Norweski Tour 2018 – dzień 8

>>>

[more]

Dzień 8

Etap 6

21 sierpień 2018, wtorek

Lærdal /przy fiordzie Værdalsfjorden/ – Skjervheim /przy jeziorze Myrkdalsvatnet/


ŚWIETLIKI – „NIEBIESKIE SŁOŃCE”

flaga-norwegii-ruchomy-obrazek-0007

(Lærdal – Aurland – Flåm – Gudvangen – Brekke – Skjervheim)

53,3 km

(łącznie 517,6 km)

start godzina 8:55

meta godzina 17:20

czas jazdy optymalny 3:50 h

czas etapu 8:25 h

średnia prędkość 13,9 km/h

prędkość max 57,36 km/h

suma podjazdów 799 m

wysokość max 400 m n.p.m.

wysokość min 1 m n.p.m.

wysokość start/meta 1/242 m n.p.m.

różnica wysokości 399 m

podjazd max 26%!

zjazd max 16%

temperatura rano 14°C

temperatura min 12°C

temperatura max 16°C


Najbardziej popieprzony dzień tej wyprawy. Kiedy startuję z kempingu w Lærdal mam dwie ewentualności trasy – albo jadę przez 24-kilometrowy tunel albo wysokogórską trasą Erdalen. Mam już w nogach trochę podjazdów w Norwegii, a górska trasa wiedzie aż na 1400 metrów nad poziomem morza (nie mam dziś na to zapału), więc decyzja – jadę do tunelu.
Przed wjazdem do niego ustawiam się tradycyjnie na stopa, no bo zakaz dla rowerów. No i stoję, stoję,  stoję…
Już południe, ja stoję nadal, jest piękna słoneczna pogoda, a ja jak na złość tkwię w miejscu. Zmieniam plan. Przenoszę się na przystanek kilkaset metrów poniżej, bo za pół godziny leci autobus do Bergen.
Kiedy do niego wsiadam, podejmuję szybką decyzję – jadę od razu do Gudvangen. Będą tego plusy i minusy. Plusy: pokonuję za jednym zamachem trzy nieprzejezdne dla rowerów tunele (24-, 5- i 12-kilometrowy), przemierzam 53 km trasy do Ålesund i jestem bliżej mety, mam już wszystkie nieprzejezdne tunele z głowy aż do końca wyprawy. Minusy: świadomość, że w tym wszystkim nie chodzi o jazdę autobusem, omijam takie fantastyczne miejsca jak Aurland i Flåm (zdjęcia mogę robić jedynie przez szybę). Poszedłem na kompromis i mimo wszystko nie żałuję. Miałem jechać jedynie do Flåm i nazajutrz znów pół dnia stać na stopa lub bulić za autobus? Elegancko jest. I już.
Wysiadam za tunelami i mogę sobie spokojnie podążać dalej, choć już czternasta godzina. Po niedługiej jeździe trafiam na sugestię na znaku drogowym, aby nie jechać kolejnym tunelem (choć nie ma zakazu), tylko alternatywną lokalną dróżką pieszo-rowerową. Tak czynię. A tu makabra. Dwukilometrowa serpentyna w górę o nachyleniu od 15- do 24 procent! Trzeba pchać rower. Wdrapuję się na górę trzysta metrów wyżej, po drodze mając oczywiście przepiękne panoramy, i dojeżdżam znów do głównej drogi. Skręcam na zachód, wjeżdżam w kolejny tunel, pędzę w nim przez sześć kilometrów w dół i… wyjeżdżam w tym samym miejscu, w którym byłem przed godziną, czyli na rozjeździe „tunel/lokalna”! Jestem bliski załamania. Ale to tylko moment. Już po chwili z powrotem z zaciśniętymi zębami cisnę do góry, tym razem nie lokalną szaloną serpentyną, ale długim tunelem o nachyleniu pięć procent. Kiedy docieram na górę jestem mokry i wykończony jak szmata.
Dalej już tylko spokojna, niedługa trasa do kempingu w Skjervheim, ze śliczną trawką, malowniczym  otoczeniem i pralką za dziesięć koron, z której nie omieszkam skorzystać.
Dziś pękło pół tysiąca kilometrów, co oznacza, że jestem już za połową trasy. Zajęło mi to sześć dni, a mam jeszcze siedem. I przypuszczalnie będę miał jeszcze dzień, może dwa zapasu w Ålesund.

 

 

 

 

PRZED DWUDZIESTOCZTEROKILOMETROWYM DYLEMATEM

 

 

FOTKA CYKNIĘTA NA PRZYSTANKU.  ŁADNIE OBRAZUJE PRZEJAZD AUTOBUSU Z LÆRDAL DO GUDVANGEN I PRZEBYCIE TRZECH NIEROWEROWYCH TUNELI

 

 OD TEGO MOMENTU ZDJĘCIA ROBIĘ Z AUTOBUSU.  AURLAND

 

AURLANDSFJORDEN

 

 

 

 

FLÅM

 

 

 

GUDVANGEN.  OD TEGO MOMENTU WRACAM NA ROWER

 

 

 

NÆRØYDALEN.  POCZĄTEK MAKABRYCZNEGO PODJAZDU

 

 

 

DWADZIEŚCIA CZTERY PROCENTY

 

 

 

 

JEZIORO OPPHEIMSVATNET, A W TLE KOLEJNE GÓRY

 

TAKIE TUNELE LUBIĘ – CHODNIK NA WYSOKIM KRAWĘŻNIKU (MOŻNA NIM SWOBODNIE JECHAĆ) I OŚWIETLENIE

 

JEZIORO MYRKDALSVATET

 

 A TU JUŻ MÓJ KEMPING W DOLINIE RZEKI W SKJERVHEIM

 

 

 


Norweski Tour 2018 – dzień 7

>>>

[more]

