Mazurski Tour 2014 – dzień 8

>>>

[more]

Dzień 8

 Etap 7

4 wrzesień 2014, czwartek

Karwik – Ublik

(Karwik – Rostki – Zdory – Karwik – Wejsuny – Mikołajki – Dziubiele – Cierzpięty – Ublik)

117 km

(łącznie 908 km)



czas jazdy 7:58 h

średnia prędkość  14,6 km/h

prędkość max  35 km/h

przewyższenie  655 m

wysokość max  157 m n.p.m.

wysokość min  111 m n.p.m.

podjazd max  11%

zjazd max  6%

temperatura max  21*c

temperatura rano  16*c



Cały dzisiejszy dzień to okrążanie jeziora Śniardwy oraz kilku pobliskich. Niestety, spośród 117-tu kilometrów całego etapu, drogą asfaltową jadę chyba tylko te 17, a całą stówę morduję rower, sakwy i siebie piaszczysto-kamienistymi wertepami, gdzie koła grzęzną w piachu aż po felgi. I te zaskorupiałe ślady po kołach traktorów – drrrrrr, aż kierownicę wyrywa, a sakwy fruwają i żyją swoim życiem. Ale warto się poświęcić i zakosztować prawdziwej dziewiczej natury serca Mazur. Przyroda jest tu cudowna.

 Szkoda tylko, że rozebrano dwie wieże obserwacyjne nad jeziorem Łukajno, skąd obejrzeć można by było niezliczone ilości ptaków wodno-błotnych w rezerwacie biosfery. Specjalnie wybrałem tą 14-kilometrową trasę, musiałem pokonać ją po absurdalnych kocich łbach, na darmo.

 Dzisiaj bez obiadu. Nocleg w agroturystyce konnej w maleńkim Ubliku za jedyne 20 zł.

 Acha, pogoda przepiękna. 



Mazurski Tour 2014 – dzień 7

>>>

[more]

Dzień 7

 Etap 6

3 wrzesień 2014, środa

Piece – Karwik

(Piece – Trelkowo – Krutyń – Ruciane-Nida – Krzyże – Karwica – Hejdyk – Turośl – Pisz – Karwik)

135 km

(łącznie 791 km)

 

czas jazdy 7:55 h

średnia prędkość  17 km/h

prędkość max  39,5 km/h

przewyższenie  986 m

wysokość max  185 m n.p.m.

wysokość min  115 m n.p.m.

podjazd max  9%

zjazd max  4%

temperatura max  18*c

temperatura rano  16*c



Dziś fajnie ustabilizowana kolarska pogoda. Może nieco chłodnawo, ale w bluzie termoizolacyjnej perfekt – świeci słoneczko, prawie zero wiatru, zaledwie kilka chmurek.

 Jezioro Mokre i wieś Krutyń. Zjeżdżam z głównej drogi w piaszczystą (11 km), gdzie prowadzi żółty szlak przez rezerwat. Jedzie się ciężko, ciągłe podjazdy i zjazdy, grząski piach i korzenie. Ale warto, bo po drodze same atrakcje. Najpierw jeziorko Kruczek Duży, dystroficzny zbiornik leśny, czyli niemal martwe zakwaszone jezioro z kożuchem torfowiskowej roślinności, którego odrywające się fragmenty tworzą pływające wysepki. Potem największa na Mazurach „Królewska Sosna” (320-letnia), niedaleko najstarszy mazurski „Dąb na Mukrem” (420 lat). Dalej malownicza ścieżka wzdłuż jeziora Mokrego. Później „Zakochana Para” – sosna obejmuje obmacujący ją młodszy dąb. Kolejne jeziorka dystroficzne. Na jednym z nich maleńka kilkumetrowa pływająca po jeziorze wysepka a na niej rosnące drzewko, cudo natury. Na koniec sielska wieś Krutyń z jarmarkiem rękodzieła – hafty mazurskie, naczynia ręcznie zdobione, bursztynowa biżuteria. Tutaj jem też obiad we wspaniale położonej karczmie Krutyń nad brzegiem rzeki Krutyni, gdzie można obserwować pychówki, czyli przejażdżki leniwie wijącą się rzeką. Sztaker prowadzi łódź odpychając się od dna długim drągiem i płynie zielonym tunelem utworzonym przez zwieszające się nad wodą gałęzie drzew, po których hasają wiewiórki, a na wodzie krążą białe i szare łabędzie. Przy stoliku na pomoście obserwuję wszystko zajadając soczystą grillowaną pierś kurczaka z sosem żurawinowym i opiekanymi ziemniaczkami i rzepą. 

