem obok. Płacę niedrogo, więc po co mam się męczyć w namiocie:)

 

BIESZCZADY



 

 

POŁONINA CARYŃSKA

 


 

Polish Border Tour 2009 – Dzień 20

Dzień 20 wyprawy – etap 19 jazdy

[more]

Etap 19

16 lipiec 2009, czwartek

Krasiczyn – Wołkowyja

(Krasiczyn – Bircza – Sanok – Zagórz – Lesko – Glinne – Myczkowice – Bóbrka – Solina – Myczków – Polańczyk – Wołkowyja)

115 km

 

Wstaję bardzo wcześnie. Nie mogę się już doczekać słynnej długiej serpentyny między Tylawą a Sanokiem. Jest zajebista, długi 6-, może 7-kilometrowy podjazd, później wspaniały zjazd  pełen pięknie wyprofilowanych 180-stopniowych zakrętów. Ale o dziwo nie jest to najtrudniejszy podjazd. „Najgorszy”, bodaj 11% nachylenia na całej długości 1,8 km, jest przed Birczą. Rzeźnia! Ale to lubię 🙂

Zwiedzam po drodze Sanok z fajną rynkową uliczką pełną kafejek, jednak zbyt hałaśliwą jak dla mnie (wszędzie słychać auta).

No i w końcu jeziora Myczkowskie i Solińskie, zewsząd otoczone zielonymi wzgórzami, górami. Cichutkie j. Solińskie z błękitniutką wodą i prześwitującym dnem, a w tle bieszczadzki krajobraz. I można w nim pływać rozkoszując się widokami. Szkoda tylko, że jest tu tak wiele ludzi, zwłaszcza w Polańczyku.

Dziś stacjonuję w Wołkowyi, leżącej również nad Soliną, a nie muszę drogo płacić i przepychać się przez tłumy. Cicha, spokojna miejscowość nad samym jez. Solińskim wśród wzgórz.

 

JEZIORO MYCZKOWSKIE


 

 POLAŃCZYK

 

JEZIORO SOLIŃSKIE



 

PIKNIK NAD SOLINĄ

 

Polish Border Tour 2009 – Dzień 19

Dzień 19 wyprawy – etap 18 jazdy

[more]

Etap 18

15 lipiec 2009, środa

Pizuny – Krasiczyn

(Pizuny – Narol – Dębiny – Łówcza – Płazów – Cieszanów – Lubaczów – Laszki – Jarosław -Radymno – Przemyśl – Krasiczyn)

138 km

 

Dzisiaj cały dzień tropikalny upał, ponad 30*C w cieniu. Jadę powoli, oszczędzam siły. Dużo przerw, napoje, lody.

Od Lubaczowa zmieniam plany i do Jarosławia zmierzam nie ruchliwą szosą przez Oleszyce, ale wiejskimi drogami. Upalnie, nieznośnie, ale przynajmniej spokojnie, a i nawierzchnia niezła.

W Jarosławiu zajadam wieprzowinę w bułce z cygańskiego taboru podziwiając ładny ryneczek.

Ale prawdziwa gratka czeka na mnie w Przemyślu. Zauroczyłem się tym miastem. Rynek robi na mnie większe wrażenie niż choćby Gdańska Starówka. Mnóstwo wieżyczek i baszt wśród krętych wąskich stromych uliczek. Aż chce się godzinami, godzinami spacerować za rączkę z ukochaną. No i jeszcze promenada wzdłuż Sanu z kawiarnią-tarasem wiszącą nad rzeką niemal.

Za Przemyślem zaczyna się to, na co czekałem już od dawna – podjazdy, prawdziwe podjazdy, zjazdy i serpentyny. To już przedsmak gór.

Dzisiaj nocuje w hoteliku nad samym Sanem. Piękna to rzeka, która wprawia w spokojny nastrój. Płynie leniwie pięknymi zakolami wśród lesistych wzgórz. I ten zielony, fosforyzujący kolor. San – sun (słoneczny).

Obok także most linowy nad rzeką, po którym gdy przejedzie auto, huśta się autentycznie tak, że trudno utrzymać równowagę idąc przezeń.

No i zamek,  słynny zamek-hotel w Krasiczynie.

Szkoda, że mam tak mało czasu, bo przyjechałem dopiero po 19-tej.

