Temperatura rano 21°C, o dziesiątej 30°C, będzie mega upał. Dobrze, że już dzisiaj nie jeżdżę.
Dziś pospałem sobie do ósmej, czyli dwie godziny dłużej. Wrzucam wszystko jak leci do sakw – i tak będę przepakowywał się na lotnisku. Od kampingu do centrum 6 km, tu dokupuję jeszcze parę rzeczy, m.in. pięć gorących nadziewanych bułeczek, żeby mieć co jeść przez cały dzień. Niespiesznie przesuwam się w stronę lotniska, to kilkanaście km zaledwie. Tuż przed nim odnajduję swój karton do spakowania roweru, w którym zdążyły już zamieszkać koniki polne. Moje miejsce, tzn. opuszczone biuro, w którym nocowałem pierwszej nocy, nadal jest wolne, wiec mam i spokój i kupę czasu, bo aż siedem godzin do odprawy. Ze wszystkim radzę sobie w cztery. Tym razem o wiele więcej rzeczy dokładam do paki z rowerem. Dzięki temu bagaż zasadniczy wraz z zakupami osiąga wagę jedynie 16,5 kg (odlatując z Polski nieznacznie przekroczył 20 kg). W podręcznym zostawiam tylko kanapki, słodycze, bluzę i aparat fotograficzny.
Mam jeszcze trzy godziny do odprawy, więc robię sobie notatki z wyprawy. I trzy godziny lotu, a ja nie mam nawet krzyżówki. Spać też mi się nie chce, bo wpadłem w rytm snu 21:00 – 6:00.
Siedzę sobie właśnie przy malutkim stoliku, który sobie przysposobiłem na kampingu i kontempluję dzień, który właśnie mija.
Zdreptałem Chanię wzdłuż i wszerz. Teraz karmię kota, który pilnował mi przez cały dzień dobytku. Ze smakiem pałaszuje kawał gorącego rogala ze szpinakiem. Pewnie wyczuł w nim masło, bo rogal jest tłuściutki niczym francuski croissant. Odrywam się od pisania i ze zdumieniem obserwuję jak ta kocina wypełza spod sąsiedniego namiotu targając w zębach foliową torebkę ze sporym kawałkiem suchej kiełbasy. Ktoś obejdzie się bez kolacji. A już myślałem, że polubię te plugawe stworzenia;)
Skoro nadmieniłem o gorących rogalach. Tutaj bardzo popularne jest coś w rodzaju snack-barów. Podjeżdża do nich głównie młodzież na skuterach. Serwuje się tam tysiące rodzajów gorących chrupiących wypieków – nadziewane faszerowane bułeczki, rogale, croissanty, pity, placuszki (podwójne, z farszem pomiędzy warstwami), świderki, obwarzanki, rurki itd., świeżo wyciskane soki i kawę na 100 sposobów. Rano zajadałem z apetytem wielką bułę z ciasta filo nadziewaną fetą. Myślałem, że będzie słodka jak baklawa. Nic bardziej mylnego – zero cukru, super. Do tego sketo, czyli mocna mała kawa bez dodatków. Chanijczycy mają na punkcie tych snack-barów hopla. Też bym miał. Inne nadzienia jakie wypatrzyłem dla siebie to mięso, orzechy włoskie, sezam, ser kreteński (w kulkach), kapusta, kolorowe papryczki, kabaczki, bakłażan, dymka…
Zakupy na wyjazd… No coś bym fajnego przywiózł z tej Krety. No ale co zabrać do samolotu, czego nie zabiorą mi z podręcznego bagażu, i czego mi nie uszkodzą w opłaconym? Zdecydowałem się na kilka puszek znakomitej greckiej oliwy, parę opakowań marynowanych oliwek, dwie butelki ouzo i dwie rakí, pistacjową baklavę w zgrabnym pudełeczku, owocowe rachatłukum (winogronowe i malinowe), ręcznie wykonany moździerz, craftowe łyżki do serwowania małych przekąsek i dzbaneczek na oliwę, mały słoiczek miodu, maskotkę kreteńskiej kozy kri kri, trójwymiarową zakładkę do książki, kalendarz i parę innych drobiazgów. Chciałem wciągnąć jakąś błyskotkę, ale miałem obawy, że spróbują mi wcisnąć jakiś tombak czy coś tak blaszanego.