Dzień 7

Etap 5

20 sierpień 2018, poniedziałek

Krossbu /w górach Jotunheimen/ – Lærdal /przy fiordzie Værdalsfjorden/


LISA GERRARD – „TOO FAR GONE”

DO OBRAZKÓW TEGO DNIA PASUJE ZNAKOMICIE.

flaga-norwegii-ruchomy-obrazek-0007

(Krossbu – Turtargø – Åsete – Øvre Årdal – Årdalstangen – Lærdal)

93,5 km

(łącznie 464,3 km)

start godzina 8:00

meta godzina 18:10

czas jazdy optymalny 6:33 h

czas etapu 10:10 h

średnia prędkość 14,3 km/h

prędkość max 64,21 km/h

suma podjazdów 1.431 m

wysokość max 1.437 m n.p.m.

wysokość min 1 m n.p.m.

wysokość start/meta 1.269/1 m n.p.m.

różnica wysokości 1.436 m

podjazd max 15%

zjazd max 15%

temperatura rano 3°C

temperatura min 2°C

temperatura max 14°C


Totalne szaleństwo i hardcore. Co ja, kurwa, tu robię to nie wiem.
W nocy jest tak zimno, że zamykam się cały w śpiworze razem z głową i zaciskam ściągacz do końca. Przez dłuższy czas jest ciepło dzięki oddechowi, ale w pewnym momencie zaczynam zdawać sobie sprawę, że mam mokre ciuchy. Trzeba było wystawić chociaż nos, a tak: zawilgociłem wszystko parą i pozostała mi gimnastyka co kilka minut. W namiocie sześć stopni. Nie chce mi się sprawdzać ile jest na zewnątrz. Dodatkowy efekt robi fakt, że śpię na lodowcu.
Rankiem wyskakuję na jednym oddechu i zwijam majdan. Temperatura trzy stopnie o ósmej. Nie pada. Lekko wieje. Ale jest tak zimno… A ja nawet nie zdaję sobie sprawy z tego co mnie jeszcze czeka.
Od pola namiotowego dalszy podjazd w góry Jotunheimen, aż do wysokości ponad tysiąc czterysta metrów nad poziomem morza, a tu jedynie dwa stopnie celsjusza! I tak przez kilka godzin – podjazd, zjazd, podjazd, zjazd pasmem Dachu Skandynawii.
To nie koniec. Na przełęczy Tortargø skręcam w wąską prywatną drogę biegnącą znów wysoko w góry,  tym razem w masyw Hurrungane. Nadal strasznie zimno, a wilgotna wszystko przemaczająca mgła potęguje chłód. Nie mam czapki, tylko pelerynkowy kaptur pod kaskiem. Nie mam rękawic, jedynie bezpalcówki. Nie mam kominiarki. A na stopach jedynie sandały. Wieje, jest do południa dwa stopnie i poza nieludzkimi widokami jest nieludzka chujnia.
Kiedy myślę, że już, tuż, tuż został mi tylko zjazd do Øvre Årdal, po dwustu metrach zjazdu ponowna wspinaczka dwieście metrów w śniegi.
Wreszcie zjazd do fiordu – nieustanna dziewięcioprocentówka w dół z tysiąca trzystu metrów do zera. Zjeżdżając tak drżę i taki jestem skostniały, że nawet nie wiem czy trzymam kierownicę czy sama się trzyma dłoni. Pod koniec pędu wlatuję w deszcz i czternaście stopni celsjusza.
W samym miasteczku świeci słoneczko i jest bezwietrznie, ale ja jeszcze długo pozostaję ubrany we wszystko i zmarznięty. Aby się rozgrzać zachodzę do pizzerii i zamawiam najtańszą. Za około czterdzieści złotych dostaję olbrzymią pyszną margeritę i ku zdumieniu kelnerki pożeram ją w trzy minuty.
Teraz już tylko 35-kilowetrowy spacerek wzdłuż fiordowego jeziora do kempingu w Lærdal? Nic bardziej mylnego. Co prawda szosa biegnie obok wody, ale góra-dół-góra-dół, poza tym siąpi znów deszcz i wieje w twarz. No i te tunele. Przejeżdżam siedem z nich i normalnie włos się jeży – brak pobocza, zakrętasy i ryk silników ciężarówek.
Po dotarciu do ósmego tunelu następuje to co przeczuwałem – zakaz wjazdu dla rowerów. Cóż. Będę łapał stopa, no bo nie przejadę 6,6-kilometrową jamą z sześcioprocentowym podjazdem na całości. Zresztą „oko” czuwa przy wjeździe, a dwa tysiaki na drodze też nie leżą.
Stoję z godzinę i nic. Nikt nie staje, choć sporo kierowców kamperów wymownie rozkłada ręce, jakby chcieli, ale nie mogli. No właśnie. Przecież tu ciągła linia na poboczu, a nad głową kamera. Nikt tu nie stanie. No to zjeżdżam dwa kilometry niżej do przystani promowej i… zatrzymuje się pierwsze auto zjeżdżające z promu. Ledwo zdążyłem pozdejmować sakwy, nawet jeszcze nie wyciągnąłem kciuka, a tu cmyk, staje ciężarówka. Tir z pustą paką. I jedziemy. „-Łe-du-ju-from” – mówi. „-From-poł-land” – odpowiadam. A on: „-Gadasz…?”. Masakra, gostek z Polski na tirze mnie zabrał. I to skąd? Ze Ścinawy! Piętnaście kilometrów ode mnie. Szkoda żeśmy tylko sześć minut gadali, bo tyle trwała jazda.
A wysiadam przy samym kempingu w Lærdalsøyri po drugiej stronie tunelu.