 Jadę dalej i dalej. To już Równina Mazurska i jezioro Nidzkie. Nieprawdopodobna cisza i poetyckie krajobrazy. Ciekawostka: w leśniczówce Pranie nad jeziorem Nidzkim mieszkał co roku latem Gałczyński, a we wsi Krzyże – Osiecka. Doskonale to rozumiem. Poezja i balsamiczny spokój. 

 Jezioro Nidzkie objeżdżam całe wokół poprzez ustronne wsie w głębi Puszczy Piskiej. O dziwo, asfalcik gładziutki jak stół. Z roweru podziwiam też rosnące przy drodze setki dorodnych kozaków i kremowo-jasnobrązowych maślaków. 

 Z wieży widokowej na przystani w Piszu napawam się widokiem słońca zachodzącego na jeziorze Roś.

 Nocleg to prawdziwa wisienka na torcie, zwieńczająca wspaniały dzień. Nowo otwarty pensjonat Karwik 122 w Karwiku. Piękny pokój urządzony w staromazurskim stylu. Doskonale wyposażona kuchnia dla gości, przeróżne miseczki, talerzyki, kubeczki, szklaneczki lśniące od czystości i poukładane w kuszących stertkach. Przemiła ale to przemiła obsługa. I talerz owoców z ogródka (maliny, ciemne winogrona i jasne) w prezencie od uroczej gospodyni, która jeszcze przeprasza, bo chciała poczęstować ciastem, ale się przypaliło. Wszystko czyściutkie i urządzone z prawdziwym wytrawnym smakiem. Już nawet wizytówka mówi sama za siebie:) 



Mazurski Tour 2014 – dzień 6

>>>

[more]

Dzień 6

 Etap 5

2 wrzesień 2014, wtorek

Stare Jabłonki – Piece

(Stare Jabłonki – Biesal – Olsztynek – Przykop – Pasym – Grom – Piece)

110 km

(łącznie 656 km)



czas jazdy 6:22 h

średnia prędkość  17,2 km/h

prędkość max  42,5 km/h

przewyższenie  823 m

wysokość max  156 m n.p.m.

wysokość min  87 m n.p.m.

podjazd max  8%

zjazd max  6%

temperatura max  18*c

temperatura rano  13*c



Dzisiaj całkiem niezła pogoda, chociaż nieco chłodno, 13-14*C przez większość trasy. Na dzień dobry po 2 km jazdy zawracam, aby pojechać inną drogą dookoła. Tak jak mnie ostrzegał gospodarz z mojego kwaterunku: 15 km nierównych kamiennych kocich łbów (nie mylić z kostką brukową).

 Olsztynek i Skansen Budownictwa Ludowego. Niesamowite jest to, że przeniesiono w to miejsce, kamień po kamieniu, deska po desce, kilkadziesiąt warmińskich i mazurskich domów datowanych na 200 i więcej lat. Całość jest wiernym odzwierciedleniem typowego pejzażu, odnosi się wrażenie, że przeniosło się do sielskiej wioski sprzed wieków. Domostwa wyglądają tak, jakby domownicy opuścili je tylko na moment.  Tuż przy skansenie zachwycam się obrazami lokalnych artystów, Waldemara i Ewy Majcher, malowanymi na szkle. Ich kafle i anioły są jedyne w swoim rodzaju. Są na sprzedaż, chętnie bym kupił choć jeden, no ale jak ja bym to wiózł na rowerze. Szkoda.

 Jezioro Pluszne Wielkie skusiło mnie banerem przy szosie zachęcającym do wspaniałej pierogarni nad jego brzegiem. Przedzieram się 3 km przez las, aby zastać pozamykany na cztery spusty ośrodek. Ale jezioro i okolica bardzo ładna. Za to nad kolejnym jeziorem na trasie, Kiernoz Wielki, zamawiam smażone sielawy, mmm, pyszne.