Dziś w Grecji (albo i na samej Krecie) jest chyba jakieś święto. Natrafiłem akurat na początek defilady wojskowej, jak sądzę ze stacjonującej w Chanii jednostki. Śmiesznie maszerują z tym swoim wymachem lewej ręki aż nad głowę. Sporo aut ma powywieszane greckie flagi z podoczepianymi na masztach okrągłymi bochenkami chleba zawiniętych w foliowe woreczki. „Mój kraj – mój chleb”, tak to chyba interpretować należy. Mimo woli udało mi się wkomponować w to świętowanie. Miałem na sobie granatowe spodnie dresowe z białymi lampasami i niebieski t-shirt. Wypisz wymaluj flaga. I do tego ta kolarska ogorzała opalenizna. Turyści co rusz to zaczepiali mnie pytaniami, biorąc mnie za lokalsa. Zabawnie słyszeć Polaków zwracających się do mnie po angielsku – od razu słychać, że to „polski” angielski.
Jestem zniesmaczony tutejszym piwem. Co prawda butelki posiadają poręczne i praktyczne zawleczki, jak u nas tymbarki, ale wszystko smakuje tak samo, czyli jak woda mineralna z odrobiną ekstraktu słodowego. Myślałem, że lepiej będzie z importowanym, zatem skusiłem się na Guinnessa. I co? Farbowana woda rozlewana przez koncern Carlsberga na tą część Europy, to samo Corona – sama woda. Stouta więc wypiłem tylko dla samego klimatu posiedzenia sobie w ładnym miejscu. No ale mając doskonałe winnice Grecy mogą sobie chyba odpuścić piwowarstwo.
Spacerując po zaułkach Chanii, obserwując dziesiątki (setki) zachęcających swoim wyglądem i repertuarem restauracji i wdychając unoszące się aromaty, zafundowałem sobie wypasiony lunch. Składało się na niego coś, na co już w Hiszpanii polowałem, a czego jeszcze nigdy nie kosztowałem. Podano w kolejności: 0,375 l dzbanuszek czerwonego wytrawnego wina kreteńskiego plus kieliszek; horiatiki, czyli sałatka grecka, tu w wersji z wędzonymi oliwkami; grzanki z czosnkiem; tzatzyki i, najistotniejsze, zapieczone ślimaki w tymiankowym kwaskowatym sosie. Nawet dały radę.
Skoro mowa o kuchni. Jedna jedyna uwaga moja na ten temat. Istnieje zasadnicza różnica między l o k a l n y m jedzeniem w l o k a l n y c h tawernach z dala od ruchu turystycznego, a tawernach nastawionych na turystów. Przepaść.
Kreteńczykom nigdzie się nie spieszy, czas jakby dla nich nie istnieje. Czasami czekałem pół godziny na piwo, na rachunek, na kawę, kiedy tylko ja sam jeden byłem do obsłużenia. Wszystkie sklepy otwierane są dopiero o 10-tej, aby już o 14-tej zamykać na przerwę. Chcąc kupić chleb usłyszałem od pani: „już za chwilę, to znaczy za godzinę, powinni przywieźć dostawę – a był dzisiaj? – nie [jest południe], ale niech pan sobie weźmie wczorajszy za darmo”. Hehe…
PODSUMOWUJĄC:
– przepiękne krajobrazy,
– świetna lekka kuchnia w mniej turystycznych regionach,
– sympatyczni otwarci ludzie,
– przystępne ceny artykułów spożywczych,
– trochę zbyt mało kampingów, a te, które są – kiepskie,
– możliwość spania na legalu pod chmurką dosłownie wszędzie, o ile się znajdzie niekamienisty niezbyt spadzisty skrawek terenu,
– drogi w świetnym stanie, tylko te makabryczne podjazdy i zjazdy z piłowaniem hamulców aż w uszach świdruje,
– niezwykły smak pomarańczy i pomidorów, pachną i smakują jak nigdzie indziej,
– sam kraj trąci jeszcze archaizmem, coś jak Polska 20 lat temu, kto był ten wie o czym mówię. Na co ci Grecy wydali te unijne pieniądze, hehe…? Odnosi się wrażenie, że airport, organizacja ruchu na drogach, miejsca użyteczności publicznej, standardy w restauracjach itd. to nie Grecja tylko… Kazachstan;-)
Mi osobiście strasznie się podobało. Chętnie jeszcze kiedyś wrócę. Ale bez roweru;-) Tylko z plecakiem, namiotem i kuchenką turystyczną.