 

RANKIEM OKAZUJE SIĘ, ŻE NIE BYŁEM TU SAM

 

NIEZWYKŁY MAJESTATYCZNY PEJZAŻ JOTUNHEIMEN

 

 

 

 

 

 

TYLKO NIE TRACIĆ WIARY…

 

 

 

 

NA DALEKIM PLANIE WIDAĆ MOST, DO KTÓREGO CISNĘ

 

 

 

 

 

 

 

KARETKA POGOTOWIA W AKCJI.

 

 

 

 

 

 

PRZEDE MNĄ WYBAWIENIE – MIASTECZKO ØVRE ÅRDAL I FIORD ÅRDALSFJORDUR

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

O, I TU SOBIE ODSAPNĘ

 


Norweski Tour 2018 – dzień 6

>>>

[more]

Dzień 6

Etap 4

19 sierpień 2018, niedziela

Nysætre /w górach Reinheimen/ – Krossbu /w górach Jotunheimen/


ŚWIETLIKI – „INCIPIT”

flaga-norwegii-ruchomy-obrazek-0007

(Nysætre – Bismo – Lom – Galdesanden – Bøvertun – Krossbu)

103,0 km

(łącznie 370,8 km)

start godzina 9:05

meta godzina 18:20

czas jazdy optymalny 6:39 h

czas etapu 9:15 h

średnia prędkość 15,5 km/h

prędkość max 56,64 km/h

suma podjazdów 1.452 m

wysokość max 1.269 m n.p.m.

wysokość min 363 m n.p.m.

wysokość start/meta 752/1.269 m n.p.m.

różnica wysokości 906 m

podjazd max 12%

zjazd max 12%

temperatura rano 9°C

temperatura min 7°C

temperatura max 15°C


W końcu dzień bez deszczu (choć nie cały). Ale za to nadal zimno. Przez chwilę, gdy wychodzi słońce, pojawia się piętnaście stopni, jednak ogólnie zdecydowanie poniżej dziesięciu!
 Połowę etapu cisnę w dół do malowniczej miejscowości Lom, która stanowi węzeł tras nr 15 i nr 55. W niej, o dziwo, otwarte sklepy spożywcze (w niedzielę w Norwegii?). Kupuję półkilową (tyle ma faktycznie) drożdżówkę i colę. A na stacji benzynowej za dwadzieścia koron hot-doga w dmuchanej bułce bez niczego, tak, bez niczego – sucha bułka i ciepła parówka. Na moje zdziwione spojrzenie pan wskazał półeczkę z sosami z cyklu „1001 smaków”. Porażka. Obok w sklepie paczka ośmiu parówek w tej samej cenie. Wiem, mogłem sobie ugotować, ale ja chciałem sobie zjeść fajnego hotdożka.
 Od Lom zaczynam mozolną i długą wspinaczkę drogą Sognefjell. Nazywana Drogą Przez Dach Norwegii, jest najwyżej położonym szlakiem drogowym w Skandynawii, wspinającym się na 1.434 m n.p.m. Ja docieram dziś do 1.269 m n.p.m., gdzie będę spał w namiocie przy schronisku górskim. Cena za namiot to sto koron, więc nie ma tragedii. Tylko ta temperatura (siedem stopni) i ten wiatr. Dookoła same skały i wodospady. Namiot rozbijam nad jakimś jeziorkiem lodowcowym. Mam nadzieję, że mnie w nocy nie zaleje, gdyby zaczęło padać, i że nie zamarznę. Ubieram na siebie wszystko co mam, bo przypuszczam, że może być koło… zera!

 

 

 

 

 

MARSMELLOWSY DLA TRZÓDKI

 

SZALONA RZEKA W CENTRUM MIASTA LOM

 

XII-WIECZNA ŚWIĄTYNIA TYPU STAVKIRKE W LOM.  JEST JEDNĄ Z NIELICZNYCH W NORWEGII, W KTÓRYCH ZDOBIENIA W KSZTAŁCIE GŁÓW SMOKÓW DOTRWAŁY DO DZIŚ

 

 

 

 

 

 

ŚNIADANKO

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

NOCLEG NA PŁYCIE LODOWCA.  PODŁOŻE Z DALEKA WYGLĄDAŁO JAK MOKRADŁO, Z BLISKA PRZECIWNIE – WE MCHU WIDAĆ KRYSZTAŁKI LODU.  CO CIEKAWE, TO MIEJSCE JEST OFICJALNYM POLEM NAMIOTOWYM, ZA KTÓRE MUSIAŁEM ZAPŁACIĆ W POBLISKIM SCHRONISKU

 


Norweski Tour 2018 – dzień 5

>>>

[more]

Dzień 5

Etap 3

18 sierpień 2018, sobota

Eidsdalen /nad fiordem Norddalsfjorden/ – Nysætre /w górach Reinheimen/

 

DAS MOON – „RAIN”

flaga-norwegii-ruchomy-obrazek-0007

(Eidsdalen – Grande – Geiranger – Flydal – Djupvasshytta – Nysætre)

70,7 km

(łącznie 267,8 km)

start godzina 9:05
meta godzina 17:25
czas jazdy optymalny 5:43 h
czas etapu 8:20 h
średnia prędkość 12,3 km/h
prędkość max 52,40 km/h
suma podjazdów 2.003 m
wysokość max 1.039 m n.p.m.
wysokość min 1 m n.p.m.
wysokość start/meta 133/752 m n.p.m.
różnica wysokości 1.038 m
podjazd max 15%
zjazd max 15%
temperatura rano 11°C
temperatura min 6°C
temperatura max 13°C