 Nocleg w siółku Piece na jeziorem Sasek Wielki w agroturystyce. Na kolację robię sobie potrawkę z duszonych maślaków i kozaków z makaronem. Grzyby, całą reklamówkę, nazbierałem „z roweru”. Jadąc ustronnymi drogami przez Bory Ramuckie uśmiechnięte grzyby aż proszą o zatrzymanie się i zabranie.



Mazurski Tour 2014 – dzień 5

>>>

[more]

Dzień 5

 Etap 4

1 wrzesień 2014, poniedziałek

Susz – Stare Jabłonki

(Susz – Jerzwałd – Siemiany – Szymbark – Iława – Ostróda – Stare Jabłonki)

117 km

(łącznie 546 km)



czas jazdy 7:08 h

średnia prędkość  16,3 km/h

prędkość max  41 km/h

przewyższenie  814 m

wysokość max  131 m n.p.m.

wysokość min  92 m n.p.m.

podjazd max  11%

zjazd max  5%

temperatura max  17*c

temperatura rano  12*c



Nocą się wypadało do woli, więc dziś bez deszczu, za to deszcz przyniósł ochłodzenie i wiatr. Przez większość dnia chłód 12-15*C, a przez wichurę odczuwalny jeszcze bardziej.

 Kondycja trochę spadła – wychodzą skutki braku codziennego treningu. Ale co tam, dam radę 😉

 Jerzwałd – miasteczko z powieści Zbigniewa Nienackiego. Tutaj mieszkał i tworzył autor Pana Samochodzika i jego cudownego wehikułu. W swoich powieściach,w których się zaczytywałem w dzieciństwie, umieszczał istniejące rzeczywiście miejsca w okolicach jeziora Jeziorak i dawał wyraz swojemu zafascynowaniu przyrodą Mazur.

 Wzdłuż jezior Płaskiego i Jeziorak, lasami Pojezierza Iławskiego, prowadzi mnie fajna ścieżka dydaktyczna. Trafiam na dwa niewielkie, ale niezwykłe,  jeziorka – Jasne i Czarne, niesamowicie ze sobą kontrastujące. Jezioro Jasne ma niespotykanie czystą i przejrzystą wodę, ponoć widoczność toni dochodzi do 15 metrów. Sprawia wrażenie pogodnego i „sympatycznego”, ale kryje w sobie niezbyt sympatycznych mieszkańców – okonie kanibale, rzadko występujący gatunek ryb. Z kolei jezioro Czarne jest naprawdę mroczne i posępne, bujna roślinność zawieszona nad taflą i atramentowa woda wywołują odczucia jakby się trafiło wprost do jakieś krainy dark fantasy. Oba jeziorka, co ciekawe, leżą blisko siebie.

 Na mojej dalszej trasie napotykam ziejące grozą ruiny zamku Szymbark. Nie chcąc wracać tą samą drogą, którą tu dotarłem, przedzieram się kilka kilometrów przez jakieś chaszcze i błota, które początkowo wydawały się drogą, później ścieżką, a potem koszmarem dla cyklisty.

 Nocleg we wsi Stare Jabłonki nad jeziorem Szeląg Mały w starej chatce za parę złotych. 

 

Mazurski Tour 2014 – dzień 4

>>>

[more]

Dzień 4

 Etap 3

31 sierpień 2014, niedziela

Ocypel – Susz

(Ocypel – Skórcz – Gniew – Kwidzyn – Mikołajki Pomorskie – Rodowo – Prabuty – Susz)

134 km

(łącznie 429 km)



czas jazdy 7:54 h

średnia prędkość  16,9 km/h

prędkość max  45,5 km/h

przewyższenie  874 m

wysokość max  150 m n.p.m.

wysokość min  44 m n.p.m.

podjazd max  7%

zjazd max  6%

temperatura max  23*c

temperatura rano  16*c



Dzień zaczynam od przechadzki nad jeziorem, u którego brzegu nocowałem. Wczoraj wieczorem było już zasnute ciemnością. Prawdziwa perełka natury, o ile mogę się tak wyrazić.

 Pogoda nadal dopisuje, choć zapowiadano na dzisiaj deszcze. Od ósmej rano na termometrze 16*C, o dziewiątej już powyżej 20.

 Dziś wyjeżdżam z Kaszub. Przez większość etapu będę przemierzał Powiśle, Dolne Powiśle.