HANIA GULF (ZATOKA CHANIA)
HALIDON, GŁÓWNA ARTERIA STAREJ CZĘŚCI MIASTA
AKTI KOINTOURIOTI, DEPTAK PRZY ZATOCE
WENECKA LATARNIA MORSKA
SERCE STAREGO MIASTA, NASTROJOWY LABIRYNT WĄSKICH ALEJEK I ULICZEK Z TURECKIMI BALKONAMI I WENECKIMI ELEWACJAMI, Z CAŁĄ MASĄ SKLEPÓW Z RZEMIOSŁEM I KAFEJEK
FILMIK NR 4. STANĄŁEM SOBIE PRZY MAŁYM STOLICZKU O WYGLĄDZIE I ROZMIARACH KLĘCZNIKA KOŚCIELNEGO, ABY WYPIĆ KAWKĘ. TAKIE STOLICZKI SĄ TU WPROST NA CHODNIKU, A WŁAŚCIWIE NA GRANICY ULICY Z CHODNIKIEM. MOŻNA SĄCZYĆ KAWĘ OBSERWUJĄC ŻYCIE ULICY. I ZUPEŁNIE NIESPODZIEWANIE PRZESZŁA SOBIE POD MOIM NOSEM DEFILADA. (MYŚLAŁEM POCZĄTKOWO, ŻE TEN POLICJANT MA COŚ DO MNIE…)
WIDOK ZE SCHIAVO BASTION
NIE LUBIĘ KOTÓW, JEDNAKŻE…
MIEJSCAMI JEST TAK WĄSKO, ŻE WITRYNY ZACHODZĄ NA SIEBIE WZAJEMNIE, A SĄSIEDZI MOGĄ WITAĆ SIĘ Z TYMI Z PRZECIWLEGŁYCH BALKONÓW UŚCISKIEM DŁONI
SAMOOBSŁUGOWA FROZEN-JOGURCIARNIA Z NIEZLICZONĄ ILOŚCIĄ DODATKÓW
PRZYSTAWKA (ΣΥΝΗΜΜΕΝΟ)
I DANIE GŁÓWNE (ΚΥΡΙΩΣ DISH)
AKTI MIAOULI, MŁODZIEŻOWA CZĘŚĆ STAREGO MIASTA
RZUT OKA W STRONĘ MORZA. PÓŁWYSEP AKROTIRI
AKTI MIAOULI
PORT I WENECKIE ARSENAŁY
PORTOWA CZĘŚĆ MIASTA
PIWKO. NIE BYŁO NAJLEPSZE (CHOĆ PRZEPADAM ZA STOUTAMI), ZA TO WSZYSTKO WOKÓŁ OWSZEM
W nocy szalało chyba tornado. Kiedy wstałem o pierwszej pozabierać do namiotu przeprane ciuchy, wokół fruwały ubrania innych, a namioty falowały jak żagle w sztormie. Jednak moja Atacama robi robotę, bo solidnie naciągnięta ani drgała.
Na odjezdnem w Rethymnonie kupuję na drogę fantastyczne nadziewane bułeczki, coś jak u nas kapuśniaczki, tyle że z fetą, miętą, grzybami, ziołami, pomidorami itd. Pyszota.
Nocna nawałnica stała się zapowiedzią dzisiejszej mordęgi, bo jak na złość, wiatr wieje dziś od strony zachodniej. „Huragan”. Wieje tak silnie, że rower, mimo swojej wagi i stabilności, chwieje się na boki, a momentami prawie staje w miejscu. Po drodze oczywiście nadal wspinaczki górskie, jak sądzę (bo nie działa dzisiaj alimetr i licznik) gdzieś na 300 m n.p.m.
Niezwykłe jezioro Kournas wyłania się mniej więcej w połowie trasy. To co prawda jedyne słodkowodne i naturalne jezioro na Krecie, ale sprawia absolutnie niesamowite wrażenie swoim błękitem, przejrzystością, falowaniem i odbiciem dzikich gór w tafli. W jeziorze można się kąpać, amatorów nie brakuje, choć woda lodowata jak górski potok. Można też wypożyczać sprzęt wodny.