Dzisiejszy dzień to prawdziwa, najlepiej jak tylko można urealniona ucieczka z zesłania na daleką Syberię. Czegoś takiego jeszcze nie przeżyłem na żadnej wyprawie, a piszę to skonany jak zesłaniec. Przez większość dnia, a ściślej rzecz biorąc od wjechania w góry, tempertura sześć, siedem stopni! Do tego ulewa przez cały dzień od nocy do teraz (godzina dwudziesta). I wiatr nie do przezwyciężenia targający ponczem jak porwaną chorągwią, wiejący wprost na mnie z przodu. Do tego najpierw sześciusetmetrowy podjazd (i zjazd) do Geirangerfjordu, a następnie koszmarny podjazd z zerowego punktu nad poziomem morza do ponad tysiąca do jeziora Djupvanet (piekielna Droga Orłów). Płakałem na tym odcinku i tęskniłem za domem i rodziną. Z wysiłku, z paraliżującego zimna, z lęku: „a co, jak nie podjadę…?”. Już wiem dlaczego nie napotkałem przez wszystkie cztery dni żadnego sakwiarza, żadnego. Czy to jest kraj dla sakwiarzy? Poczekam z oceną na koniec.
Dzisiaj krajobrazy przecudowne, nierealne, jak ze snów. Nie byłem w stanie robić zdjęć nie tylko dlatego, że z wrażenia zapominałem, ale przede wszystkim nie miałem jak… Skostniałymi, nie czującymi palcami i dygoczącymi dłońmi? Zaparowanym z zewnątrz i od wewnątrz obiektywem? Kilka zrobiłem jakoś, inne zamieszczę być może na blogu na zasadzie zapożyczenia za zgodą i linkiem.
Nawet wysokościomierz zwariował i pokazywał raz dwunastoprocentowy zjazd, raz sześdziesięcioośmioprocentowy   podjazd na podobnie stromym odcinku i tak w kółko. Poprawnie jedynie sumował metry i tyle dobrze, bo wiedziałem ile jeszcze mam do pokonania przewyższenia.
Nie mam dziś weny na filozofie, może popiszę coś w domu… Mam teraz ochotę na czterdziestoośmiogodzinny sen.

 

GEIRANGERFJORD.  JEST NA TYLE GŁĘBOKI, ŻE MOGĄ DO NIEGO WPŁYWAĆ PEŁNOMORSKIE STATKI.

 

TRUDNO SOBIE WYOBRAZIĆ, ŻE WZDŁUŻ ŚCIAN FIORDU NA WĄSKICH WYSTĘPACH JESZCZE PRZED WOJNĄ W ODIZOLOWANYCH OD ŚWIATA FARMACH MIESZKALI LUDZIE.  DO DZIŚ KRĄŻĄ OPOWIEŚCI O DZIECIACH PRZYWIĄZYWANYCH DO PALIKÓW W FARMIE SKAGEFLA, ABY PODCZAS ZABAWY NIE SPADŁY Z URWISKA, ORAZ O FARMERACH BLOKUJĄCYCH GŁAZAMI ŚCIEŻKI, BY UNIEMOŻLIWIĆ PRZEJŚCIE POBORCOM PODATKOWYM.  OSTATNI MIESZKAŃCY WYPROWDZILI SIĘ STĄD DOPIERO W 1961 ROKU.

 

 

WRAZ Z DOTARCIEM W OKOLICE LODOWCÓW SPADŁA TEMPERATURA ODCZUWALNA.  BRRR… ALE ZA TO JAKIE WIDOKI.

 

 

 

 

 

 

 

 

KASKADY NA RZECE ODDA

 

 

STYRANY UŚMIECH

 


Norweski Tour 2018 – dzień 4

>>>

[more]

Dzień 4

Etap 2

17 sierpień 2018, piątek

Reistad /nad fiordem Romsdalfjorden/ – Eidsdalen /nad fiordem Norddalsfjorden/

 

ESBEN AND THE WITCH – „SMASHED TO PIECES IN THE STILL OF THE NIGHT”

flaga-norwegii-ruchomy-obrazek-0007

(Reistad – Innfjorden – Åndalesnes – Alstad – Valdall – Eidsdalen)

95,5 km

(łącznie 197,1 km)

 

start godzina 8:25

meta godzina 17:30

czas jazdy optymalny 6:08 h

czas etapu 9:05 h

średnia prędkość 15,5 km/h

prędkość max 55,34 km/h

suma podjazdów 1.559 m

wysokość max 895 m n.p.m.

wysokość min 3 m n.p.m.

wysokość start/meta 25/133 m n.p.m.