Rzeki wolniej dąrzą ku morzu, niż człowiek ku głębi.

 

MOST NAD SANEM W PRZEMYŚLU


 

PRZEMYŚL 


 

ZWIEDZANIE PRZEMYŚLA

 

SAN – OKOLICE KRASICZYNA


 

Polish Border Tour 2009 – Dzień 18

Dzień 18 wyprawy – etap przerwy

[more]

Dzień przerwy

14 lipiec 2009, wtorek

Pizuny


Dziś dzień przerwy od jazdy, ale nie dzień leżenia. Idę pieszo na Wolę Wielką, lasami Roztocza, przechodzę przez rzekę Tanew, gdzie trwają przygotowania do spływu kajakowego..

Docieram do Dębin, gdzie odnajduję swoje korzenie. Poznaję miłych ludzi – wszyscy to potomkowie rodzeństwa mojego dziadka, moja krew. Czuję taką błogość, taki spokój, że aż serce wzbiera. Nie brakło wspomnień i wzruszeń.

Późnym popołudniem wyruszam dalej na Jędrzejówkę, i dalej, przez Narol Miasto, do pałacu (gdzie mieszkała księżna Jadwiga Puzynianka za czasów młodości moich dziadków). Zwiedzam okolice pałacu. Jest piękny i ogromny. I mieszkala w nim tylko jedna starsza pani…

I znów podążam pieszo z Narola-Wsi do Narola Miasto, na Lipsko, w kierunku Łukawicy, i dalej borami do moich Pizunów.

W sumie nadreptałem dzisiaj jakieś 20-23 km. Czuję się spełniony – wspaniałe uczucie.

Acha, w puszczy jest zakon Sióstr Bernardynek, sztuk cztery 😉

 

NIE ZAMIESZKANA WIEŚ PIZUNY

 

 

MOJE MIEJSCE NOCLEGU – OPUSZCZONA GOSPODA 


 

PAŁAC W NAROLU

 


 

PIZUNY – KLASZTOR BERNARDYNEK


 

DĘBINY – ODNALEZIONA RODZINA TABAKÓW


 

DOM NA DĘBINACH


Polish Border Tour 2009 – Dzień 17

Dzień 17 wyprawy – etap 17 jazdy

[more]

Etap 17

13 lipiec 2009, poniedziałek

Chełm – Pizuny

(Chełm – Białopole – Hrubieszów – Tyszowice – Rachanie – Tomaszów Lubelski – Pasieki – Łosiniec – Maziły – Susiec – Paary – Narol – Pizuny)

151 km

 

Byłby to dzień tylko przejazdowy, bez większych atrakcji, gdyby nie jego końcówka.

Przejeżdżam przez Tomaszów Lubelski. Zamierzam kierować się na Narol i Dębiny, rodzinne miejscowości moich dziadków, jeszcze sprzed wojny. Początkowo kieruję się nowiutką rowerową drogą na Susiec, lecz w połowie drogi skręcam w lewo, bo mapa pokazuje, że jest tu jezdnia do Narola. Niestety – błąd kartograficzny – wjeżdżam w Puszczę Solską i błądzę leśnymi piaszczystymi drogami, którymi nie da się praktycznie jechać. po blisko trzech godzinach pchania obładowanego roweru, oblepiony potem i owadami, wychodzę na jakiś asfalt i już szosą, dookoła, jadę do Narola. Jest już bardzo późno. Muszę się uwijać, żeby znaleźć nocleg. Jedyny w Narolu to odremontowany pałac z horrendalnymi cenami. Ktoś mi podpowiada, że w lesie można przenocować w opuszczonej wsi Pizuny.

Wjeżdżam w las, jest już ciemno, ścieżyna prowadzi jakby do nikąd. Wreszcie widzę zabudowania, ale żywego ducha nie. To jakby wieś-widmo, wymarła czy opuszczona wiele lat temu. Wieś-zabytek, jakby zatrzymana w czasie sprzed 100 lat.