Poza jeziorem właściwie generalnie nie ma w tym regionie (zatoka Almyros Bay) już niczego ciekawego. Komercyjna turystyka, turystyka i jeszcze raz turystyka. Plaże, butiki z kiczowatymi pamiątkami i tawerny z podrabianą kuchnią grecką. Teren ponownie zrobił się wypłaszczony, ucichł też wiatr. Nadrabiam kilometry zmierzając w stronę mojego celu, miejsca gdzie zamknę pętlę wokół Krety, czyli Chanii.
Odnajduję kamping przy kościółku Apostoli i plaży o tej samej nazwie. To już koniec drałowania. Jutro deserek, czyli spacerek po klimaciarskiej starej Chanii, a pojutrze zakupy do Polski i pakowanie sprzętu do samolotu.
KAMPING W PERIVOLII
WIEJE STRASZNIE I JEST MGLIŚCIE/POCHMURNO, ALE JAKIE CUDOWNE PEJZARZE
Noc była bardzo ciepła. A może tak mi się tylko zdawało. Budziłem się co chwilę, mając wrażenie, że w ogóle nie zasnąłem. Przed szóstą ostatecznie wybudzają mnie wypełzające na pastwisko owce, ich beczenie i kołatanie dzwonków. Żwawo się pakuję i ruszam w głąb doliny Amari.
Po dziesiątej, kiedy już są pootwierane sklepy (na Krecie właśnie o tej porze dopiero), zaopatruję się w śniadanie, które pochłaniam tuż za wsią – sardynki, kawał lokalnego dojrzewającego żółtego sera, pomidor, bagietka i soczyste jabłko plus lemoniada.
W dolinie Amari co prawda rozciągają się wspaniałe pejzaże gór Psiloritis i szczytu Ida, ale te podjazdy… 16-procentówek jest opór, a nawet 10-procentówki są całkowitą normą. Rozumiem w tym momencie Kreteńczyków, że nie posiadają rowerów;)
W końcu po mordędze górskiej docieram do północnego wybrzeża, które w tej części wyspy jest płaskie jak stół. To Rethymno. Trafnie ktoś określił to miasto Przepiękna Perła w Ohydnej Muszli. Rzeczywiście, przedmieścia to zbiorowisko niegustownych betonowych budynków. Ale samo centrum, jego portowe zaułki, stare tureckie domy, minarety… Klimat jest! Wędrowanie labiryntem wąskich alejek i zakamarków to prawdziwa frajda. W jednej z licznych małych knajpek zamawiam horíatki i klapódi w sosie saganaki. Pierwsze to sałatka grecka, drugie to ośmiornica, a sos saganaki jest tak pyszny, że można go jeść samego łyżką. Do tego stopka rakí.
Nocleg na nieco obskurnym kampingu na przedmieściach Rethymno.
PONOWNIE WYŁANIA SIĘ PÓŁNOCNE WYBRZEŻE
I JESZCZE DOLINA AMARI
JEZIORO ZAPOROWE AMARI
PANORAMA PRZEDMIEŚCIA RETHYMNO
RETHYMNO. NA DRUGIM PLANIE FORTEZZA, NAJWIĘKSZA WENECKA FORTECA NA ŚWIECIE
RETHYMNO. STARE MIASTO, A W CENTRALNEJ CZĘŚCI KOŚCIÓŁ FOUR MARTYRS
Kolejny dzień ze wspaniałą pogodą. Temperatura powyżej 30°C i ani chmurki. Na odjezdnem jeszcze parę fotek Agia Galini.
Z Joaquinem umówiliśmy się dziś na wspólny cel – miejscowość Matala i jaskinie w piaskowcu. Później ja odbiję na północne wybrzeże, a on dalej popełznie południowym.
Tuż za Kalamaki, maleńkim miasteczkiem nadmorskim, skręcamy w lewo, gdzie ponoć wiedzie droga do naszego pośredniego celu. Szybko trasa zmienia się w grząski piach, po którym nawet ciężko iść bez roweru. Nie zawracamy i to nasz błąd. Przedzieranie się ponad 2 km po pustyni pchając jednoosiowy majdan przed sobą to… interesujące wyzwanie… z punktu widzenia gapia;)
Matala to niewielka, zatłoczona miejscowość, z całą masą restauracji i tawern, których jest chyba więcej niż turystów (a i tych jest bardzo dużo). Odnoszę wrażenie, że właściciele dosłownie wchodzą przechodniom w dupę, żeby tylko ich przyciągnąć. Joaquin zamawia grecką potrawę lokalną i dostaje frytki, ścinki kebaba i plastry pomidora wymieszane ze sobą na jednym talerzu… 😉 Matala, mimo tłoku, robi wrażenie swoją oryginalną malowniczością i urokiem. Zwłaszcza znajdujące się nieopodal jaskinie, wykute w klifie-urwisku jeszcze w starożytności, a w 60-tych latach zamieszkiwane przez hipisów.