różnica wysokości 892 m

podjazd max 18%

zjazd max 20%

temperatura rano 12°C

temperatura min 12°C

temperatura max 16°C


Po dwóch dobach nieustannego deszczu w końcu przestało padać. Za to zaczęło wiać. A i przelotne deszczyki też popadują. Do południa zimno, jedyne dwanaście stopni. Po przyjeździe z tropikalnej Polski z ponad trzydziestostopniowymi upałami to jest nawet przyjemne. Zdecydowanie jest czym oddychać. Odpowiednia odzież termoizolacyjna, niezbyt długie postoje i nie ma problemu. (W tamtym momencie nie wiedziałem jeszcze nawet o czym mówię.)
 Tunele rozpoczęły się! Kilka już minąłem, jeden 2,6-kilometrowy miał nawet dość szeroki chodnik techniczny na dwudziestocentymetrowym murku, którym (dla bezpieczeństwa) nawet dało się jechac rowerem.
 Tuż przed Åndalesnes i poprzedzającym go 6,7-kilometrowym tunelem zatrzymuję się na chwilę widząc na mapie oraz przed sobą alternatywną trasę. Decyduje się na objazd, bo w tunelu nie ma pobocza. Nagle z tafli fiordu z motorówki zaczynają do mnie machać dwaj kolesie i podpływają do brzegu. „Nie jedź tędy – to ślepa droga. Nie jedź tunelem – to niebezpieczne. Wsiadaj do łodzi, popłyniemy do portu w Åndalesnes.” Dlaczego nie wsiadłem? To byłoby niezapomniane. Więc czemu nie wsiadłem? Może nie chciałem się komuś narzucać, może nie chciałem załadowywać tej małej łajbki z silnikiem całym tym moim klamoctwem z obawy, że coś wypadnie do wody. Wszystko to głupota. Trzeba było się ładować. A tak… pojechałem tym tunelem, który nie miał końca, a spaliny to już nosem wypuszczałem.
 Droga Troli, Trollstigen – nikt normalny tu się nie wypuszcza na rowerze. Makabryczny podjazd Drabiną Troli wąską szosą o nachyleniu dwunastu procent od wysokości niemal zerowej do ponad osiemset pięćdziesiąt metrów nad poziomem morza faktycznie przypomina wspinaczkę po dziewięciusetmetrowej drabinie. Przez środek biegnie wspaniały wodospad Stigfossen spadający z wysokości stu osiemdziesięciu metrów. Po przeciwległej stronie zbocza i drogi Troli wspaniałe szczyty górskie – Dronningen (Królowa), Kongen (Król) i Bispen (Biskup) – wszystkie tysiącsześćsetniki. O tym, że należy uważać na trole ostrzega znak drogowy, ponoć jedyny tego rodzaju w Norwegii.
 Z przełęczy Trollstigen długi, niezbyt stromy zjazd doliną Valldalen aż do poziomu morza. Zjazd na tyle długaśny, że po drodze zamarzam na kość, nie musząc prawie pedałować przez ponad godzinę przy czternastu stopniach celsjusza.
 Na dole moja pierwsza przeprawa promowa. Myślałem że zapłacę jak za norweskie zboże, a tu tymczasem nikt do mnie nie podszedł z kasą fiskalną kiedy zajęty byłem podziwianiem krajobrazów podczas czterokilometrowej przeprawy przez Norddalsfjorden.
 Dziś zasłużyłem sobie na odpoczynek na kempingu z ciepłym prysznicem. Poza tym wydałem tylko kilka koron, więc zmieszczę się w budżecie.
 Na kolację makaron wstążki z sosem grzybowym z torebki i z suszoną wołowiną plus barszczyk gorący kubek. Na deser suszone morele i nutella.
 Dwudziesta pięćdziesiąt, idę spać. Trzyba się zregenerować, a tu dopiero piętnaście procent trasy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Norweski Tour 2018 – dzień 3

>>>

[more]

Dzień 3

Etap 1

16 sierpień 2018, czwartek

Ålesund – Reistad /nad fiordem Romsdalsfjorden/


Drogi czytelniku. Zwróć uwagę na okienka z odniesieniem do YouTube. To nie jest spam. To ja wstawiam z namaszczeniem jak ścieżkę dźwiękową do obrazu kinowego. Mają (te okienka) olbrzymie znaczenie, bo wiążą się w znaczący sposób z treścią – wspomnieniem tego, czego doświadczałem i o czym myślałem w tamtej chwili. Dlatego, jeśli już jesteś tutaj i czytasz, to odpal też sobie nutkę i podgłośnij. Dziękuję.


FAUN – „NACHT DES NORDENS”

flaga-norwegii-ruchomy-obrazek-0007

(Ålesund – Spjelkavik – Sjøholt – Tresfjord – Krokset – Reistad)

101,6 km

start godzina 8:55

meta godzina 17:40

czas jazdy optymalny 6:19 h

czas etapu 8:45 h

średnia prędkość 16,1 km/h

prędkość max 48,52 km/h

suma podjazdów 1.234 m

wysokość max 339 m n.p.m.

wysokość min 1 m n.p.m.

wysokość start/meta 24/25 m n.p.m.

różnica wysokości 338 m

podjazd max 17%

zjazd max 7%

temperatura rano 13°C

temperatura min 13°C

temperatura max 16°C


„Dobrze jest wyjechać do kraju, o którym prawie się nic nie wie. Myśli wtedy cichną i stają się bezużyteczne. Wszystko trzeba
zaczynać od nowa. W kraju, o którym prawie nic się nie wie, pamięć traci sens. Można porównywać kolory, zapachy albo ja-
kieś nieokreślone wspomnienia. Życie robi się nieco dziecięce i trochę zwierzęce.”
(Andrzej Stasiuk „Jadąc do Babadeg”)