 Gniew. Miasto z 4,5-tysięczną historią! Czworoboczny zamek, krzyżacka warownia, wzbudza podziw swoją surowością i ogromem. Niektóre z murów mają nawet 4 metry grubości. Widok z dziedzińca na dolinę Wisły jest po prostu poetycko piękny.

 Dalsza trasa to nieoczekiwany objazd, czyli dodatkowe dwadzieścia parę kilometrów do planu dnia. A to z powodu likwidacji przeprawy promowej przez Wisłę w Gniewie. Trzeba jechać dookoła przez nowy most leżący kilkanaście kilometrów w górę rzeki. Dzięki temu, nie planowawszy tego, mogę podziwiać długi na 2,3 km łukowy most i równie piękną panoramę Pradoliny Wisły (podobnie jak z gniewskiego zamku), no i obejrzeć z perspektywy przytłaczającą swoim ogromem katedrę i monumentalny, przyległy do niej zamek. Ciekawostka: w 1393 r. niejaka Dorota z Mątowów kazała się zamurować żywcem w południowej kaplicy prezbiterium. Była niezwykle ascetyczna i nazywaną ją mistyczką. Miała jedenaścioro dzieci. No więc Dorotka przeżyła sobie rok o chlebie i wodzie w zimnej i ciemnej kaplicy, po czym sobie umarła i zastała zaliczona w poczet błogosławionych.

 Obiad jem w Kwidzynie. Barszczyk z uszkami i wyśmienita wątróbka drobiowa z jabłkami.

 I „deser”, czyli Wieś Cudów. Tak nazywają w okolicy Rodowo, gdyż co roku goszczą tu artyści na międzynarodowym plenerze rzeźbiarsko-malarskim. Sam fakt spotkań twórczych w otoczeniu sielskiego inspirującego krajobrazu nie zasługiwałby na miano cudu, gdyby nie artystyczne rezultaty. Na podwórkach, polach i sportowym boisku mnożą się mroczne  i intrygujące instalacje z drewna, stalowych części maszyn rolniczych i kamieni. Rodowską galerię rzeźby pod gołym niebem tworzą prace uczestników plenerów.  Robi to na mnie niesamowite wrażenie.

 Nocleg – hotel w Suszu. To już Warmia, czyli kraina na kolejne dwa, trzy dni mojej wyprawy. Za oknem ulewa. Mam nadzieję, że się wypada do rana;)



Mazurski Tour 2014 – dzień 3

>>>

[more]

Dzień 3

 Etap 2

30 sierpień 2014, sobota

Gołczewo – Ocypel

(Gołczewo – Kościerzyna – Wdzydze Kiszewskie – Wiele – Odry – Łąg – Klaniny – Ocypel)

132 km

(łącznie 295 km)

 

czas jazdy 7:25 h

średnia prędkość  17,7 km/h

prędkość max  44 km/h

przewyższenie  827 m

wysokość max  228 m n.p.m.

wysokość min  128 m n.p.m.

podjazd max  8%

zjazd max  5%

temperatura max  25*c

temperatura rano  15*c



Przed szóstą rano budzi mnie szum ulewnego deszczu. O ósmej postanawiam, że nie ma co się czaić i trzeba jechać. Pakuję sakwy, połykam śniadanie i… przestaje padać. Wychodzi słońce i zaczyna mocno przygrzewać. Świetnie.

 W Kościerzynie koncentruję się na Skansenie Parowozowni, który może się pochwalić jedną z najcenniejszych kolekcji zabytkowych parowozów w Europie. Podobno o ciuchciach TW-1 i OK-1 z 1915 r. marzą niemieccy muzealnicy, którzy twierdzą, że każda z nich ma wartość kilku Mercedesów klasy S. Do osobliwości muzeum należą też: rekordowo długa 25-metrowa lokomotywa PU-29, najstarszy (z 1889 r.) wagon kolejowy albo ręczna konna pompa strażacka z 1879 r.

 Na jeziorze Gołuń, tuż przy brzegu, udaje mi się wypatrzyć łabędzie szare – jeszcze takich nie widziałem.