Za Pitsidią, już samotnie, skręcam w stronę gór Ida, po drodze mijając archeologiczne wykopaliska pałacu Fajstos (1900 r p.n.e.!), ale 8 € za zobaczenie szczątków to trochę zbyt dużo.
Wspinam się do górskich miejscowości u podnóża Idy, najwyższego szczytu Krety. Tutaj będę nocował na dziko. Rozkładam się o zmroku na pastwisku dla owiec (wyzbierawszy najpierw setki kanciastych kamieni), mając za sobą niewielki wzgórek osłaniający mnie od szosy, a przed sobą niesamowity widok na zachodzące słońce nad doliną Amari. Wcinam 300-gramowy kawał fety, kupiony w jakiejś wiosce po drodze, olbrzymiego słodkiego jak miód pomidora, chrupiącą bagietkę i idę spać. Jest księżycowa pełnia, która srebrzy się prosto na namiot. Jest bajecznie i klimatowo, ale też co nieco nieswojo. W środku nocy ktoś strzela z ostrej broni! Rankiem, 300 metrów od mojej kryjówki, zastanę kilkanaście dziur po kulach w czymś co było znakiem drogowym, a będzie durszlakiem.
PLAŻE AGIA GALINI O BRZASKU
AGIA GALINI. PRZYSTAŃ I WIELOPOZIOMOWE KAFEJKI
PYSZNE I ENERGETYCZNE DRUGIE ŚNIADANIE – KILKA RODZAJÓW BAKLAVY I PODWÓJNE ESPRESSO
KOLEJNE KATORŻNICZE PODEJŚCIE
ZATOKA MASARA
MATALA
SŁYNNY PIASKOWIEC Z MIESZKALNYMI JAKINIAMI
PONOWNIE OBIERAM KIERUNEK W GŁĄB WYSPY, W GÓRY
RUINY STAROŻYTNEGO PAŁACU FAJSTOS
GÓRY PSILORITIS
MIMO, ŻE NAZWY MIEJSCOWOŚCI SĄ PISANE RÓWNIEŻ PO ANGIELSKU, TE TEŻ SĄ NIEWYMAWIALNE 😉
KOLEJNY WIDOCZEK NA GÓRY PSILORITIS I SZCZYT IDA
RZUT OKA ZA SIEBIE NA ZATOKĘ MESARA I WYSEPKĘ PAXIMADIA
Dzisiaj kręcenie wzdłuż południowego wybrzeża, co wcale nie oznacza płaskich terenów. Przewyższenia sięgają 400 metrów. Po drodze zajeżdżamy do przeuroczych zatoczek Damnoni Beach, gdzie wśród skalistych zakamarków nie brakuje naturystów.
Dalej niesamowity karkołomny podjazd starą nieasfaltowaną drogą do klasztoru Piso Preveli. Ludzie klaszczą, chyba myślą, że to na niby tu przyjechaliśmy na rowerach 😉
Potem kanion Kourtaliotiko i rzut oka w dół na eukaliptusy, oleandry i palmy w niezwykłym otoczeniu wąwozu i morza.
Lancz zjadamy w Spili, ale jestem nieco nim zawiedziony. Pastítsio smakuje jak źle doprawiona lasagna, tyle że z makaronem rurki. Deser, czyli jogurt grecki z miodem też niczego nie urywa – sam jogurt pyszny, ale „miód” to po prostu zwykły karmel, i zero posypki, a powinny być oryginalnie pistacje i inne orzechy. Tyle że lokalne czerwone wino podane w karafce dobre.
Dzisiaj nie drałujemy zbyt wielu kilometrów. Skupiamy się na okolicznościach przyrody.
Nocleg na jedynym kampingu w Agia Galini, którego naszukaliśmy się z olbrzymimi problemami, natrafiając w końcu na niego niemal przypadkiem. Kemping nazywa się No Problem 😉
To już chyba ostatni dzień podróżowania z sympatycznym, gadulskim i nieustannie uśmiechniętym Meksykaninem. Ja muszę powoli odbijać na północ do Chanii, on ma dwa razy tyle czasu i może sobie jechać całą Kretę wokół.