 Statystyki z dzisiejszego etapu łączę z wczorajszymi kilkoma kilometrami od centrum do kempingu.
 Poranek wita mnie deszczem, który pada nieustannie od mojego lądowania w Norwegii. Pobudka o szóstej i totalna niechęć do działania. Doleguję godzinę w nadziei, że przestanie padać. Wynurzam nos z namiotu – zimno, trzynaście stopni (przy naszych polskich trzydziestu wczoraj).
 No to jazda. Od początku mega widoki. Tu nie trzeba dojechać „Do” – od razu jest się w „W”. Ale jak tu cykać zdjęcia w tym kapuśniaku?
 Szukam gazu do kuchenki. Ponoć do dostania na każdej stacji benzynowej w Norwegii. Niestety – nie. We wszelkich sklepach faktycznie sprzedawcy twierdzą, że tylko na stacjach. Ale spośród ośmiu stacji, które mijałem, trzy były samoobsługowe, a na pięciu nie mieli, jedynie duże, jak do kamperów. A kupić mi się udało po osiemdziesięciu kilometrach w Tresfjord w sklepie dla majsterkowiczów. I co się jeszcze okazało przy przymiarce? Że miałem cały czas w samolocie wpięty kartusz z gazem w mojej kuchence. I nic. Nic się nie stało. Samolot nie wyleciał w powietrze. To znaczy wyleciał, ale się nie rozpadł 😉
 Ciekawostka z marketów spożywczych w Norwegii. Ceny na półkach są elektroniczne, a przy kasie reszty nie dostajemy do ręki, tylko wypada jak z automatu do kawy.
 Zachwycam się moim nowym wyprawowym nabytkiem, czyli ponchem. Olbrzymia narzutka bez rękawów, pod którą chowam się cały włącznie z kierownicą roweru. Pięknie wyprofilowany przeźroczysty daszek kaptura, który chroni oczy i twarz przed zalewaniem. Coś oryginalnego, wyglądającego nieco idiotycznie, szkoda jeszcze że nie różowego.
 Drugi z moich nabytków to ultra lekki i ultra szybki garnek turystyczny Primus. Wypróbowuję go wieczorem przy gotowaniu obiadokolacji. Faktycznie, szybciutko się zagotowuje.
 No i kolejny. Suszone mięso. Wcześniej nie zabierałem takowego na wyprawy. Dodatek garstki do gotującego się sosu i makaron zmienia radykalnie smak i wartość odżywczą.
 Trzeba będzie zrezygnować chyba z mojej tradycji dwóch piwerek co wieczór do namiotu. Pięćdziesiąt koron za jedno małe piwo (około dwadzieścia trzy złote) wydaje się jakimś złym snem. Skandynawowie to abstynenci. Dlatego też zabrałem sobie z polski 0,7-kę whisky i maleńki skórkowy kieliszeczek. Zawsze będzie można wieczorem wychylić jednego lub dwa dla pokrzepienia czy też dla rozgrzewki.
  Dzisiaj nocleg na świeżo wykoszonej łące za gęstym szpalerem krzaków i za wzniesieniem, tuż przy szosie biegnącej wzdłuż fiordu Romsdalfjorden. Nadal pada, a temperatura w zamkniętym szczelnie i wychuchanym namiocie to zaledwie siedemnaście stopni celsjusza, więc z czystym sumieniem wypijam solidny łyk Jasia Wędrowniczka zagryzając kakaowym ciasteczkiem Belvita.
 Jutro zrobię sobie rano herbaty do termosu, którego również nie zabierałem przez te dziesięć lat. To wielka różnica popić kromkę z konserwą herbatą, a nie lodowatą wodą w zimnym deszczu. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Norweski Tour 2018 – dzień 2

>>>

[more]

Dzień 2

Prolog cz.2

15 sierpień 2018, środa

Gdańsk – Ålesund

flaga-polski-ruchomy-obrazek-0006 flaga-norwegii-ruchomy-obrazek-0007

(samolotem)

 

Poranek w hostelu. Mogę spać długo, bo początek odprawy jest dopiero o jedenastej piętnaście, a mam trzysta metrów, co słychać dobitnie nawet przy zamkniętym oknie.

 Na lotnisku idzie wszystko jak po maśle. Przez okno terminalu widzę jak karton z rowerem i wielka torba bazarówka z sakwami podjeżdża do właściwego samolotu, więc napięcie w tym momencie opada. Przypominam sobie lądowanie przed dwoma laty we Wrocku po powrocie z Grecji, kiedy to w oczekiwaniu na bagaż uciąłem sobie pogawędkę z trzema podróżnikami, który wracali z Gruzji z międzylądowaniem w Niemczech i też czekali na boxy z rowerami. Mówili między innymi o Holendrze, który leciał z Amsterdamu przez Niemcy do Tajlandii i na przesiadce słuchał ich wrażeń z Gruzji i dzielił się własnymi planami. I jakież było moje zdziwienie, które przeszło w szok, kiedy spojrzałem na twarze sakwiarzy. Na taśmie wyjechało… pięć rowerów – mój, trójki podróżników i… Holendra? On wylądował w Azji, a jego sprzęt w tutaj. A na taki zagubiony bagaż czeka się ze siedem dni. No więc swój skrupulatnie opisałem „Ålesund” najtłustszą czcionką w formacie A4.

Kurcze. Coś a aparatem fotograficznym od rana dziś nie tak. Najpierw, wypakowując się na parkingu z auta, chciałem zrobić fotkę na tak zwane otwarcie sesji, kiedy zorientowałem się ze zgrozą, że nie ma w nim akumulatorków! Jednakże znalazły się. Nie wyjąłem ich po prostu z ładowarki, którą zapakowałem na dno sakwy. A teraz, kiedy robię zdjęcie z samolotu, okazuje się, że nie mogę przeglądać ani nie mam podglądu na pliki. Przed wyjazdem robiłem miejsce na karcie – czyżbym usunął też jakąś ważną duperelę? Mam nadzieję, że to wszystko co nacykam w Norwegii zapisze się…

 Lądowanie w Ålesund punktualnie, czyli piętnasta piętnaście. A tam po prostu taśma, odbiór bagażu i tyle. Żadnych kontroli, kolejek ani jakichkolwiek formalności. Z tych niefajnych rzeczy to tylko padający deszcz. Ale czego innego się mogłem spodziewać.

 Montaż idzie mi trochę topornie. Imbus ślizga się w jednej ze śrub, a dodatkowo podczas przeładunku uszkodzono mocowanie tylnej sakwy – pałąk wgniótł się do wewnątrz. Udało mi się jednak z tym uporać i po zawinięciu kartonu w foliowo-taśmowy kokon z napisem „I’m back 29.08 bike box” było po robocie, czyli o godzinie dziewiętnastej. Oczywiście na terminalu nie przechowują kartonów, jednak trzeba sobie jakoś radzić. Dosłownie trzysta metrów od wyjazdowej bramy parkingu lotniska wynajduję jakieś drzewiaste gąszcze i tam, pod opieką milionów gryzących meszek zostawiam kokon w nadziei, że deszcze nie zrobią z niego papki ani nikt go nie zutylizuje..

 Następna rzecz – przedostać się z Airport Vigra do Ålesund. Vigra to wyspa, na której znajduje się lotnisko. Wyjechać z niej można tylko ośmiokilometrowym tunelem, który z uwagi na to, że wiedzie pod dnem morza i ma też spore nachylenie, uniemożliwia przejazd na rowerze. Ale jest autobus. I ten autobus zabierze mnie i cały ten ekwipunek. Za jedyne pięćdziesiąt złotych na nasze… I z tą ceną nie chodzi o bagaż, bo każdy tyle płaci. To moje pierwsze zetknięcie z cenami w Norwegii.