 Z olbrzymiej drewnianej konstrukcji na terenie PTTK we Wdzydzach Kiszewskich podziwiam zapierający dech widok niezwykłego kształtu gigantycznego krzyża, który tworzą wody jeziora Wdzydze. Jego cztery ramiona kształtują położone w polodowcowych rynnach jeziora: Radolne, Jelenie, Gołuń i Wdzydze.

 We Wdzydzach Tucholskich, tuż nad jeziorem Wdzydze, zajadam znakomity obiad – zupę rybną z ryb słodkowodnych i smażoną na masełku sieję.

 Kręgów kamiennych ciąg dalszy. Te nieopodal wsi Odry należą ponoć do najlepiej zachowanych. Kamienne kręgi i kurhany, ukryte w puszczy Borów Tucholskich, ściągają radiestetów i ufologów z całej Europy. Jest tu aż 12 kręgów i 20 grobów kurhanowych. Wiek cmentarzyska określa się na około 6 tysięcy lat. Kręgi mogły pełnić funkcję obserwatorium astronomicznego i zegara. Na linii przechodzącej przez środki czterech kręgów można obserwować wschód Słońca w dniu przesilenia letniego. Podobno kamienie wydzielają silny strumień energii, która „naładowuje pozytywnie”.

 Dzisiaj przedzieram się też przez około 21-22 km piaszczystymi drogami Borów Tucholskich. Jest tu sporo wsi, do których inaczej niż bitą drogą nie da się dotrzeć, między innymi Klaniny, które leżą na rozstaju pięciu dróg, wszystkich jednak piaszczystych i grząskich.

 Nocleg w domku letniskowym nad dziewiczym jeziorem Wielki Ocypel w sercu puszczy.



Mazurski Tour 2014 – dzień 2

>>>

[more]

Dzień 2

 Etap 1

29 sierpień 2014, piątek

Borowo – Gołczewo

(Borowo – Kartuzy – Chmielno – Ostrzyce – Szymbark – Stężyca – Sulęcino – Jamno – Gołczewo)

111 km

(łącznie 163 km)



 

czas jazdy 6:31 h

średnia prędkość  16,9 km/h

prędkość max  48,5 km/h

przewyższenie  1.103 m

wysokość max  301 m n.p.m.

wysokość min  161 m n.p.m.

podjazd max  24% (pod zabytkowy wiatrak na górze Sobótka /k. Ręboszewa)

zjazd max  24%

temperatura max  24*c

temperatura rano  13*c



Szwajcaria Kaszubska to centralna część Kaszub, uważana za najpiękniejszy ich rejon. I właśnie dzisiejszy dzień przeznaczam na jej przemierzenie. Pogoda ku temu znakomita. Bezchmurnie, bezwietrznie, nieco powyżej 20 stopni – marzenie.

 Na początek Kartuzy, uważane za stolicę Kaszub i niezwykły klasztor.

 Potem Chmielno, którego nazwa wywodzi się oczywiście od chmielu. Przed wiekami w każdej niemal kaszubskiej wsi uprawiano tę roślinę i ważono piwo, i to nie byle jakie. Największą atrakcją wsi jest warsztat  ceramicznego kraftu i muzeum ceramiki kaszubskiej rodziny Neclów. Unikalny interes rzemieślniczy od dziesięciu pokoleń prowadzą kolejni przedstawiciele tego samego rodu. Neclowie uchodzą za najwybitniejszych garncarzy nie tylko na Kaszubach. Do Chmielna przyjeżdżają ciekawscy z całego świata, aby zobaczyć archaiczną manufakturę i kupić unikalne gliniane naczynia. Mnie udało się akurat trafić na pokazik dla angielskiej wycieczki (Necel doskonale włada angielskim) i zobaczyć jak się wykonuje te cudeńka. Kupiłem piękny dwojaczek, czyli taką bliźniaczą kokilkę na sosy czy przekąski. Mam nadzieję, że przeżyje wyprawę w jednym kawałku.

 A później jeziora, jeziora, jeziora, malownicze jeziora.

 W Szymbarku zajeżdżam w miejsce, gdzie można zobaczyć „dom do góry nogami”. Cały budynek i wnętrze jest swoistym dziwactwem i ciekawostką – wszystko jest odwrotnie. Chciałem tylko cyknąć fotkę z zewnątrz, niestety, wysokie palowe ogrodzenie uniemożliwiło to, a zapłacenie za wstęp i chodzenie po pokojach w tłumie dzieci (z rowerem stojącym bez opieki na zatłoczonym podwórku) nie przekonywało mnie. Za to udało mi się kupić fajne piwko z szymbarskiego browarku.