FILMIK NUMER DWA Z WYPRAWY. JAZDA WZDŁUŻ WYBRZEŻA POŁUDNIOWEGO KRETY. DAMNONI BEACH
TRZECI FILMIK. MORZE LIBIJSKIE. SCHINARIA BEACH I POGAWĘDKA Z jOAQUINEM
A WRACAJĄC DO POCZĄTKU DNIA…
PLAŻE PLAKIAS NA RZEŚKIE PRZEBUDZENIE
NA WSCHÓD BEZDROŻAMI
BAY OF PIGS (ZATOKA ŚWIŃ), MIEJSCE OBLEGANE PRZEZ NUDYSTÓW
photo by Joaquin Flores
photo by Joaquin Flores
PANORAMA GÓR KEDROS
STRASZLIWA STROMIZNA. CIĘŻKO NADPEŁZAĆ
photo by Joaquin Flores
W KOŃCU WDRAPALIŚMY SIĘ. ODPOCZYNEK PRZED ZJAZDEM
photo by Joaquin Flores
photo by Joaquin Flores
ODCIĘTY OD ŚWIATA KLASZTOR MONI PREVELI, W KTÓRYM MIESZKA GARSTKA MNICHÓW
Od samego rana drałowanie kilometrów. Oo startu w Drakonie towarzyszą nam dwa sympatyczne psiaki, jeden z nich na trzech łapach. Po kilku kilometrach wracają do tawerny skąd startowaliśmy. Pogoda dziś fantastyczna, bezchmurne niebo, lekki wietrzyk i 30°C.
Pierwsze zakupy w małym miasteczku Neo Horio. Większość lokalnych wiosek, tych w górach, nieturystycznych, nie posiada sklepów w ogóle. Kupuję między innymi twaróg kozi, ouzo, egipskie banany i pyszne pomidory. To prowiant na drogę. Na kolację ugotuję sobie coś ze swoich polskich zapasów i dorzucę anyżówkę.
Dzisiaj przejazd makabryczną przełęczą dzielącą góry Lefka Ori i Agathes. Prawie tysiąc metrów różnicy wzniesień. Na przełęczy raczymy się z Joaquinem doskonałym sokiem z kreteńskich pomarańczy serwowanym z lodem w wysokich szklanicach. Później karkołomny zjazd do portu Hora Sfakion nad morzem Libijskim.
Dalej zmierzamy wzdłuż wybrzeża na wschód, co nie oznacza wcale, że już jest płasko. Wszystkie miejscowości nadmorskie oddzielają od siebie potężne masywy górskie.
W ostatniej chwili przed zmrokiem znajdujemy nocleg na kempingu w Plakias, miejscowości pękającej w szwach od turystów. Jednak pole namiotowe o dziwo puste. To pierwszy płatny nocleg spośród pięciu nocy na Krecie.
PIERWSZY FILMIK NAGRANY NA WYPRAWIE.
GÓRY LEFKA ORI I MORZE LIBIJSKIE. ZJAZD Z PRZEŁĘCZY IMBROS
NO ALE PO KOLEI…
RANEK W TAWERNIE
PORTRET ZBIOROWY
photo by Joaquin Flores
photo by Joaquin Flores
W ODDALI MORZE
PANORAMA GÓR LEFKA ORI. W ODDALI MIASTECZKO U PODNÓŻA GÓRY
JOAQUIN
ZMIERZAMY KANIONEM POMIĘDZY GÓRAMI LEFKA ORI A GÓRAMI AGATHES
W nocy jest tak zimno, że ubieram na siebie wszystko co znajduję wokół siebie. Rano porządny kubek gorącej herbaty, kilka kanapek, musli, dżem, nutella i wyruszamy z Joaquinem na dalszą wspinaczkę górami Lefka Ori. To naprawdę mordercze podjazdy – 10% to norma (o wiele więcej niż w Alpach!).
Nieopodal Wąwozu Samaria zajeżdżamy do lokalnej nieturystycznej tawerny. Zamawiamy to samo co miejscowi, bo nie ma żadnego wydrukowanego ani napisanego menu, a i nikt nie mówi w innym języku niż grecki. Pałaszujemy z wielkim apetytem gotowaną koźlinę podaną z pieczywem i plastrami doskonałych pomidorów. Do tego piwo i setka ouzo, lokalnej bardzo mocnej znakomitej anyżówki.