 Autobus startuje o dwudziestej i natychmiast grzęźnie w korku, bo akurat zaczęto remontować tunel. Więc czekamy. Do Ålesund docieram tuż przed dwudziestą pierwszą. Już nie wyjadę dziś z miasta, jest zbyt późno na szukanie noclegu na dziko. Zajeżdżam na kemping, na którym planuję też nocować za czternaście dni, przed powrotem do Polski. Namiot rozbijam już prawie po omacku i w deszczu. I kolejna cena: dziewięćdziesiąt złotych doba w namiocie na nieoświetlonym polu namiotowym plus pięć złotych za cztery minuty prysznicu! Za to jednak udało mi się zostawić na przechowanie wielką rolkę folii paletówki, którą awaryjnie zabrałem do owinięcia roweru i sprzętu, gdyby wsiąkł kartonowy box. Szybki prysznic, kilka kanapek, które zostały z samolotu i spać.

 Przez całą noc deszcz wystukuje na płachcie namiotu jednostajny intensywny rytm. Długo nie mogę zasnąć, choć czuję się zmęczony. Dużo stresu towarzyszyło przygotowaniu tej wyprawy. Ale z doświadczenia wiem, że gdy tylko zacznę j e c h a ć to wszystkie negatywne emocje znikną i zostanie tylko r e l a k s.



Norweski Tour 2018 – dzień 1

>>>

[more]

Dzień 1

Prolog cz.1

14 sierpień 2018, wtorek

Lubin – Gdańsk

flaga-polski-ruchomy-obrazek-0006

(autem)

 

Wyprawa numer 10. Dziesięć…

 No właściwie to 8. No bo dwie to takie – jak mawia czasem Witek o swoim obiedzie – oszukane pierogi (farsz na ruskie plus makaron / cycle bieszczadzkie plus cycle beskidzkie z 15- i 17-go roku).


N o r w e g i a.


Plan jest taki:

14.VIII – przejazd autem z Lubina do Gdańska ze spakowanym w kartonik rowerkiem

15.VIII – przelot samolotem z Gdańska do Ålesund

16-27.VIII – wyprawa rowerowa

28.VIII – wyprawa piesza

29.VIII – przelot samolotem z Ålesund do Gdańska + powrót nocą autem z Gdańska do Lubina

_________________________________________________________________

Łącznie 16 dni

(z czego 13 dni na jazdę oraz wędrówkę)

 

 OK. No to jedziemy.

 Czyli najpierw do Gdańska… Nie wiem co mnie naszło, żeby wybierać trasę S3 plus S6 przez Gorzów Wielkopolski, Szczecin i Koszalin. ponad dziesięć godzin i 640 km jazdy przez korki, objazdy i ruch wahadłowy prawie na całej es-szóstce i na stu kilometrach es-trójki. Będę wracał przez Toruń i Gniezno, nie ma bata.

 Nocleg przed odlotem w Hostelu Lotniskowym przy Spadochroniarzy. Nie polecam. Na miejscu właściciela wstydziłbym się brać za coś takiego kasę jakąkolwiek, a co dopiero dziewięćdziesiąt złotych. Prowizorka, brud, ciasnota, wszechobecny zapach stęchlizny i toaleta niczym wychodek i jedna wspólna dla całego piętra. Trzeba było dorzucić parę złotych za coś normalnego, nie przypominającego wczasów blaszano-kontenerowych w Republice Naddniestrzańskiej.

 Pod wieczór trochę już zgłodniałem, ale nie ma w okolicy żadnego baru. Zastało mi parę czerstwawych kanapek z trasy, więc zjadam na kolację. Jest ponuro. Ponuro na dworze (deszcz) i w ogóle ponuro. Jakieś niepokojące echa z sąsiednich pokoi. Sinusoida szumów dobiegających z lotniska. Dla kurażu wypijam jakieś piwo, które profilaktycznie kupiłem po drodze. Pomaga. Wycisza niepokój przed nieznanym. Jak kilka głębokich niespiesznych rozluźniających wdechów biegacza na linii startu.

 Będzie dobrze, Blarzyno – jakbym słyszał znany mi dobrze głos bliskiej osoby, dobiegający z pogranicza snu i rozmyślań.

 


Cyfry i cyferki wyprawy Beskidzkie Cycle 2017

>>>

[more]

LAO CHE – „KOŁYSANEGO”

Uczestnicy:   ja sam, czyli Jarosław BLARU Antoniak

Czas wyprawy:   11 dni

Czas jazdy:   5 dni

Dystans:   499,4 km

Najdłuższy etap:   118 km

Najkrótszy etap:   79,5 km

Średnia dzienna:   99,9 km

Czas jazdy łącznie:   31 h 26 min

Średnia prędkość na całej trasie:   15,7 km/h

Prędkość max:   61,5 km/h

Suma przewyższeń:   7.673 m

Średnia dzienna przewyższeń:   1.535 m

Wysokość max nad poziomem morza:   923 m n.p.m.

Nachylenie max:   22 %

Zjazd max:   19 %

Temperatura najwyższa:   27°C

Temperatura najniższa:   10°C



Beskidzkie Cycle 2017 – dzień 11

>>>

[more]

Dzień 11 (ostatni)

Etap 5 (rowerowy)

6 wrzesień 2017, poniedziałek

 

ŻYWIEC – CZERNICHÓW – MIĘDZYBRODZIE BIALSKIE – PORĄBKA – TARGANICE – KOCIERZ MOSZCZANICKI – KRZESZÓW – LACHOWICE – JELEŚNIA – ŻYWIEC

118,0 km

 

start godzina 8:40

meta godzina 17:20

czas jazdy optymalny 6:58 h

czas wycieczki 8:40 h

średnia prędkość  16,8 km/h

prędkość max  57 km/h

suma podjazdów  1.595 m

wysokość max  746 m n.p.m.

wysokość min  302 m n.p.m.

wysokość start/meta  345 m n.p.m.

różnica wysokości  444 m

podjazd max  17%

zjazd max  13%

temperatura max  19*c

temperatura rano  14*c


Dzisiaj ostatni dzień wyprawy. I drugi dzień przeznaczony na eksplorację Beskidu Małego, tym razem rowerowy.