 W okolicach wsi Węsiory, na zboczach sporego leśnego wzgórza, oglądam niezwykłe, wręcz mistyczne miejsce. To kamienne kręgi i ziemiste kurhany, pozostałości cmentarzyska z I i II wieku naszej ery, które pozostawili Goci. 

 Zajeżdżam też do wsi Jamno, nad jezioro Żukowskie, gdzie podobno o tej porze roku rozgrywa się tu niezwykłe widowisko: na jeziorze ponad sto łabędzi niemych odbywa pierzowisko, cokolwiek to oznacza. Jednak nie spotykam łabędzi, za to ciszę i balsamiczny spokój tego jeziora.

 Nocuję w pokoiku gościnnym Klubu Strażackiego w ustronnej wsi Gołczewo. 

Mazurski Tour 2014 – dzień 1

>>>

[more]

Dzień 1

Prolog

28 sierpień 2014, czwartek

Lubin – Borowo

(Lubin – Ścinawa – /PKP/ – Gdańsk -Żukowo – Borowo)

52 km

 

 

czas jazdy 3:12 h

średnia prędkość  16,2 km/h

prędkość max  44,5 km/h

przewyższenie  312 m

wysokość max  193 m n.p.m.

wysokość min  39 m n.p.m.

podjazd max  11%

zjazd max  4%

temperatura max  20*c

temperatura rano  10*c



No i udało się. Kolejny raz jestem na wyprawie. Mimo różnych przeszkód życiowych wysupłałem te kilka dni urlopu i te pare złotych i dopiąłem swego. Powiedzmy, że to taka „mini wyprawa” i nazwijmy ją Mazurski Tour. Trasa będzie liczyła jakieś 900 – 1000 km i zajmie 9 dni – trzy dni w Szwajcarii Kaszubskiej, trzy dni na Pojezierzu Olsztyńskim w Warmii, trzy dni w sercu Mazur, czyli w krainie, której ponoć zazdrości nam cała Europa.

 Wyruszam z domu kilka minut po szóstej rano. Tak wcześnie dlatego, że o 7:50 mam pociąg ze Ścinawy, sąsiedniego miasta. Pociągiem docieram do Wrocławia, gdzie mam przesiadkę na intercity do Gdańska. Intercity to świetny sposób na przemieszczanie się z rowerowo-bagażowym ekwipunkiem, ponieważ nie ma tłoku (tyle biletów, ile miejsc siedzących) i nie trzeba ślęczeć w kucki  na podłodze przy rowerze.

 Z Gdańska startuję przed godziną 17-tą. Dziś chcę tylko odjechać z dala od miasta, aby przespać się w spokojnym odludnym miejscu i jutro rozpocząć podziwianie przesuwającego się widnokręgu. 

 34 kilometry od Trójmiasta znajduję nocleg w pensjonacie w miejscowości Borowo, gdzie ma swój wschodni początek Szwajcaria Kaszubska. 



Czy ja jeszcze żyję i czy ja jeszcze jeżdżę…?

Tak właściwie to nie wiem od czego zacząć. Nie było mnie tutaj (na moim blogu) przez okrągły rok. Dużo dobrego się wydarzyło, trochę też niemiłych rzeczy. I to właśnie te niemiłe sprawy mają bezpośredni związek z moimi wyprawami i swoją przyczynę w tym, że milczałem tak długo.

 No to może po kolei.

 Październikowa noc, godzina przed świtem, człowiek jest w głębokim śnie i nie interesują go sprawy ziemskie ani nawet jak się nazywa. Budzi go natarczywy łomot i przerażone oczy kobiety pochylonej nad nim. Ten łomot to dobijanie się do drzwi, te przerażone oczy widzą obcych ponurych mężczyzn, którzy wtargnęli do mieszkania, a ten człowiek to ja.