Posileni zmierzamy dalej. Ludzie wytrzeszczają oczy na nasz widok. Tutaj nikt nie jeździ rowerem. Spotkaliśmy jedynie parę Anglików na kolarzówkach bez bagażu.
Docieramy na wysokość powyżej 1000 m. Tu jest znacznie zimniej i wieje chłodny wiatr. Krajobrazy zapierają dech.
Kolana po wypadku już nie bolą, są jedynie lekko opuchnięte. Bolą za to dłonie od ściskania kierownicy i czubki palców. Podczas wczorajszego deszczowego dnia moje dłonie tak rozmiękły od wody, że chyba… ponadrywały mi się paznokcie (!).
Z Joaquinem porozumiewamy się nieźle, chociaż jego angielski też nie jest dobry.
W poszukiwaniu noclegu i wody do picia w kolejnej malowniczej wiosce natrafiamy na tawernę w Drakonie. Właściciel rozpieszcza nas spontanicznie serwowanymi daniami lokalnej kuchni. Same frykasy: ziemniaki duszone w sosie rozmarynowym (już po powrocie do Polski sprawdziłem, że to boureki, zapiekanka z ziemniaków, cukinii, sera koziego i dużej ilości rozmarynu), golonka pieczona w torbie papierowej, warzywa (papryka, pomidory, cukinia, kabaczki, kwiaty cukinii) faszerowane ryżem i ziołami, ociekające sokiem pomarańcze, chleb polany oliwą, woda ze studni. Wszystko jest tak pyszne, że ciężko to w jakichkolwiek słowach opisać. Płacimy za to zaledwie kilka euro.
Namioty rozbijamy za free na trawiastym tarasie tawerny pośród ław i stołów.
PORANEK W GÓRACH
photo by Joaquin Flores
NIEZWYKŁY CMENTARZ
Z GÓR WIDAĆ MORZE LIBIJSKIE (POŁUDNIOWE WYBRZEŻE KRETY)
Od samego rana niemal nieustannie padający deszcz. Sunny holiday on Crete;))
Fantastyczne panoramy. Niestety dość szybko mój aparat po prostu zaparowywuje od środka od wyciągania i wkładania na deszczu.
Smakowite pomidory kupione u lokalsów. I pomarańcze. Tutaj zresztą sami lokalsi. Życie płynie leniwie, sennie i poza jakby cywilizacją. Prawie zero znaków drogowych.
Pod wieczór gorączkowe poszukiwania miejscówki pod namioty pośród niekończących się skalistych stromych zboczy. Jedziemy, jedziemy, jedziemy, a tu ciągle skały i góry. Wreszcie rzutem na taśmę tuż przed zmrokiem wbijamy się na niewielkie pastwisko, na którym za dnia z całą pewnością wypasały się kozy lub owce, sądząc po aromatach i ostro zaminowanym terenie.
PORANEK
ZATOKA SFINARI
ZACHODNIE WYBRZEŻE KRETY
photo by Joaquin Flores
ZMIERZAMY W STRONĘ ELAFONISI. ZMARZLIŚMY PODCZAS ZJAZDU W DÓŁ W DESZCZU, PORA SIĘ UBRAĆ CIEPLEJ
photo by Joaquin Flores
KOLEJNA PRZYJAZNA KRI KRI
PRZEPRAWIAMY SIĘ PRZEZ BŁOTNISTE DROGI ELAFONISI. WSZĘDZIE CZERWONA MAŹ
photo by Joaquin Flores
PŁYTKA LAGUNA Z CIEPŁĄ SELEDYNOWĄ WODĄ. ELAFONISI. TO W RZECZYWISTOŚCI MAŁA WYSPA PRZY BRZEGU KRETY, NA KTÓRĄ MOŻNA DOJŚĆ, BRODZĄC W WODZIE PO KOSTKI
photo by Joaqiun Flores
photo by Joaquin Flores
WJEŻDŻAMY W GŁĄB WYSPY. WSZĘDZIE OSZAŁAMIAJĄCE ZIELENIĄ WĄWOZY, KOTLINY I JARY
UROKLIWA TRASA WĄSKIMI DROGAMI PRZEZ GAJE OLIWNE
JEDNO Z MIASTECZEK ZAGŁĘBIONYCH W ZACHODNICH PASMACH GÓR LEFKA ORI