 Jeśli chodzi o pogodę dziś jest niemal idealnie, no może nieco chłodno, ale nie marudźmy. Deszczu ani kropli, choć wisiał w powietrzu przez cały dzień, a lunął dokładnie w momencie, jak zaczynałem pakować rower na samochód. Jak miło jest sobie posiedzieć w aucie w suchym ciepełku i słuchać jak dudni dach.

 A wracając do trasy. Zaczynam od dojechania autkiem do Żywca, skąd rozpoczynam pętlę małobeskidzką.

 

BŁOGI PORANEK NA KWATERZE



 

KRÓTKI OBJAZD ULICZKAMI ŻYWCA.  RYNEK

 

KONKATEDRA NARODZENIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.  ŻYWIEC

 

 

ZAMEK KOMOROWSKICH (STARY ZAMEK,  XV WIEK).  ŻYWIEC

 

PAŁAC HABSBURGÓW (NOWY ZAMEK,  XIX WIEK).  ŻYWIEC

 

 PANORAMY OTOCZENIA JEZIORA ŻYWIECKIEGO I PARKU KRAJOBRAZOWEGO BESKIDU MAŁEGO

 

FUTURYSTYCZNY KOŚCIÓŁ ŚW. MAKSYMILIANA KOLBE W OCZKOWIE.  DODATKOWYM JEGO DZIWACTWEM JEST TO,  ŻE ZE WZGLĘDU NA NIESTABILNOŚĆ GRUNTU POSTAWIONO GO NA DWUDZIESTU CZTERECH BETONOWYCH SŁUPACH WYLANYCH W PODŁODZE

 

MOST NA WILCZYM JARZE NAD JEZIOREM ŻYWIECKIM.  TUŻ ZA NIM STOI POMNIK UPAMIĘTNIAJĄCY OFIARY WYJĄTKOWO TRAGICZNEGO WYPADKU,  KTÓRY MIAŁ TUTAJ MIEJSCE.  WIĘCEJ TU:

http://bielsko.gosc.pl/doc/2245763.Wilczy-Jar-wciaz-boli

 

 ZAPORA W TRESNEJ

 

JEZIORO MIĘDZYBRODZKIE

 

ZAPORA W PORĄBCE

 

BŁASIAKÓWKA I PRZEŁĘCZ KOCIERSKA

 

DOLINA KOCIERSKA

 

KOLEJNA SAKRALNA CIEKAWOSTKA.  OKRAJNIK.  ORYGINALNA DREWNIANA KAPLICZKA MATKI BOŻEJ Z 1715 ROKU ZBUDOWANA NA ZRĄB,  NAKRYTA DACHEM NADAJĄCYM JEJ WYGLĄD PAGODY (ZAMKNIĘTA!)

 

SZLAK KAPLICZEK

 

KRZESZÓW.  NEOGOTYCKI KOŚCIÓŁ MATKI BOŻEJ NIEUSTAJĄCEJ POMOCY Z 1850 ROKU

 

KOLEJNE WIDOCZKI

 

A tu już prawdziwa perełka architektury beskidzkiej – drewniany kościół Św. Piotra i Pawła z 1789 roku w Lachowicach. Zrębowa budowla z ołtarzem ku wschodowi, wieża o konstrukcji słupowej, z nadwieszoną izbicą i baniastym hełmem, pokryty gontowym dachem, wokół całego kościoła biegną soboty. I wiele innych ciekawostek. Strasznie żałuję, że nie mogłem zajrzeć do środka.

 

DALSZA TRASA – TYM RAZEM PASMO PEWELSKIE

 

Następna ciekawostka dzisiejszej trasy. Postanowiłem obejrzeć i sfotografować stacyjki nieistniejącej już niestety linii kolejowej Sucha Beskidzka – Żywiec, łączącej Beskid Makowski, Żywiecki i Mały. I jakież było moje zaskoczenie, kiedy zobaczyłem na peronach świeżutkie rozkłady jazdy pociągów. Linia została po siedmiu latach aktywowana kilka tygodni temu!

 

KOLEJNO STACJE: 

LACHOWICE, LACHOWICE CENTRUM, KURÓW SUSKI, HUCISKO, PEWEL WIELKA, JELEŚNIA, PEWEL MAŁA, ŻYWIEC SPORYSZ

 

Na obiadek zajeżdżam do ulubionej już knajpy Zajazd Głębce. Powtarzam czoskulę (bo była wybitna), na drugie sznycel cielęcy, wypieczony, ale soczysty, z idealnie posadzonym na nim jajkiem.

 Jest dwudziesta pierwsza. Jestem w pokoju w Wiśle. Potężnie leje już od siedemnastej, czyli od końca etapu. Miałem dziś niebywałe szczęście odnośnie pogody. Jutro już powrót do codzienności.

 A podsumowując jedenaście dni:

pierwsze 6 pięknie,

kolejne 4 kiepsko,

ostatni fuksiarsko dobry –

razem 7:4, czyli przewaga fajnej pogody.

 A rowerowo? No co ja tu będę pisał… 🙂

 No a w głowie już plan na DZIESIĄTĄ wyprawę w 2018 ROKU. Taki mały jubileusz. Bedzie bruuubo!


 A teraz już wystarczy, wystarczy… karzełku, kołysanego zanucę ci.