Nocuję na poddaszu w karczmie – taki szyld wisi nad drzwiami, ledwie się trzyma. Zupełnie jakbym cofnął się do innej epoki. Tylko nie ma ludzi… Jest tylko jeden człowiek, jedyny mieszkaniec, odludek, który odnajmuje mi nocleg za kilka złotych. Chyba tu zostanę jutro, zrobię sobie dzień przerwy od pedałowania i pieszo zwiedzę okolicę. W tych stronach żyli też przecież moi pradziadowie. Mam nadzieję, że w nocy nie powyłażą zombie z zakamarków tego tajemniczego miejsca. Mam też wrażenie, że to sen, ale to może wskutek przemęczenia – w końcu jadę już 17-ty dzień bez przerwy.

Wszędzie na półkach tajemnicze księgi, pożółkłe i stare, pisane w nieznanych przedziwnych językach, turecki, albański, hebrajski…, ciężko powiedzieć. Ciarki po plecach mi przechodzą.


Polish Border Tour 2009 – Dzień 16

Dzień 16 wyprawy – etap 16 jazdy

[more]

Etap 16

12 lipiec 2009, niedziela

Kodeń – Chełm

(Kodeń – Sławatycze – Hanna – Włodawa – Okuninka – Stary Sobibór – Wola Uhruska – Chełm)

124 km

 

Dziś przez cały dzień pada deszcz. Jadę cały dzień wzdłuż Bugu. Miliardy miliardy komarów. Trzeba cały czas jechać, bo do razu atakują spocone ciało.

W okolicach Wlodawy objeżdżam wokół jezioro Białe, ha ha ha, Mielno Lubelszczyzny, lepiej tego nie ujmę. Dookoła dziesiątki barów, pubów , klubów, fast-foodów i cała masa szpanujących dzierlatów.

Dalej podążam przez Bory Sobiborskie. Przejeżdżam, nie stając nigdzie, obok byłego obozu zagłady w Starym Sobiborze. Chyba za karę, że nie zatrzymałem się tu, w tym strasznym miejscu, łapię trzy gumy, jedną po drugiej, na piaszczystej drodze biegnącej borem i podczas napraw jestem żywcem pożerany przez plagi komarów. Ucieczka z Sobiboru! 😉

W końcu odbijam od Bugu i kieruję się na Chełm. Całkiem ładne miasto, choć pozbawione młodzieży, która zwiała przed biedą, która tu panuje. Nocuję w bardzo drogim hotelu w centrum, choć nie płacę drogo, bo mało gości i trafiłem na szefową, która widocznie lubi sport 🙂 Miłe zakończenie niezbyt udanego dnia.


KATEDRA W KODNIU

 


CERKIEW W SŁAWATYCZACH

 

 

BUG



Polish Border Tour 2009 – Dzień 15

Dzień 15 wyprawy – etap 15 jazdy

[more]

Etap 15

11 lipiec 2009, sobota

Dubicze Cerkiewne – Kodeń

(Dubicze Cerkiewne – Kleszczele – Grabarka – Sarnaki – Hołowczyce – Janów Podlaski – Neple – Terespol – Kodeń)

153 km

 

Dziś mała zmiana planów. Nie jadę przez Siemiatycze, ale wcześniej skręcam na Grabarkę i już dalej podążam wzdłuż Bugu.

 Święta Góra Grabarka – dla Prawosławian tym, czym dla nas Jasna Góra. Starutka cerkiew z mistycznym wnętrzem i w otoczeniu tysięcy gęsto usianych specyficznych drewnianych krzyży. Zawsze lubiłem świątynie z takim klimacikiem, ale ten tutaj jest niewypowiedziany, niesamowicie majestatyczny, mimo niewielkiego wnętrza. I ten zapach kadzidła i jeszcze czegoś nieznanego, co wywołuje gęsią skórkę.

 Zmierzam dalej poprzez bardzo liczne i maleńkie wioseczki barwiące się nieopodal Bugu niczym koraliki nanizane na 100-kilometrową wstęgę rzeki.

 Dziś odpoczywam w domu zakonnym braci oblatów przy sanktuarium Marii Niepokalanej w Kodniu. Jest tu strefa ciszy, więc chodzę na paluszkach, ale i tak słychać każdy szmer 😉

 Katedra katolicka obok cerkwi – obie piękne. A tuż obok, bliziutko, płynie sobie leniwie i dostojnie Bug.

 

ŚWIĘTA GÓRA GRABARKA

 

 

CERKIIEW W KLESZCZELACH

 

 

CERKIEW W GRABARCE

 

 

 CERKIEW W KODNIU

 

 

NOCLEG 15 ETAPU