 1 października przed rokiem wpadła sobie do mnie do domu policja z nakazem przeszukania i informacją o denuncjacji, przewróciła mieszkanie i nasze mózgi do góry nogami, przestraszyła dziecko, obraziła kobietę i zabrała sobie wszystko co posiada cyfrową pamięć. Komputery, dyski przenośne, pendrive’y, mp3-ki, płytki, karty pamięci od wszystkiego – od telefonów, aparatów foto, nawigacji samochodowej, nawet ruter od kablówki chcieli, ale popukałem się w czoło… Wszystko poszło do kapsuły i zaginęło na innej planecie, pewnie już tego nigdy nie zobaczę, bo próba kontaktu przypomina kontakt z Obcymi z filmu „Kontakt” .Echo. Tyle tylko wiem, że obecnie nie wolno już posiadać nielicencjonowanej muzyki i filmów na własny użytek, a trochę tego miałem…

A propos słowa „miałem”:

– miałem materiały z wyprawy Mazurski Tour 2014 (których nie zdążyłem opublikować),

– miałem materiały z WSZYSTKICH dotychczasowych wypraw (te na blogu to tylko namiastka o zmikroskopionej rozdzielczości),

– nie będę już ich miał (jeżeli coś  s t a m t ą d  wraca, to bez dysków, sam sprzęt wyzerowany),

– miałem  w s z y s t k o  i n n e  co się ma w komputerze, cholera,

– nie miałem NIC w chmurze osobistej ani w wirtualnych pamięciach, k…

 To nie jest miłe.

 Co jeszcze nie jest miłe?

 Trzeba jakoś żyć. Nie nakręcać w dół tylko w górę. No to nakręciłem się. W górę. A raczej w góry. Transylwania Tour 2015, czyli rowerowe wspinaczki po rumuńskich Karpatach.  Miesięczną wyprawę zaplanowałem sobie na czerwiec i skrupulatnie zacząłem się do niej przygotowywać codziennie licząc od stycznia – no wiecie, trening, sprzęt, mapy, literatura, nauka języka, wyznaczanie tras. 20 maja odebrałem rower z salonu, po przeglądzie, wymianie całej masy podzespołów, jednym słowem: żyleta.

Przejechałem na wypasie… 7 km. Na tym szczęśliwym kilometrze Śmierć zajrzała mi w oczy i postanowiła mnie ucałować w usta zaklętym pocałunkiem, ale że miałem specjalny kask ochronny (na marginesie – marki Inferno), to pocałowała mnie jedynie w dupę.

 Pewien facet przeszczęśliwy, że sprowadził sobie właśnie z Hiszpanii wypasione Audi Q5, chyba tak namiętnie je sobie oglądał i zaglądał, i nie wiem gdzie ten łeb trzymał w tamtej chwili, w schowku czy na kolanach u Loli obok, kiedy zjechał na pobocze i trzasnął  m ó j  wypasiony rower, a mnie wyekspediował w kosmos. Z początku było fajne przyspieszenie i brak grawitacji, tylko że jak lądowałem to rakieta się popsuła i mnie katapultowała skokiem na główkę, tyle że nie do wody, a na beton. Lepiej nie mówić jak wyglądałem przez kilka tygodni.

Zabawne jest to, że mam coś tam nie tak w kolanach, nie wiem czy jeszcze pojadę na jakąś wyprawę, a nie zobaczyłem ani złotówki z ubezpieczenia sprawcy. To znaczy mogłem zobaczyć, a jakże, mogłem –  zaproponowali mi 170 (sto siedemdziesiąt) zł. He, sam rower ucierpiał na 2340 (dwa tysiące trzysta czterdzieści) zł. A ja nie ucierpiałem, Panie Tusk czy jak ci tam?

 No ale nic. Trzeba jakoś żyć. Nie nakręcać w dół tylko w górę. No to nakręciłem się. W górę. Teraz, we wrześniu, byłem przez dwa tygodnie w Bieszczadach. Nazwałem to nie  t o u r, tylko (tak trochę żartobliwie) Bieszczadzkie Cycle, no bo nie ma tu mowy o wyprawie, tylko o takich cyklach jakby, próbie powrotu do (czy uzyskania) jakiejkolwiek formy. Zamieszkałem w jednym punkcie, dokładnie w Cisnej. Postanowiłem co dzień naprzemiennie to spacerować, to delikatnie jeździć rowerem.

 Cały wyjazd już za parę dni opiszę i wrzucę tu. Wcześniej wrzucę też parę zdań o zeszłorocznej wyprawie, rzecz jasna sam tekst.